piątek, 9 maja 2014

B zamiast A.

Zlosliwosc rzeczy martwych. Albo raczej komizm sytuacyjny. Chociaz wczoraj raczej nie bylo mi do smiechu. Dzien z serji zakreconych. Rano odlot teściowej. Samolotem. Przypomina mi sie stary kawal, jak to Kowalski wraca pijany do domu, a drzwi otwiera teściowa z miotłą; Kowalski na to “a mamusia to sprzata czy odlatuje?”. Nie, u nas nie bylo miotlanych odlotow, tylko United Airliners transportowalo moją Teściową spowrotem na Dziki Zachod. Bylo z tego powodu duzo zamieszania. Nie potrzebnego zupelnie. Chodzilo tylko o jedna literke: B zamiast A. Odloty do Teksasu odbywaja sie teraz z Terminalu B, a nie jak poprzednio z  A. Wszystko pozostaje po staremu, i wszystkie terminale wygladaja zupenie tak samo, tylko ten nazywa sie B….Tesciowa byla ogromnie zdenerwowana tym faktem. Ja nie moglam - mialam termin u lakarza, ktory bym chetnie przesunela, gdybym byla poinformowana na wiecej niz 2h przed. Cala ta sytuacja byla bardzo dziwna, bo do tej pory tesciowa zawsze z wlasnej woli brala taksowke, mimo naszych propozycji transportu. Dodam tylko, ze jest to dla mnie nie zrozumiale, ale sie nie wtracam. Moze roznica kulturowa, ktorej nie jestem w stanie pojac? Niemniej jednak Rodzice mojego meza sa jedynymi goscmi, ktorzy zawsze na wlasna reke sie transportuja "z" i "na" lotnisko. Wiec skoro od lat procedura tych odlotow, przylotow i programu pobytu u nas byla i jest taka sama, mielismy juz dzien zaplanowany. Moj maz zadecydowal w koncu, ze ją na lotnisko odwiezie. Byl to wyjatkowo niekorzystny dzien. Kończą wlasnie w jego laboratorium project i zwiazaną z tym publikacje. Jedno z czasopism wyrazilo zainteresownie tym materialem, do takiego stopnia, ze redaktor postanowil pofatygowac sie osobiscie do ich labolatorium, zeby omowic szczegoly. Co jest niemalym wyroznieniem, ba, wielkim, bo zazwyczaj trzeba sie “prosic” o przyjecie artykułu do publikacji i nierzadko spotyka sie to z odmowa.Wysyla sie wtedy ten artykuł do nastepnego pisma - o nizszym standarcie i  popularnosci i znowu czeka na “wyrok” – i znowu  moze byc odrzucony. Bardzo żmudny process. Pomijam juz fakt, ze spotkanie sie osobiste z szefem redakcji oznacza “connection” – “znajomosci”. Niestey, B zamiast A, i nie dalo rady. Moj maz na to spotkanie nie zdazyl. 

Po poludniu bylismy umowieni w nowym przedszkolu, ktore Victor zacznie we wrzesniu. Mialo to byc spotkanie organizacyjne dla rodzicow i dzieci, zwiedzanie szkoly, klas, zakonczone pizza na placu zabaw przed szkola. Dzieci mialy okazje poznac nauczycieli, poznac i pobawic sie z innymi dziecmi z ktorymi zaczna przedszkole. Bylo to zaplanowane juz od paru tygodni. Tak wiec dzien nasz mial bardzo napiety grafik juz od rana. Ja Victora rano odprowadzam do przedszkola na pare godzin, wracam, lece do lekarza, biegne znowu do przedszkola odebrac go wczesniej, wracamy razem do domu, gdzie bedzie na nas juz czekal moj maz (po spotkaniu z redaktorem!!!) i jedziemy wszyscy razem do nowego przedszkola – junior kindergarden. (Podczas gdzy United Airline grzecznie i bezpiecznie unosi w oblokach moja Tesciowa daleklo, jak najdalej od Bostonu).

