sobota, 6 stycznia 2018

"Pokolenia" 

Skonczylam dzis czytac druga czesc ksiazki Katarzyny Drogi “Pokolenia – Powrot do domu”. Tak jak i po pierwszym tomie “Pokolenia - Czas deszczu, czas slonca”, bylam pod ogromnym wrazeniem. Jestem wielka fanka sag rodzinnych, kocham “Rozlewiska” i chetnie do nich wracam, tak ja rowniez “Siedliska”, “Uroczyska” ect, ale “Pokolenia”, sa mi szczegolnie bliskie. Opis czasow wojennych, powojennych, Polski Socjalistycznej, Polski Ludowej, jest czasem szczegolnym, jakism takim moim, bo znanym mi z opowiadan. Po raz kolejny dochodze do wniosku, ze czas socjalizmu, to nie czas biedy i zla, a raczej czas bliskosci. Bo ta “bieda” zblizala bardziej niz oddalala. Wartoscia byla rodzinna, przyjaciele, czas spedzony razem. Wspolne robienie kotletow mielonych. Nie wakacje na karaibach. Paradoksalnie, jedno z moich cieplych  wspomnien z dziecinstwa w stanie w kolejkch. Pamietam szczegonie taka jedna kolejke ziomowo-przedswiateczna do sklepiku osiedlowego.Tam to sie dopiero dzialo! Pamietam jak w dziecinstwie jezdzilismy do babci na Swieta. Piec kafelkowy, na ktorym siadywalam z kuzynostwem…Znajomi wpadali do Rodzicow na kawe, ja lecialm po mlynek do sasiadki, odnosilam z kawlkiem ciasta w podziece. Ona odnosial talerzyk, zasiadywala sie…my podsuchiwalismy ploteczki. Dziadek przyjezdzal w niedziele, bez zapowiedzi, przywozil jajka od babcinych kur. Kur, ktorym Babcia wynosila niedojedzone resztki z naszych talerzy, kur ktore z siostra gonilysmy po podworku….Nie ma juz Babci , nie ma i Dziadka. I nie ma kur...nikt nie wpada na kawe bez zapowiedzi. Na kawe sie idzie czy jedzie…

Coraz bardziej odczuwam potrzebe uproszczenie sobie zycia, ucieczki od halasu, pospiechu, tloku, pustych ludzi, materializmu. Wzrusza mnie natura i starsi ludzie. Maja tyle do powiedzenia. Ogladam w internecie zdjecia Rawy Mazowickiej skad byla moja prababcia Marianna, jak ja malo o niej wiem! W Rawie nigdy nie bylam. Przypomnaja mi sie historje opowiadane przez Babcie. Babcia Nadzia, prawdziwa Babcia przez duze B. Historie byly niezwykle i z dreszczykiem. Tyle madrosci zyciowej. Tyle ciepla w Lazowskiej kuchni, w ktorej wciaz stoi kaflowy piec, a przynim zydelek zrobiony przez Dziadka. Babcia wrozyla z kart, drylowalismy wisnie, zbierali agrest i porzeczki. Robienie kompotow. Smolinosy rosly pod oknami, orzech przy bramce. Byl strych ze “skarbami” i piwnica z kompotami i nalewka z wisni robiona przez Dziadka. Dzidka rower….Wszytko wciaz tam jest. Stoi opatulone pajeczynami, wspomnianiami, ktore bledna jak sie do nich nie wraca.


Ach ta ksiazka otworzyla furtke do przeszlosci. Codziennosc trzyma to wszystko pod kluczem, ale serce sie rwie.

środa, 3 stycznia 2018

Jas i Malgosia.

Wspolczesna Baba Jaga.

