niedziela, 20 kwietnia 2014

Wielkanoc, nasza jedyna.



Udaly sie. Tak mysle. Mam ta wewnetrzna sadysfakcje, ze przygotowalam je, tak jak moglam najlepiej. Co prawda nie upieklam mazurka, tak jak planowalam, a wiekszosc rzeczy zrobil za mnie “Baltick Deli”, niemniej jednak ciesze sie. Przede wszystkim byl czas oczekiwania na Wielkanoc. Odliczania dni - "Mami, czy dzis sa juz swieta?" Udekorowlismy mieszkanie ("Mami, ja tak lubie dekorowac mieszkanie"- miód na serce). Stoi forsycja obwieszona jajkami, stoja zajaczki, kurczaki ect. Pomalowalismy jajaka. W zeszlym roku udalo mi sie skoncentrowac uwage Victora przez 10 minut. W tym roku czas malowania, barwienia, naklejania ect. wydluzyl sie do 45 minut. Nawet maz pomalowal jajko, chociaz siedzial na poczatku bezradny i zdezorientowany ( bo u niego w domu sie tylko jajka farbowalo). Pojechalismy do Polskiego Kosciola na Swiecenia - co bylo zdecydowanie punktem kulminacyjnym moich Swiat. Nie moge powiedziec, ze obylo sie bez drobnych incydentow, glownie z powodu “lukrowanego baranka”. No bo dlaczego baranek ma siedzic w koszyczku? Takie logiczne pytanie. Przeciez jest stworzony wprost do zjedzenia. Dlatego tez w trakcie przygotowywania koszyczka baranek byl dosc czesto oblizywany, co doprowadzilo do zlepienia sie innych produktow Swieconki.  A w drodze do Kosciola nawet w tajemnczy sposob nadgryziony. Winowawca nie zostal odnaleziony, sprawa zostala umorzona w toku.


Jak tak patrzylam na mojego synka niosacego z wielkim przejeciem koszyczek, to serce eksplodowalo mi z milosci. Kiedys zartowalam mowiec 50% Polaka+50% Amerykanina = 100% Perfekcji. Ale…nic dodac nic ujac. Taki malutki czlowieczek, taka drobinka faceta, taka najlepsza czesc mnie i T. Victorcio sam byl bardzo podekscytowany swoja rola koszyczkowa, dzielnie przedzieral sie przez tlum w Kosciele. Uczciwie przyznaje, ze obiecalm, ze po Mszy baranek jest jego i nie musi juz czekac do niedzieli. Tak, ze zaraz jak przekroczylism prog Kosciola baranek powedrowal do buzi i rodzinne zdjecie Wielkanocne, to nasza trojka przed Kosciolem z Victorciem lizacym baranka. Moj syn rowniez utrzymuje, ze poswiecenie koszyczka zdecydowanie podnioslo walory smakowe baranka. Dzis przy sniadaniu podslyszalam, ze maz moj twierdzil, ze jakoby zrozumial o czym Ksiadz mowil…..No prosze, jaka obfitosc lask. 


Dzis byl “egg hunt”- czyli poszukiwanie ukrytych w ogrodku jajek ze slodyczami lub drobnostkami w srodku, potem sniadanie z przyjaciolmi. Podzielilismy sie Swieconka. Byla babka, moj kochany sernik, polska wedlina, biala kielbasa, chrzan ect.  Po poludniu skyp z Polska i Teksasem, wyjazd do parku nad rzeka, pierwsze lody w tym sezonie, rodzinne "gniecenie sie" przed bajka w telewizji….Leniwie, bez pospiechu, rodzinnie, milo, cieplo w sercu pomimo braku bliskiej, a jakzesz dalekiej Rodziny. Inaczej. “Troche” innaczej niz bylo w dziecinstwie. Nie, raczej “duzo” inaczej. Ale, tak samo nigdy juz nie bedzie. Chociaz nie wiem jakbym sie starala, to scenariusza nie powtorze, bo …nie ci sami aktorzy, nie ten sam plener. Dotarlo to do mnie wlasnie podczas tych Swiat. Ze nie ma co rozpamietywac, poszukiwac, doszukiwac sie smakow i podobienstw, bo to tylko poteguje smutek przemijania. Mozna tylko dac z siebie wszystko co najlepsze i stworzyc Swoje Wlasne Najlepsze i Niepowtarzalne Swiata. Swoja Tradycje. I taka wlasnie byla moja-nasza tegoroczna Wielkanoc. Niepowtarzalna!