Po zadymie z A i B maz pojechal do pracy,
praktycznie po to zeby zaraz z niej wrocic. My z Victorem, czekamy na niego o umowionej godzine, kiedy to T wysyla mi sms i ze czeka na metro - co oznacza minimum 30min. Mysli moje wiruja pomiedzy morderstwem a rozwodem jak patrze na zegarek i syneczka czekajacego na schodach, przejetego juz od paru dni nowa szkola. Za chwile dzwoni T,  ze metro nie dziala i zebym wziela taksowke. Próbuje przekazac ten fakt dziecku na spokojnie, choc widze zmartwienie na buzce. Biore telefon, zeby zamowic taksowke i uswiadamiam sobie, ze nie mam gotowki, a bostonskie taksowki nie zawsze przyjmuja karte kredytowa. Ok. Zabieram malego i lecimy do banku. Wyciagam pieniadze na taksowke, odtwieram torebke….nie wzielam telefonu…..W tym momecie determinacja moja wzrosla ze 100% na 200%. Moje dziecko dotrze nia miejsce!  Przeszlam przez ulice i weszlam do pierwszego budynku z brzegu i poprosilam, zeby zadzwoniono nam po taksowke. Okazalo sie, ze jest to machanik samochodowy, ktory zna mojego meza i Victora. Centrala poinformowalm nas, ze taxi podjedzie za okolo 40 minut. Wtedy nasz mechanik wyszedl na ulice i zgwizdal taksowke w przeciagu 2 minut. (wdziecznosc ma moja dozgona). Taksowkarz co prawda zupelnie sie nie orentowal gdzie ma jechac (!!!!!), ale to juz nie bylo wazne-jechalismy! I dojechalismy! Zamieszanie z papierami przy wejsciu, naklejki z imieniami, i placzace co niektore dzieci ect…..zdarzylism na wszystko i nawet maz sie zalapal. Ze szkoly wynieslismy jeszcze lepsze wrazenia, niz mielismy podczas zapisow. Mimo wszystko udany, choc zakrecony dzien.

*Jesli ktos nie ma pomyslu na zycie, to podsuwam: przeciebiorstwo/usługi taksówkowe w Bostonie. Sukces gwarantowany. Bo to co mamy na chwile obecna, to tragedia. Nigdy nie wiadomo kiedy przyjedzie, czy wogole przyjedzie, i czy miejsce docelowe bedzie wchodzilo w zakres kompetencji taksowkarza. ( Np. taksowkarz ktory sie dzis dla nas zatrzymal poinformowal nasz, ze on jedzie tylko "do rzeki". Na szczescie szkola byla "nad rzeka" i po wlasciwej stronie)

czwartek, 8 maja 2014

Love Actually


Juz czwartek. Majowy czwartek. Co prwada temperatura na zewnatrz jeszcze nie szaleje, za to przyroda wybuchla po zimowym wyzwoleniu. Chodze i nie moge sie napatrzec, nawachac, nadotykac, napstrykac zdjec. Kolory, zapachy, kasztalty porażaja swym pieknem, a ich zmiennosc w zaleznosci od pory dnia, swiatla, slonca czy nawet deszczu po prostu zniewala.  Nie moge nie byc szczesliwa, modlitwa sama mi sie uklada w glowie. Wdziecznosc za bycie tu i teraz, za bycie czescia tej misternej kostrukcji Wszechswiata, za wolnosc, za milosc, za rodzine daleka i bilzasza. Za to ze moge czuc, chlonac i dawac.


Zeszly weekend spedzilismy bardzo milusinski. Wyjazd za miasto do znajomych i ich
wspanialego domku na tzw. “baby-shower” - impreze powitalna na czesc majacego sie wkrótce narodzic dziecka. Zaproszeni przywożą ze soba prezenty dla dziecka, jedzenie, a przyszli rodzice rozpakowuje je publicznie i przyjmuja “dobre rady” od “bardziej doswiadczonych i juz po przejsciach”. Bardzo mila forma spotkania.  No bo jak sie nie cieszyc w obliczu takiego szczescia.  Tym razem w roli glownej Lucy i Fin.  Ich coreczka  Lula Perła ma sie urodzic 22 maja. Bylo wiele smiechu,  wiele prezentow,  mniej lub bardziej romantycznych.  Choc ”romatyzm” jest dobry na spotkaniu, to w życiu codziennym na pewno
dodatkowa paczaka pieluch, wanienka, czy maszyna do zwilgotniania powietrza bardziej sie przyda. Bylo wiele rozowych ciuszkow, koronkowych majteczek, spiochow z imieniami rodzicow.  Przyznaje ze korcilo mnie bardzo pojscie w regaly po takie wlasnie prezenty, ale przypomnial mi sie moj wlasny baby shower i zostalam “rozumna, mniej romantyczna” –zestaw butelek, smoczkow i maszyna do sterylizowani ich,  buuuuu…….Ciekawie tez bylo posluchac zamierzen i pomyslow nowych rodzicow na to “jak bedzie” – “nie, my to smoczka dziecku nie damy”, “zadnych pampersow”, “tylko naturalne szmaciane pieluchy,  “ubranka tylko z tkanin naturalnych” ect.  Moglam sie tylko usmiechac, bo wiem, ze minimum polowe z tego zycie zweryfikuje. Ale bardzo, bardzo sie z wraz z nimi ciesze. Wiem jak bardzo Lucy tego dziecka pragnela.  A i Fin wydawal sie juz byc mniej przerazony.