T potrafi mnie nieraz zaskoczyc. Rzadko to sie zdarza, ale udalo mu sie pare razy. I tak na czas naszego pobytu w Houston zarezerwowal bilety do teatru, o czym wiedzialam, ale czego nie wiedzilam, to to, ze rowniez zarezerwowal dla nas noc w hotelu. Hotel ICON w samym centrum Houston, z widokiem na down town, co sprawia wrazenie szcegolnie noca.W pierwszej chwili to sie zjezylam, no bo jak, co, gdzie do hotelu 23 grudnia, przeciez Wigilja, jak ja bez Victorka cala noc przezyje, i to przedswiateczna!…

Oooooo jaki to byl dobry pomysly. Przede wszystkim do godziny pietnastej 23 grudnia, musialm zamknac moje swiateczne przygotowania, bo T zarzadzil wyjazd o tej godzine. Do tego mometu bylam po prostu rozhisteryzowanym potworem, ktory powolutku dochodzil do siebie w podczas goddzinnej jazdy do centrum miasta. Zawsze bardzo lubie widok down town w Houston i te labirynty autostrad, a i café late w swiatecznej wersji z mietowym aromatem rowniez pomogla ukoic nerwy. Smieszny byl ten nasz hotel, jakas taka mieszanka starego z nowym. Stare szafy z ksiazkami, krysztalowe żyrandole i nowoczesny bar. Ale najwazniejsze to, ze pokoj mial jacuzzi!  Mielismy jeszcze sporo czasu do przedstawienia wiec sie wymoczylam za wszystkie czasy, az mi lat ubylo! Male gruszkowe martini i juz nas taksowka wiozla …no wlasnie doklad? 

Tak wygladala sala, dym i galezie.
Jas i Malgosia, wersja wspolczesna. W Teksasie, gdzie wszystko jest wielkie i jeszcze wieksze, maly teatrzyk wcisniety gdzies pomiedzy wiezowce, sprawial wrazenie…niepozorne, ba…zadne. Nie mialam najmniejszego wyobrazenia, ani oczekiwan, choc juz w holu czulo sie jakas innosc. Przygasly swiatla i uchylily sie drzwi, a z nich zaczal wydobywas sie dym! w ktory to my mielismy isc. Weszlismy do malego (jak na teatr) okraglego pomieszczenie. Widac bylo jakby szalas, jakby drzewa i galezie, choc wszystko przyslanial dym. Tak na prawde widocznsc byla na 1-1.5metra. Dopatrzylismy
Tu widac odleglasc miedzy Malgosia a publika
sie krzeselek ustawionych “pod drzewami” w kregu. 2 rzedy. 6 aktorow, 30 widzow. Caly czas mowie teatr, choc tak naprawde to byla opera, bo wszystko bylo spiewane przepieknymi mocnymi glosami. Bez mikrofonow. Wysoka sala i echo potegowalo glos, choc aktorzy byli na wyciagniecie reki. Wersja zdecydowanie wspolczesna, gdzie matka Jasia i Malgosi jest mniej kochajaca, a bardziej zapracowana, gdzie ojciec, nie krepujac sie po polowaniu delektuje sie piwem,
a Baba Jage zgubily pigulki, bo przedawkowala i przysnela, a wtedy dzieciaki ja do pieces wepchnely. Brzm banalnie, ale banalnie nie bylo…wrecz przeciwnie. Malgosia spiewajaca z ustami wypelnionymi ciastem, wyrabianym na naszych oczach przez Babe Jage, muzyka, towarzyszaca calemu przedstawienu, muzyka grana na pianinie, oczywiscie na zywo, oczywiscie wsrod “drzew i dymu”. Niesamowite wrazenie. Widac ze artyscie i rezyser wlozyli w to serce i sie przy tym rowniez swietnie bawili. 