Zycze Wam wszystkim wlasnych, niepowtarzalnych Wesolych Swiat!

czwartek, 3 kwietnia 2014

Rozpadło się

Rozpadło się….. nie tak mialo byc. A jak? Coz… inaczej. Lzy, rozpacz, smutek..hmmm….i jakies inne dziwne uczucie. Tyle lat pracy i co? Przyslowiowa “reka w nocniku”? Pozwolilam sobie na dwa dni rozpaczy. Umiarkowanej rozpaczy, jako, ze mąż znowu na wyjezdzie. Po przeczytaniu sadnego maila, na ktorego czakalam od wrzesnia zeszlego roku, odliczajac doslownie dni, godziny, minuty i sekundy – tzn. computer odliczal za mnie, a wiec przeczytalam tego maila i rozplakalam sie bardzo, co strasznie wystraszylo moje dziecko. Troche mi zajelo zeby wymyslec historie, ze mama ma “boo boo” na kolanie i dlatego placze, co przemowilo do rozumu mojego czterolatka. I tak, plakanie ze wzgledu na stluczone kolano bylo jak najbardziej na miejscu. Niemniej jednak staralam sie potem juz opanowac.


Ponoc “szczęście w nieszczęściu” i “nic nie dzieje się bez powodu”, i “kiedy Bóg drzwi zamyka - to otwiera okno” …taaaaaaaaaakkkkkkk….to niby tak jest i ja w to wierze. Tylko wybiorczo. Czasowo wybiorczo. Tzn powtarzalam (i powtarzam) sobie ta mantre, a kladke piersiowa w tym czasie przejmowal dziwny skurcz i brakowalo mi oddechu. Coz diagnozy nie postwie. Skoro nie przyjeli mnie do szpitala, doktorowac sie sama tez nie bede. Jak na razie!!!! Bo to nie koniec. To poczatek. “Wędrówką jedną życie jest człowieka. Tylko ja juz tak bardzo chialabym dojsc, wyciagnac sie wygodnie i zaczac zyc bez terminow, egzaminow, podan, rozmow kwalifikacyjnych, nostryfikacji ect. Przypomina mi sie wrozka, ktora kiedyc powiedzial, ze w moje imie, nazwisko czy konstelacja gwiazd w momecie urodzenia, oznaczaja “nauke”. Coz, zaprzeczyc nie moge. Pamietam moje 30 urodziny pod haslem “lepiej 30 niz 15, bo do szkoly nie trzeba juz isc”….oooo jak bardzo sie mylilam. 


Ale kiedy to tak po tym sądnym dniu, kiedy poinformowano mnie, ze nie przyjma mnie teraz na rezydenture ( kolejna z koleji, bo jak to fajnie byc rezydentem, nie spac przez 3 lata i harowac za grosze), a wiec jak odprowadzalam Victorka do przedszkola z mysla, ze za chwile w koncu zostane sama, i w koncu sie bede mogla wyplakac, i usmarkac, i porozrzucac chusteczki wokolo, i byc taka biedna, bo tak mi strasznie, zle, bo tak mnie skrzywdzona, a ja taka rewelacyjna jestem….to jakos wszystko minelo. Slonce wyszlo. Co prawda za pare dni spadl grad, ale w tym momecie swiecilo slonce. I choc usilnie probowalam wrzucic kanal “biednej i skrzywdzonej” nie udawalo mi sie. Caly czas myslalm o wszystkich ktorzy byli ze mna w tym dniu i trzymali kciuki, i o wszystkich zatroskanych mailach, telefonach, Rodzicach, Puchatku, kolezankach, ktore wpadly zeby pocieszc, zeby usiasc ze mna. O kwiatkach i czakoladkach, ktore zostawily przed dzwiami domu na pocieszenie. I wracala energia i natretna mysl, “zrob to”, “zrob to co chcesz”, to jest ten czas. To jest twoj czas. A wiec do walki! (znowu…)

środa, 12 marca 2014

Matki dzieci podziurawionych.

Po wczorajszych komentarzach i mailch dotyczacych “dziury w bucie”…przede wszystkim - milo mi sie zrobilo, bo widze, ze ktos mnie czyta, a to jest “cos”. Pisanie w virtualna przestrzen, bylo/jest jednak troche deprymujace. Wiec dziekuje z calego serca, za kazdy Wasz komentarz i mail. Jak widze, moj niepokoj dotczacy jednej dziury w bucie jest niczym nie uzasadniony. Ba, zdalam sobie sprawe, ze jest preludium do przyszlosci pelnej dziur, poszarpan, klejow, gum i innych tego typu inowacji, z ktorymi bede musial sie wkrotce zapoznac. Wiec chyba przerzuce sie na odziez z “tanszej polki” skoro i tak ma wystarczyc tylko “na chwile”.