Tak lubie takie imprezy, takie popoludnia, kiedy sama slodycz  i zyczliwosc wisi w powietrzu. Nie ma glosnej muzyki, ani przepychanki po drink. Nawet moj T uczestniczyl w rozpakowywaniu prezentow. Tak, tu moge naglos powiedziec, ze ojcostwo zmiekczylo bardzo mojego “pana, króla i władcę”.  Jak mu sie oczy nieraz swieca jak patrzy na naszego Victorcia. Cieple mile popoludnie, z pysznosciami przyniesionymi przez gosci, a glownie przez Duy ( tajwanczyka wychowanego tu w USA). Piekny ogrod naszych znajomych, szalejace dzieci i psy, przyjaciele. No i wlasnie wiosna. Wiosna radosna!  

Przychodzi mi do glowy ta angielska komedia  “Love Actually” - love actually is all around.
Miłość naprawde jest wokół nas. 

czwartek, 1 maja 2014

Jeszcze o kwietniu.

Troche jeszcze o kwietniu. Co prawda dzis juz 1 maja, ale mam troche zaleglosci, jako ze bylam odcieta od swiata z powodow czysto technicznych. Tzn.moj laptop po prostu nie chcial sie wlaczyc. Co prawda mamy i drugi laptop, i komputer, ale to nie to samo.  Zupelnie nie moge “znalezc natchnienia” na nie -moich laptopach ( laptop moją muzą?).  Nekalam wiec meza mojego,  az w koncu sie zlitowal i naprawil, i odwirowal, i oczyscil. Tak skutecznie,  ze mam komputer caly “prawie” nowy bo wszystkie moje dokumenty, informacje, teksty i zdjecia zaginely bezpowrotnie podczas tego procesu. Ale….jako, ze jest wiosna, sloneczko wlasnie wychodzi po deszczu, kwiaty i drzewa kwitna, na meza zloscic sie nie bede. Jak by nie bylo chcial dobrze. I naprawil. Tylko, ze….


Kwiecień, plecień, bo przeplata. trochę zimy, trochę lata
Tuz przed Wielkanoca, kiedy kazdy juz sie przyjemnie po zimie rozgrzal i przeciagnal, spadl snieg i polezal sobie przez dwa krotkie, choc coraz dluzsze juz dni. Tak chyba, zeby nas nauczyc pokory i uswiadomic, ze tak wlasciwie, to na nic wplywu nie mamy.  Za to Wielkanoc byla Bosko ciepla i sloneczna. "Kwiecień, plecień, bo przeplata, trochę zimy, trochę lata". Zeszly tydzien zimno-deszczowy, dzis  sie rozjasnilo i czuje, ze moge rozpiac kurtke. Tak wiec pogodowo kwiecien byl strasznie zakrecony. Zyciowo, tez troche zamieszania. Duzo duzych i malych planow, pomyslow, spotkan z ktorych cos wychodzilo, lub nic. Cicho, sza…teraz trzymajmy kciuki.  Niby wciaz w biegu, chociaz przystaje zaby dotknac kwitnace drzewa. Troche tez “na skrzydlach”, bo wiosna, bo moze sie uda, bo moze w koncu sie cos zmieni. Piore i chowam do szafy zimowe kurtki, rozgladam sie za ladnymi  wiosennymi butami, chodzimy na coraz dluzsze spacery, Victor nie rozstaje sie z hulajnaga, z T podkopuja pilke, wakacje zaplanowane...

„Kiedyś wiosna otworzy na ścieżaj pestki serc rozłupane na pół” (Bruno Jasieński)

niedziela, 20 kwietnia 2014

Wielkanoc, nasza jedyna.