Po przewstawierniu pojechalismy na kolcje do  meksykanskego tapas baru “Batanga” z muzyka na zywo. Latynoskie rytmy i margarita! I grylowana osmiornica, I ceviche z Red Snapper (po polsku Lucjan?!, od łacińskiej nazwy rodzajowej Lutjanus), grylowane awokado z chorice, frytki z juki z bananowym ketchupem i wedlug mojego T najlepsza jaka kiedykolwiek jadl empanada. Pozna noca dolaczyl do nas Moody, serdeczny kolega T z czasow studiow, ktory rowniez mieszkal przez jakis czas w Bostonie i wrocil na stale do Houston.
Wrocilismy nastepnego dnia kolo poludnia gotowi na Swieta!

Lobby w hotelu ICON, w Houston, Teksas.

Mieszanka starego i nowego


Schody i winda.

Nasz pokoj...

...taki smieszny z okienkiem do lazienki.

No i najwazniejsze-jacuzzi!
Gruszkowe martini w hotelowym barze
Polecam!!!

wtorek, 2 stycznia 2018

Dziwny dzien.

Zdjecie zrobione na podczas tradycyjnego Noworocznego spaceru.

Bardzo, bardzo dziwny byl ten dzien. Zaraz z rana, jedna z sekretarek zdziwila sie na moj widok. Jak to ja przyszlam do pracy, ona owolala wszystykim moich pacjentow na dzis!. Jak to odwolala?! Bo napisalam w mailu, ze mnie dzis nie bedzie…
Obejrzlysmy wspolnie tego mail, no i oczywicie nic takieg nie bylo napisane. Wrecz przeciwnie, ze wracam do pracy 2 stycznia. Nie mniej jednak wewnetrzna dzika radosc…cale 9 godzin dla mnie!!! Ilez to ja moge zrobic! Oczywicie  nic takiego sie nie wydarzylo, bo nagle skas sie zaczeli pojawiac (i znikac) pacjeci, ktorzy byli widoczni na moim kalendarzu, ale nie widoczni na kalendarzu sekretarki….i zobilo sie straszne zamieszanie, bo nie raz bylo i dwoch pacjetow na jeden termi. Jako ze rozpoczelam ten dzien w blogim przeswiadczenieu, ze mam mnostwo czasu, jakos wszystko minelo gladko i …bez pospiechu, tak…bez pospiechu. Jak wiele znaczy pozytywne nastawienie i myslenie.

Strasznie jestesmy wybici po tej swiatecznej przerwie. Luksus zycia bez pospiechu, zegarka, a przedewszystkim budzika dal sie nam troszke we znaki dzis rano. Przyznaje ze bylam tego zupelnie swiadoma czytajac wczoraj ksioazke do prawie pierwszej w nocy. Tak chcialm przedluzyc sobie ten ostatni swiateczno-wakacyjny dzien. O rześkośći, dzis rano nie bylo mowy. Na dodatek samochodl padl wykonczony mrozem i dojaz do pracy sie skompliklowal. Wczoraj w nocy sms-owal do wszystkich i mialam byc podwieziona prze kogos, kogo malo znam. I zostalam! Mila kolazanka, nowa u nas na psychiatrii. Do tego mieszka w poblizu i ma 2 psy. Wiec moze sie jakas znajomosc nawiaze. Victor pomaszerowal dzis do szkoly w koszulce “Nie akcepuje zadan domowych”, a T sie rozlozyl chory. No i zycie sie toczy. 

poniedziałek, 1 stycznia 2018

2018 - Czas na zmiany!

W ostatniej chwili zdazylam z dyzuru. Dojechalam do domu na 10 minut przed polnoca. Kieliszki i szampan juz czekaly i z T przywitalismy Nowy Rok. To bylo moje drugie powitanie. 6 godzin przed witalam Nowy Rok z Rodzicam w Polsce. Dyzur byl w miare spokojny wiec moglam powisiec na skypie. Jak sie ten swiat skurczyl! Nawet na Noworoczna transmisje z Zakopanego sie po czesci zalapalam. 

Niby zadnych noworocznych postanowien, a jednak! Nie ma to jak zaczac w Nowy Rok, bo “od poniedzialku” to juz takie oklepane. Plan na celebrowanie czasu. I siebie. Na zwolnienie, na przemyslenie, na posmakowanie, powochanie, poczucie i na szczera ocene. Trwam w iluzji czy naprawde dobrze mi z tym? Status quo bo mi z tym dobrze, czy, bo mi wygodnie, czy tez boje sie zmian. Czy ta nutka frustracji, zlosci i podirytowania, ktora mi ostatnio czesto towarzyszy, to jakis znak, ze warto zajrzec w glab siebie? Tak. Warto. I wiem co robic. Zmiany sa dobre, zmiany sa inspirujace, zmiany to energia, a energia to zycie. Zmian sie tez czesto boje….“Strach to grzech pierworodny. Niemal wszystko zło na świecie ma swe źródło w tym, że ktoś się czegoś boi. Jest to zimny, oślizgły wąż, który owija się wokół Ciebie. Nie ma nic okropniejszego ani bardziej poniżającego, jak żyć w bojaźni. Lucy Maud Montgomery (z książki Błękitny zamek)”.Z drugie strony, moje ulubione powiedzenie to slowa Mahatma Gandhi – ”Bądź zmianą, którą pragniesz ujrzeć w świecie”.

Moj przelozony powiedzil mi, ze na zrobienite wszytkiego tego co robie, na tym samym standarcie, wystarczylaby polowa energii, ktora ja zuzywam. Czyli na co idzie reszta? Na niepotrzebne mysli, martwienia sie, tworznie scenariuszy, ktore w wiekszosci sie niesprawdzaja, na klotnie w myslach …  Jak pisalam juz poprzednio, moje mysli i pomysly wiruja w szalenczym tempie, a cialo swoje. Mam plan je zsynchronizowac, oswoich. Wsluchac sie i pojsc za ich glosem. Nie pobiec, w nerwach. Praktykuje yoga tu i tam, mindfulness tu i tam, zdrowe zywienie tu i tam. Stop. Tu i teraz. Zaczynamy. „Jestem Panem swojego losu i kapitanem mojej duszy”.(Williama Henleya)

Witaj wspanialy 2018.

sobota, 30 grudnia 2017

Po Swiatecznie...nostalgicznie...

Wielkie oczekiwanie na Swietego Mikolaja....
Snieg pada cichutko. W domu ciuchutko. Poswiateczna cisza. Victor w ogrodzie bawi sie w sniegu. Mamy nawet mala gorke, wiec porboje snowboarding na ni to sankach, ni to desce snowbordowej…o nawet mu sie udalo zjechac i nie przewrocic :) Jaki jest smieszny ten nasz Misiaty…

Do Swiat przygotowalismy sie starannie. Victor wzial udzial w przedstawienu z Kosciele – wystapil jako pasterz, co przybywa do Betlejem w noc narodzin Jezusa, odgrywanego przec 2 miesiecznego synka kolezanki z pracy. Jak co roku upieklismy w Victorem nasze tradycjne ciasteczka i zaglalismy do Houston, dla Mikolaja. Wzbudzily one zainteresowanie podczas kontroli na lotnisku i zostalismy z Victorem (ktory wiozl je w swoim bagazu podrecznym) odstawieni na bok, dla sparwdzenia zawartrosci dziwnego pudelka po herbacie, ktore wewnatrz ukrywalo choinki, aniolki, gwiazdki starannie wysortowane dla Mikolaja.

Stary przepis w nowym wydaniu.