Udaly sie. Tak mysle. Mam ta wewnetrzna sadysfakcje, ze przygotowalam je, tak jak moglam najlepiej. Co prawda nie upieklam mazurka, tak jak planowalam, a wiekszosc rzeczy zrobil za mnie “Baltick Deli”, niemniej jednak ciesze sie. Przede wszystkim byl czas oczekiwania na Wielkanoc. Odliczania dni - "Mami, czy dzis sa juz swieta?" Udekorowlismy mieszkanie ("Mami, ja tak lubie dekorowac mieszkanie"- miód na serce). Stoi forsycja obwieszona jajkami, stoja zajaczki, kurczaki ect. Pomalowalismy jajaka. W zeszlym roku udalo mi sie skoncentrowac uwage Victora przez 10 minut. W tym roku czas malowania, barwienia, naklejania ect. wydluzyl sie do 45 minut. Nawet maz pomalowal jajko, chociaz siedzial na poczatku bezradny i zdezorientowany ( bo u niego w domu sie tylko jajka farbowalo). Pojechalismy do Polskiego Kosciola na Swiecenia - co bylo zdecydowanie punktem kulminacyjnym moich Swiat. Nie moge powiedziec, ze obylo sie bez drobnych incydentow, glownie z powodu “lukrowanego baranka”. No bo dlaczego baranek ma siedzic w koszyczku? Takie logiczne pytanie. Przeciez jest stworzony wprost do zjedzenia. Dlatego tez w trakcie przygotowywania koszyczka baranek byl dosc czesto oblizywany, co doprowadzilo do zlepienia sie innych produktow Swieconki.  A w drodze do Kosciola nawet w tajemnczy sposob nadgryziony. Winowawca nie zostal odnaleziony, sprawa zostala umorzona w toku.


Jak tak patrzylam na mojego synka niosacego z wielkim przejeciem koszyczek, to serce eksplodowalo mi z milosci. Kiedys zartowalam mowiec 50% Polaka+50% Amerykanina = 100% Perfekcji. Ale…nic dodac nic ujac. Taki malutki czlowieczek, taka drobinka faceta, taka najlepsza czesc mnie i T. Victorcio sam byl bardzo podekscytowany swoja rola koszyczkowa, dzielnie przedzieral sie przez tlum w Kosciele. Uczciwie przyznaje, ze obiecalm, ze po Mszy baranek jest jego i nie musi juz czekac do niedzieli. Tak, ze zaraz jak przekroczylism prog Kosciola baranek powedrowal do buzi i rodzinne zdjecie Wielkanocne, to nasza trojka przed Kosciolem z Victorciem lizacym baranka. Moj syn rowniez utrzymuje, ze poswiecenie koszyczka zdecydowanie podnioslo walory smakowe baranka. Dzis przy sniadaniu podslyszalam, ze maz moj twierdzil, ze jakoby zrozumial o czym Ksiadz mowil…..No prosze, jaka obfitosc lask. 


Dzis byl “egg hunt”- czyli poszukiwanie ukrytych w ogrodku jajek ze slodyczami lub drobnostkami w srodku, potem sniadanie z przyjaciolmi. Podzielilismy sie Swieconka. Byla babka, moj kochany sernik, polska wedlina, biala kielbasa, chrzan ect.  Po poludniu skyp z Polska i Teksasem, wyjazd do parku nad rzeka, pierwsze lody w tym sezonie, rodzinne "gniecenie sie" przed bajka w telewizji….Leniwie, bez pospiechu, rodzinnie, milo, cieplo w sercu pomimo braku bliskiej, a jakzesz dalekiej Rodziny. Inaczej. “Troche” innaczej niz bylo w dziecinstwie. Nie, raczej “duzo” inaczej. Ale, tak samo nigdy juz nie bedzie. Chociaz nie wiem jakbym sie starala, to scenariusza nie powtorze, bo …nie ci sami aktorzy, nie ten sam plener. Dotarlo to do mnie wlasnie podczas tych Swiat. Ze nie ma co rozpamietywac, poszukiwac, doszukiwac sie smakow i podobienstw, bo to tylko poteguje smutek przemijania. Mozna tylko dac z siebie wszystko co najlepsze i stworzyc Swoje Wlasne Najlepsze i Niepowtarzalne Swiata. Swoja Tradycje. I taka wlasnie byla moja-nasza tegoroczna Wielkanoc. Niepowtarzalna!