Moj Pastuszek ...ten srodkowy:)

Same Swieta minely jakos tak ….nie swiatecznie. Niby wszysto bylo jak ma byc, ala jakos nie tak. Kolejna Wigilja....Boze Narodzenie. Najpiekniejsze ze Swiat, ale tez w niektorych chwilach najciezszy i najbardziej bolesny dzien roku. Tesknota za Rodzina, ktora jest tak daleko, zawsze, obojetnie o ktorej czesci Rodziny sie mysli jest nie do okielzniecia. I choc  skyp, facebok czy nawe zywkly telefon staraja sie zlagodzic bol i odleglosc, w Wigilje jest chwilami nieznosnie ciezko. Male chwile rozpaczy, gdy proboje isc na kompromis z tradycjami, o ktorych nawet nie mamy pojecia, jak gleboko sa zakaorzenione. Kontrast tego co znam, a co mam jest….jest dziwny.
To chwile kiedy (mnie, czesto) nerwy puszczaj a lzy kapia na wypasiona “podrobe” karpia, kiedy to “nowa”i na codzien kochana bardzo rodzina zadaje te same pytania na temat dla mnie tak oczywistych dan wigilijnych, dyskretnie pociagajac nosem na zapach kapusty. To czas kiedy z nostalgia wspominam stare, dobre, socjalistyczne czasy, ktore oferowaly wiecej niz wypelnione po sufit dzisiejsze supermarket. To czas kiedy Polska w radosnym uniesieniu zamiera na pelne 3 dni, a na zlotym zachodzie wiele zachodu trzeba, zeby otrzymac choc wolny dzien. W tym roku sie udalo, w zeszlym nie…. Kiedy w Polsce podziwiamy Stajenke i odwiedzamy sie na wzajem delektujac swiatecznym sernik, tu atrakcja sa wyprzedaze ….dziwne to i inne. Po raz pierwszy zdarzylo mi sie wejsc do sklepu przed Swietami  i choc kocham ten zgielk, scisk i non-stop plynaca z radia ta sama swiateczna muzyke, po prostu mnie zemdlilo. Ten przesty rzeczy materialnych, bez duszy, bez znaczenie, bez uroku….bez sensu. Wyszlismy pospiesznie.  Zniesmaczeni.

W drodze na lotnisko....odlot -> Teksas.

W tym roku Wigilja byla u tesciow w Houston, w Teksasie. A raczej powiedzmy Swieta, bo Wigilji, jako takiej tu nie ma. Jest Dzien Bozego Narodzenia 25 grudnia, z prezentami z samego rana (jak sie Mikolaj wcisnie przez komin) i wystawnym obiadem. Celebrowanie Wigilji ja wprowadzilam i tak my swietujemy podwojnie. Kolacje Wigilijna najczesiej przygotowuje sama i dobrz mi z tym. Lubie sobie gotowac, rozmyslac, choc to sa wlasnie te chwile kiedy te natretne mysli – wspomniania wytracaja mnie z radosnego nastroju. Grzyby - inne, karpia - nie ma, kapusty - nie dostalam w kowbojskim swiecie, oplatek - paczka z Poski (paczka z Polski!!!! Z dziecinstwa pamietam paczki “z Rajchu”, a tu prosze paczki z Polksi na wage zlota), tak wiec paczka z Polski nie doszkla. Wiec po cichtku wzielam kawalek chleba ze soba do Kosciola w dzien Wigilji i w moim mniemamiu  wrocilam z poswieconym a la oplatkiem. Jak sie jest dzieckem socjalizmu to sie wszedzie i zawsze cos wykombinuje….Zwykle i Aniolek wita do nas w Wigilje, jak na prawdziwa Wigilja przystalo, a tu w tym roku….Victor znalazl Aniolkowy prezen w walizce, no i tak powedrowal on pod cholineke “Dla Victora od Mamy i Taty” i zostal otworzony rano 25 grudnia.  W samo Swieto Bozego Narodzeniea doloczylo jeszce wujostwo i kuzynostwo T i tak przy blasku choinki “ponoc kolend” z CD, wsrod prezentow, jedzenia i rozmow swietowalismy nadejscie Zbawiciela.


W oczekiwaniu na pierwsza gwiazdke...
Jak dziwnie bez sniegu.