Zycze Wam wszystkim wlasnych, niepowtarzalnych Wesolych Swiat!

czwartek, 3 kwietnia 2014

Rozpadło się

Rozpadło się….. nie tak mialo byc. A jak? Coz… inaczej. Lzy, rozpacz, smutek..hmmm….i jakies inne dziwne uczucie. Tyle lat pracy i co? Przyslowiowa “reka w nocniku”? Pozwolilam sobie na dwa dni rozpaczy. Umiarkowanej rozpaczy, jako, ze mąż znowu na wyjezdzie. Po przeczytaniu sadnego maila, na ktorego czakalam od wrzesnia zeszlego roku, odliczajac doslownie dni, godziny, minuty i sekundy – tzn. computer odliczal za mnie, a wiec przeczytalam tego maila i rozplakalam sie bardzo, co strasznie wystraszylo moje dziecko. Troche mi zajelo zeby wymyslec historie, ze mama ma “boo boo” na kolanie i dlatego placze, co przemowilo do rozumu mojego czterolatka. I tak, plakanie ze wzgledu na stluczone kolano bylo jak najbardziej na miejscu. Niemniej jednak staralam sie potem juz opanowac.


Ponoc “szczęście w nieszczęściu” i “nic nie dzieje się bez powodu”, i “kiedy Bóg drzwi zamyka - to otwiera okno” …taaaaaaaaaakkkkkkk….to niby tak jest i ja w to wierze. Tylko wybiorczo. Czasowo wybiorczo. Tzn powtarzalam (i powtarzam) sobie ta mantre, a kladke piersiowa w tym czasie przejmowal dziwny skurcz i brakowalo mi oddechu. Coz diagnozy nie postwie. Skoro nie przyjeli mnie do szpitala, doktorowac sie sama tez nie bede. Jak na razie!!!! Bo to nie koniec. To poczatek. “Wędrówką jedną życie jest człowieka. Tylko ja juz tak bardzo chialabym dojsc, wyciagnac sie wygodnie i zaczac zyc bez terminow, egzaminow, podan, rozmow kwalifikacyjnych, nostryfikacji ect. Przypomina mi sie wrozka, ktora kiedyc powiedzial, ze w moje imie, nazwisko czy konstelacja gwiazd w momecie urodzenia, oznaczaja “nauke”. Coz, zaprzeczyc nie moge. Pamietam moje 30 urodziny pod haslem “lepiej 30 niz 15, bo do szkoly nie trzeba juz isc”….oooo jak bardzo sie mylilam. 


Ale kiedy to tak po tym sądnym dniu, kiedy poinformowano mnie, ze nie przyjma mnie teraz na rezydenture ( kolejna z koleji, bo jak to fajnie byc rezydentem, nie spac przez 3 lata i harowac za grosze), a wiec jak odprowadzalam Victorka do przedszkola z mysla, ze za chwile w koncu zostane sama, i w koncu sie bede mogla wyplakac, i usmarkac, i porozrzucac chusteczki wokolo, i byc taka biedna, bo tak mi strasznie, zle, bo tak mnie skrzywdzona, a ja taka rewelacyjna jestem….to jakos wszystko minelo. Slonce wyszlo. Co prawda za pare dni spadl grad, ale w tym momecie swiecilo slonce. I choc usilnie probowalam wrzucic kanal “biednej i skrzywdzonej” nie udawalo mi sie. Caly czas myslalm o wszystkich ktorzy byli ze mna w tym dniu i trzymali kciuki, i o wszystkich zatroskanych mailach, telefonach, Rodzicach, Puchatku, kolezankach, ktore wpadly zeby pocieszc, zeby usiasc ze mna. O kwiatkach i czakoladkach, ktore zostawily przed dzwiami domu na pocieszenie. I wracala energia i natretna mysl, “zrob to”, “zrob to co chcesz”, to jest ten czas. To jest twoj czas. A wiec do walki! (znowu…)

środa, 12 marca 2014

Matki dzieci podziurawionych.

Po wczorajszych komentarzach i mailch dotyczacych “dziury w bucie”…przede wszystkim - milo mi sie zrobilo, bo widze, ze ktos mnie czyta, a to jest “cos”. Pisanie w virtualna przestrzen, bylo/jest jednak troche deprymujace. Wiec dziekuje z calego serca, za kazdy Wasz komentarz i mail. Jak widze, moj niepokoj dotczacy jednej dziury w bucie jest niczym nie uzasadniony. Ba, zdalam sobie sprawe, ze jest preludium do przyszlosci pelnej dziur, poszarpan, klejow, gum i innych tego typu inowacji, z ktorymi bede musial sie wkrotce zapoznac. Wiec chyba przerzuce sie na odziez z “tanszej polki” skoro i tak ma wystarczyc tylko “na chwile”.