Bialy obrus musi byc! Nawet w Teksasie.


Goraca czekolada z renifera:)

niedziela, 24 grudnia 2017

Wesolych Swiat.


Kochani, za chwile zapadnie Noc, Swieta Noc. Gwiazdka zablysnie dla nas wszystkich oddalonych od siebie, choc tak blisko w sercach. My w tym roku w teksanskim sloncu pojdziemy najpierw do Kosciola, zanim zasiadziemy do Wigilijnej Wieczerzy. Lza sie kreci w oku...Moji Rodzice i Siostra, juz po kolacji, tym razem w Londynie....Wiec chcialm jeszcze szybciutko zlozych Wam zyczenia Wesolych Swiat! Gdziekolwiek jestescie. Dokladkolwiek podazacie.


                                            Bóg się rodzi, moc truchleje,
                                            Pan niebiosów, obnażony,
                                            Ogień krzepnie, blask ciemnieje,
                                            Ma granice Nieskończony.
                                            Wzgardzony, okryty chwałą,
                                            Śmiertelny Król nad wiekami !
                                            A Słowo Ciałem się stało,
                                            I mieszkało między nami.

czwartek, 21 grudnia 2017

Swieta, Swieta, Swieta (i Mickiewicz).

Choinka w centrum Pittsfield w zimowym wydaniu.

Odliczam godziny…..jeszcze pare i….wolne! Mam naprawde dosc i jestem wykonczona, choc wewnetrznie energia mnie rozrywa. To moj stan naturalny. I przyznaje, ze cholernie mi z tym nieraz cieko, gdy mysli, pomysly wiruja w kolo w szalonym tempie, enegia do samego suftu, a grzeszne cialo spowalnia. Ale…nie wazne! Dyzyry w liczbie okolo jednego miliona odhaczone (tzn…odhaczone do 31 grudnia). Prezentacja ktora spedzala mi sen z powiek przez ostatni miesiac, odhaczona. 
A wiec Swietowania ….
                              … czas zacząć - Podkomorzy rusza
                              I zlekka zarzuciwszy wyloty kontusza,
                              I wąsa podkręcając, podał rękę Zosi
                              I skłoniwszy się grzecznie, w pierwszą parę prosi.
                              .......Brzmią zewsząd okrzyki:  Wesolych Swiat, Merry Christmas, Frohe Weihnachten, Joyeux Noël, Feliz Navidad, Καλά Χριστούγεννα, Счастливого рождества!                             
                  …..swiatecznie mi odbilo. Mickiewicza cytuje, hmmmm:) ….Swieta. Swieta, Swita…jutro wylatujemy. Jeszcze pare godzin pracy…szybkie pakowanie i swiateczny relax. 

Rozmarzylam sie...

W pracy…chrupie kawalki domku z piernikow (przynioslam z domu na lunch,tzn desser). Snieg pieknie pada za oknami. Juz 3 pacjetow odwolalo wizyte. Za zimno, za snieznie, nieprzejezdnie. A ja sobie mysle, ze im po prostu lepiej i mnie nie potrzebuja, bo inaczej to by i przez zaspy brneli. Popijam orzechowa kawe i tak sie rozmarzylam. Tak… zyczyla bym sobie miec prywatan praktyke. Nie, nie samemu. Samemu to smutno, a pacjeci coz…bywaja rozni (no i zaby nie martwic sie o zastepstwo na czas wkacji). Do spolki z innymi psychiatrami, albo gdyby tak dolaczys sie do jakiejs juz istniejacej praktyki ogolnej. W sumie to podobnie jak teraz  - w czwartki jestem w prywatnej practice udzielajac konsultacji, a pacjeci sa podsylani przez najrozniejszych lekarzy internistow, najczesciej lekarzy rodzinnych, ale tez neurologow, ginekologow ect. Zyczylabym sobie wlasny gabinet. WLASNY! Nie na spolke z kims, nawet jesli jest to mily kolga czy kolezanak. Jasny pokoj, niekoniecznie duzy, przytulny. Wygodne fotele, sofka. Jak malo trzeba psychiatrze….zadne rentgeny, kontrakty z laboratoriami ect. Po prostu wygodne siedzenia :) Regal z ksiazkami. Ksiazki sa mi potrzebne do egzystencji, a widok ksiazek asocjuje z moim domem dziecinstwa, rowna sie uczucie spokoju i bezpieczenstwa. Tak, wiec ksiazki musza byz. Tzn regal, bo ksiazek mam co niemiara. Targam je ze soba (i za soba – bo nieraz w kartonach plyna, leca czy jada) wszedzie, nawet prze ocean. I kolekcja sie rozrasta. A jak ktos nie wie co mi podarowac, to takie proste – ksiazke!!!!!. Co dale, w tym moim gabinecie marzen ma byc. Ladny widok z okna, uspakajajacy. Najlepiej na drzewa. Jesli juz robie liste do Swietego Mikolaja, to niech to bedzie widok and jodly, sosny i tego typy “evergreen” (“zawsze zielone”). Tak sobie wlasnie zerkam przez okno, jak pieknie teraz wygladaja cale osniezone. Probuje nie patrzec na rownie pieknie osniezony samochod…Wyznajac motto Scarlett O’Harry – “pomysle o tym pozniej”.

środa, 6 grudnia 2017

Seson na cuda.

W Swieta cuda sie zdarzaja. Pamietam jak jednego roku  podczas przygotowan do Swiat Bozego Narodzenia, sluchalysmy z Mama radia w kuchni. Radio w Polsce, to jest prawdziwe Radio, przez duze R. A przynajmniej takie ja je pamitam. Audycje, muzyka, ciekawe wywiady, sluchowiska!!!!! Mozna bylo sluchac bez konca. Tak wiec gotowalysmy i piekly w swiatecznych nastrojach, a w radiu nadawano audycje na temat nieapomnianych Swieta czy cos w tym stylu. Prosze wziasc po uwage, ze to bylo million lat temu i sluchalm i przetwarzalam te audycje z punktu widzenia dziecka, nie mniej jednak pamietam quintessence. Tak wiec dzwonil starszy pan i opowiada, ze pewnego roku (dzialo to sie chyba w latach piedziesiatych) w dzienWigilji wracal pociagiem z delegacji. Zasna i obudzil sie dopiero na koncowej stacji w obcym miescie, daleko od domu. Bylo juz pozne popoludnie i jako ze Wigilja, nie bylo juz zadnych pociagow tego dnia. Zly, zmeczony i zmarznety chodzil po miasteczku zagladajac ludziom do okien, patrzac jak zasiadaja do kolacji Wigilijnej. Patrzac w jedno z okien, cos go natchnelo,  przypomniakl sobie o tradycji wolnego miejsca przy stole dla nieznanego wedrowca i zapukal do drzwi. Drzwi otworzyla….. jego siostra, z ktora stracil kontakt podczas wojny…..

Czy to sie wydarzylo, chce wierzyc ze tak! Tak, ja zachowalam w pamieci ta audycje, jak rowniez, poszczegole migawki z naszych kuchennych poczynan podzczas sluchania. Krecenia ciasta w makutrze, czerwony obrus “w krateczke” na kuchennym stole, bylo juz ciemno za oknami. Moje wieksze/mniejsze swiateczna cuda - coz spedzajec Swieta w Londynie przed paru laty weszlam dokladnie do tego samego wagonu metra w ktorym siedzialam moja Mama i Siostra. A mialysmy w tym czasie wszystkie trzy byc w  trzech roznych miejscach!!!!

wtorek, 5 grudnia 2017

Cudowny czas.