Tak, troche ta rzeczywistosc odbiega od mojego wyobrazanie o macierzynstwie. Mialam miec na kolanach siedzace spokojnie dziecie, czysciutkie, pachnace, w ladnie odprasowanym, modnym (wedle mojego gustu) ubranku i zlotych loczkach. Mielismy sobie czytac Kubusia Puchatka, a potem malowac obraki natchnieni przeczytana historia. Takkkk…..Na kolana to sie Victorcio ciagle bardzo chetnie wdrapuje, ale jest daleki od czystosci i ladu pomimo codziennych kapieli, ktore zreszta uwielbia (ku zgrozie, bo lazienka jest za kazdym razem zalana, bo mlody trenuje koszykowke w wannie). Mamy spodnie z dziurami na kolanch, podszulki z Super – “cos tam”(rano zabiera zdecydowany glos co do wyboru ubrania), grzebien wystepuje w naszym zyciu tylko w wersie piosenki, a zreszta i tak jest niepotrzebny, bo tatus pilnuje zeby wlosy bron Boze nie byly za dlugie (1.5 cm to maks). No i ta dziure w bucie. Kubus Puchatek jest nudny i dla dziewczyn. Bo dziewczyny sa takie


nudne….tylko by sie chcialy bawic w princess, albo koniki. Nuuuu-dne! Na Swieto Dziekczynienia dzieciaki w przedszkolu dostaly kartke z wieloma malymi rysuneczkami i mialy zakreslic za co sa wdzieczne (->Swieto Dziekczynienia). Victor zakreslil dom, jedzenie, zabawki ect. Zrobil rowniez koleczko na rysunku przedstawiajacym chlopca i dziewczynek: Jestem wdzieczny za moich przyjaciol, po czym zamazal dziewczynke, bo jest wdzieczny tylko za chlopcow-przyjaciol…..

No wiec z Kubusia Puchatka nici…. Caly pokoj Victora (posciel, obrazki, zabawki, dywanik) zanim przyszedl na swiat byl przygotowany w tematyce Kubusia Puchatka. Jak juz to tygrysek, bo on caly czas skacze, wiec mamy cos wspolnego.  Victor tez caly czas sie rusza, wiec czytanie jest raczej nie mozliwe.Najwyzej szybkie przerzucenie kartek z opisem sytuacji zawartym w jednym zdaniu. Co do malowanie…tragedia. Victor przynosi z przedszkola tego typu rysunki.


Porownujac do jego rowiesnikow, jestem BARDZO zaniepokojona. Dzieciaki maluja domki, ludzi, kwiatki ect. Co prawda jest to wszystko koslawe i niewymiarowe,  niemniej jednak przypomina “cos”. Victora rysunki to jedna wielka bazgranina. Rece i nogi ludzia wychodza z glowy, tulowia nie ma. Probowalam z nim namalowac balawana. Nie byl w stanie narysowac trzech kolek jedno pod drugim. Za kazdym razem konczylo sie spazmatycznym kresleniem blizej nieokreslonych rzeczy. Dla mnie blizej nieokreslonych. Bo Victor potrafi dokladnie powiedziec co kazdy z tych bohomazow przedstawia. I tak na rysunku z lewej to statek kosmiczny Batmana ladujacy na jakiejs tam planecie, a sam Batman jest w lewym gornym rogu(to czarne!!!!). Na rysunku po prawej jest fontana. Delikatnia  zapytalam sie: - Synku, a to czerwone to co? – To, slonce odbijajace sie w wodzie, mamo. No to mi szczeka opadla, bo uwazam, ze to dosc inteligentne jak na niespelna 4,5 latka. Niemniej jednak…jestem za kreatywnoscia, ale chyba wolalabym te koslawe domki domkopodobne.

Rodzina zabawa z farbami.
 

wtorek, 11 marca 2014

Dziura w bucie, a wiosny nie ma.

Udalismy sie na poszukiwanie wiosny. Zacheceni cieplejszym sobotnim dniem, zaraz z rana w niedziele wyruszylismy za miasto. Zanim doszlam do samochodu juz czulam, ze pogoda plata nam figla. Co prawda sloneczko mile swiecilo, niestety mrozik trzymal. Nastawiona jednak na “przygode z natura” ignorowalam konsekwentnie zimne rece i uszy. Pojechalismy za miasto. Prosze nie mylic z “pojechaniem w nature”. No bo coz mozna sie spodziewac po 20 minutach jazdy od milionowego miasta. “Natura” to po prostu ladnie zagospodarowana trasa wokol jeziora. Dla pieszych, rowerzystow, joggingowcow, pieskow ect. W naszym przypadku - hulajnogowcow. Victor smigal na swojej hulajnodze caly przeszczesliwy.  Odbiega to dosc od mojego wyobrarzenia o lonie natury, ale trzeba sie cieszyc z tego co jest. Z pewnością gdybysmy pojechali dalej od Bostonu, to znalezlibysmy cos troche bardziej dzikszego. Niestety czterolatek w samochodzie nie nalezy do przyjemnosci. Nie dojechalismy nawet do konca naszej ulicy, gdy padlo pytania: “czy jestesmy juz na miejscu?”. Zeby sie upewnic, ze nie przejedziemy naszego docelowego miejsca, Victor powtorzyl je okolo tysiaca razy. Mezowi udalo sie jednak nie spowodowac wypadku.

Tak wiec wedrowalismy sobie grzeczna droga podpatrujac na zamarzniete kompletnie jezioro i starajac sie znalazc dobre argumenty dlaczego my-nasza rodzina nie bedzie spacerowac po zamarznietej tafli  w przeciwienctwe do innych rodzin. Nasze dziecko szczegolnie bolesnie odczowalao ta niesprawiedliwosc, jako, ze on mial tylko hulajnoge a ci inni fajowi ludzi na jeziorze “niebezpiecznie” sie slizgali i grail w hokeja - zycie nie jest sprawiedliwe.  Na mala poprawe nastroju wplyna plac zabaw z koparka i blotem, wiec juz nie oponowałam i udawalam, ze nie widze jak blotnista maz wlewa sie do Victora butow. Jak sie wlewala…ano przez dziure… Tak moje dziecko ma dziurawe buty. To, ze wiekszosc naszych spodni jest potargana na kolanach, to juz normalne. Teraz doszly dziury w butach. Jesli ktos ma male dziecko, to `chyba zdaje sobie sprawe jak czesto sie kupuje nowe ubrania i buty. Powiedzmy przecienie – non stop. Nowy sezon, plus dziecko uroslo, plus wszystko w wiekszych ilosciach, bo a zmiane.  Niemniej jednak nigdy nie przypuszczalm, ze mozna zedrzeć skórzane buty – polbuty; zimowe, skorzana, ocieplne - solidne. Mozna. I to nie podeszwe, tylko wierzch buta. Hamujac butem podczas jazdy na hulajnodze. Tak wiec moj syn poszedl dzis do przedszkola z dziura na duzym palcu buta. Mysle, ze moja Mama padla by ze wstydy na sama mysl. O tesciowej nie mysle. Tesciowa mam kowbojska, bo mam teksanskiego meza, wiec moze gdyby moje dziecko mialo buty z krokodyla to wytrzymaly  by one hulajnoge, zime w Bostonie i rozpierajaca energie Victora.
Przypomniala mi sie marzanna. Pamietam jak jeszcze bylysmy male z moja Puchatkowa Siostra, co roku robilysmy marzanne. Szliszmy cala rodzina ja topic na Walcach - woda tam do kostek. Probowalam wytlumaczyc to moim chlopakom podczas spaceru, ale maz byl przemarzniety, a syn uporczywie zastanawial sie jak wtargnac hulajnoga na zamarzniete jezioro. Wiosny nie doszukalismy sie. Ani jednego przebisniega, ani jednego paczka na galazce. Wczoraj rano spadl snieg.

niedziela, 2 marca 2014

Oj Ukraino....


Jestem przerażona. Od paru dni obssesyjnie sprawdzam wiadomosci na moim telefonie. Co troche i wszedzie. Dzieki ci Niebiosa za taki wynalazek jak smartphone, bo innaczej nie byla bym w stanie normalnie funkcjonowac, tylko bym siedziala przed telewizorem. Tak to przynajmniej moge w miare – podkreslam, w miare -  mechanicznie wykonywac moje dzienne obowiazki, choc moje mysi sa hen, hen daleko na Ukrainie. 