Odkad pamietam Swieta sa dla mnie czasem szczegolnym. Chociaz, nie…to za malo powiedziane. Czasem magicznym i wyczekiwanym. Pamietam z dziecinstwa, taki socjalistyczny notesiki, ktory wygladal jak mniejsza wersja 16-kartkowego zeszytu, w ktorych robilam sobie kalendarzyk i odkreslalam dni do Swiat. Pamietam, ze zaczynalam juz w listopadzie. Choinke ubieralismy zwykle na dzien przed wigilja, czyli
tak tradycyjnie po polsku i stala do 2 lutego, czyli do Matki Gromnicznej. Tak “z dziada pradziada” u nas w domu bywalo i bywa. Musze przyznac, ze z radoscia przejelam amerykanski zwyczaj dekorowania choinki na poczatku grudnia, bo tak na prawde to ona cieszy podczas Adventu, w oczekiwaniu na Boze Narodzenie. Radosc mam po prostu dziecieca i prawie namacalna, a Adwent zaplanowany, zeby mozliwie w pelni wykozystac  kazdy drobiazg, kazda tradycje swiateczna. Victor tez lubi i cieszy sie na  te wszystkie male i duze radosci.  W sklepie, w doslownym znaczeniu tego slowa rzucil sie i objal polke ze swiatecznym rzeczami z okrzykiem “nareszczie”. W weekend po Swiecie Dziekczynienia….coz przyznaje ze byl jeszcze listopad, ale juz po Swiecie Dziekczynienia!!!!  szepnelam do T, ze moze bysly juz po
choinke pojechali, ale niestety pomysl nie przeszedl. Zrekompensowalam sobie i razem z Victorkiem zrobilismy domek z piernikow.  Patrzac na reszkli domku, w dokladnie mowiac na dziwne zanikanie cukierkowych ozdob na domku, przyznaje ze zdecydowanie zrobilismy go za wczenie, ale….czyz mozna zalowac frajdy przy robieniu domku z piernikow?  
Po raz pierwszy tez zrobilismy sklana śnieżna kula i mam zamiar wlaczyc to naszego rodzinnego repertuaru przedswiatecznego.  Teraz co przejde przez salon, to potrzasna kula i zloto-srebrny snieg proszy na miniaturowa choinke i “tate” – nie moglismy sie zdecydowac co do figurek, i wybralismy “chlopka” na czesc T. To bylo w zeszly weekend/tydzien. W ten weekend, zadne sily na niebie i zimi nie mogly nas (czyt. mnie i Victora) powstrzymac przed pojechaniem po choinke. Wybralismy sie na ta sama farme i wlasnorecznie scielismy drzewk. Wyjatkowo w tym roku wybor zaja nam niewiel czasu. Wdrapalismy sie (z pila) na gore i…prosze, ona tam byla, juz na nas czekala. Pierwsza z brzegu. Idelana. Pieknie symetryczna i pachnaca. Chlopaki pilowali, a ja sie “dolozylam jako dekracja do zdjecia”. 
Teraz choineczka juz udekorowana cieszy nasze oczy i serca. W niedziele poszlismy na balet “Dziadka do Orzechow” w wykonaniu balety z Albany, NY. Ta grupa baletowa kncertuje po USA i angazuje lokalne dzieciaczki co do niektorych drugoplanowych rol.  Tak wiec kolezanki Victora z klasy graly role “myszek”. Piekny balet, uspakajajaca muzyka.  Za kazdym razem sobie obiecuje, ze bedziemy chodzic czesciej, a potem czas umyka i nic. Kartki swiateczne dzis rowniez zamowilam, za to z prezentami pod choinke jestem totalnie do tylu….a czeka mnie trudny tydzien z dwoma dyzurami w tym jeden w sobote (brrrr…jak ja nie lubie dyzurow w weekend) i prezentacja do przygotownia.  Ale….co tam, mamy sezon na cuda! Swiateczna magia juz dziala. Wiec wszystko bedzie dobrze. Tak jak ma byc!