Nie mam slow do okreslenia jak bardzo współczuję wsztkim ludzia tam. Niezależnie od przynależności, racji, religii, kultury, czy czegokolwiec co ich dzieli. Lub tego co wydaje im sie, ze ich dzieli. Zachowanie Putina…na to nie ma slow. Odwalił dla swiata fantastyczna pokazuwe normalności – olimpiade; nie kwestjonuje – piękną!  Na ceremoni zkonczenia to i mnie sie lezka zakrecila w oku. Piekno rosyjskiego spadku kulturowego, ich literature, poezja, serdecznosc ludzi jest dla mnie nie do podważenia. Prawie zlagodnialy moje uczucia wzgledem Putina.  A tu teraz masz! Jego mania wielkosci polaczona z panika utraty chocby najmniejszego wplywu jest przerażjaca. To czlowiek nieobliczalny ktorego nalezy sie bac. Nie chce zajmowac stanowiska politycznego, ale te powolne rozdrabnianie sie Europy nie za bardzo mi sie podoba. Na ziemiach z tak bogata historia, mozna sie dopatrywac korzeni i powiazan w tak wielu kierunkach! Dlatego, ze przed “set” laty Rosjanie zludnili Krym …. , well…Aleksander Wielki tez tam byl, dlaczego Grecja nie rościć sobie prawa?


Patrze na tych biednych ludzi w niepewnosci i strachu, czekajacych godzinami na ulicach Kijewa na wyrok dotyczacy ich zycia. żołnierzy uzbrojonych po zeby w gotowosci bojowej żeby uderzyć w CZLOWIEKA! W innego czlowiek. W inna istote z krwi i kosci w imie czego?????  Przeciez w takich sytuacjach nigdy nie ma wygranej! Gina ludzie! Przegrywaja obydwie strony!


Mysli moje biegna do Mirka. Choc mialam okazje spotkac go tylko raz, żywo pozostał w mojej pamięci. Dobry, drobny czlowiek, główny dyrygent Wielkiej Orkiestry. Opuścił Ukraine bo konszachty polityczne kolidowaly z jego osobistymi przekonaniami i wiarą. Wiarą tak mocna, ze troszke, bylo mi az za bardzo. Zrezygnowal z honorow i wielkich pozycji i przywedrowal do maleńkiej miesciny na poludniu Polsk, gdzie zbudowal swoje zycie na nowo. Od podstaw. Z niczego. Mile wspominam troske Rodzicow i ich znajomych o niego, pomoc w odnalezieniu sie.  Ale przede wszystkim pamietam jego wdzięczność. Jego bezgraniczna wprost wdzięczność za wszystko. Za spedzenie wieczoru z nami, za stary mebel, ktory ktos mu dal na “nowa droge”.  Wdzięczność i radość istnienia. Jego niezachwiana wiara w Boga, optymizm, przepiekny spiew - bardzo i mile wspominam tamten wieczor i jego. Mirek pozostawil na Ukrainie swoich rodzicow i synka ( z tego co pamietam to bardzo nieladnie mu sie malzenstwo rozpadlo). Raz w miesiacu pakowal w plecak co sie da - a przede wszystkim jedzenie i wyruszal w podroz na Ukraine. Nierzadko zdarzało mu się że musial przemierzac czesc drogi piechota. Historie o łapówkach i koszmarach na granicy nie mieszcza sie w glowie. Jak myslimy o”dochodzacych tatusiach” to zawsze jakies takie negatywne światełko sie nam zapala. Nie w przypadku Mirka. Zycie zapisalo mu taki scenariusz, ze sa za soba na odleglosc, ale wiem, jestem swiecie przekonana, ze on rob i daje z siebie co moze. I nie chodzi tu o pieniadze. 
Dawno nie slyszalam, i nie pytalam Rodzicow co sie dzieje u Mirka. Ale dzis, słuchając wszystkich tych okropności w wiadomościach, żywo powróciło wspomnienie Mirka. Serce mi się ściska, na mysl o ojcu, ktory byc moze nie wie co sie dzieje z jego dzieckiem.


Tak bardzo zyczylabym sobie i wszystkim, wlaczyc telewizje i uslyszec, ze juz po wszystkim, ze sytuacje zostala rozwiazana ugodowo. Raz i na zawsze.