Tak, troche ta rzeczywistosc odbiega od mojego wyobrazanie o macierzynstwie. Mialam miec na kolanach siedzace spokojnie dziecie, czysciutkie, pachnace, w ladnie odprasowanym, modnym (wedle mojego gustu) ubranku i zlotych loczkach. Mielismy sobie czytac Kubusia Puchatka, a potem malowac obraki natchnieni przeczytana historia. Takkkk…..Na kolana to sie Victorcio ciagle bardzo chetnie wdrapuje, ale jest daleki od czystosci i ladu pomimo codziennych kapieli, ktore zreszta uwielbia (ku zgrozie, bo lazienka jest za kazdym razem zalana, bo mlody trenuje koszykowke w wannie). Mamy spodnie z dziurami na kolanch, podszulki z Super – “cos tam”(rano zabiera zdecydowany glos co do wyboru ubrania), grzebien wystepuje w naszym zyciu tylko w wersie piosenki, a zreszta i tak jest niepotrzebny, bo tatus pilnuje zeby wlosy bron Boze nie byly za dlugie (1.5 cm to maks). No i ta dziure w bucie. Kubus Puchatek jest nudny i dla dziewczyn. Bo dziewczyny sa takie


nudne….tylko by sie chcialy bawic w princess, albo koniki. Nuuuu-dne! Na Swieto Dziekczynienia dzieciaki w przedszkolu dostaly kartke z wieloma malymi rysuneczkami i mialy zakreslic za co sa wdzieczne (->Swieto Dziekczynienia). Victor zakreslil dom, jedzenie, zabawki ect. Zrobil rowniez koleczko na rysunku przedstawiajacym chlopca i dziewczynek: Jestem wdzieczny za moich przyjaciol, po czym zamazal dziewczynke, bo jest wdzieczny tylko za chlopcow-przyjaciol…..

No wiec z Kubusia Puchatka nici…. Caly pokoj Victora (posciel, obrazki, zabawki, dywanik) zanim przyszedl na swiat byl przygotowany w tematyce Kubusia Puchatka. Jak juz to tygrysek, bo on caly czas skacze, wiec mamy cos wspolnego.  Victor tez caly czas sie rusza, wiec czytanie jest raczej nie mozliwe.Najwyzej szybkie przerzucenie kartek z opisem sytuacji zawartym w jednym zdaniu. Co do malowanie…tragedia. Victor przynosi z przedszkola tego typu rysunki.


Porownujac do jego rowiesnikow, jestem BARDZO zaniepokojona. Dzieciaki maluja domki, ludzi, kwiatki ect. Co prawda jest to wszystko koslawe i niewymiarowe,  niemniej jednak przypomina “cos”. Victora rysunki to jedna wielka bazgranina. Rece i nogi ludzia wychodza z glowy, tulowia nie ma. Probowalam z nim namalowac balawana. Nie byl w stanie narysowac trzech kolek jedno pod drugim. Za kazdym razem konczylo sie spazmatycznym kresleniem blizej nieokreslonych rzeczy. Dla mnie blizej nieokreslonych. Bo Victor potrafi dokladnie powiedziec co kazdy z tych bohomazow przedstawia. I tak na rysunku z lewej to statek kosmiczny Batmana ladujacy na jakiejs tam planecie, a sam Batman jest w lewym gornym rogu(to czarne!!!!). Na rysunku po prawej jest fontana. Delikatnia  zapytalam sie: - Synku, a to czerwone to co? – To, slonce odbijajace sie w wodzie, mamo. No to mi szczeka opadla, bo uwazam, ze to dosc inteligentne jak na niespelna 4,5 latka. Niemniej jednak…jestem za kreatywnoscia, ale chyba wolalabym te koslawe domki domkopodobne.

Rodzina zabawa z farbami.
 

wtorek, 11 marca 2014

Dziura w bucie, a wiosny nie ma.

Udalismy sie na poszukiwanie wiosny. Zacheceni cieplejszym sobotnim dniem, zaraz z rana w niedziele wyruszylismy za miasto. Zanim doszlam do samochodu juz czulam, ze pogoda plata nam figla. Co prawda sloneczko mile swiecilo, niestety mrozik trzymal. Nastawiona jednak na “przygode z natura” ignorowalam konsekwentnie zimne rece i uszy. Pojechalismy za miasto. Prosze nie mylic z “pojechaniem w nature”. No bo coz mozna sie spodziewac po 20 minutach jazdy od milionowego miasta. “Natura” to po prostu ladnie zagospodarowana trasa wokol jeziora. Dla pieszych, rowerzystow, joggingowcow, pieskow ect. W naszym przypadku - hulajnogowcow. Victor smigal na swojej hulajnodze caly przeszczesliwy.  Odbiega to dosc od mojego wyobrarzenia o lonie natury, ale trzeba sie cieszyc z tego co jest. Z pewnością gdybysmy pojechali dalej od Bostonu, to znalezlibysmy cos troche bardziej dzikszego. Niestety czterolatek w samochodzie nie nalezy do przyjemnosci. Nie dojechalismy nawet do konca naszej ulicy, gdy padlo pytania: “czy jestesmy juz na miejscu?”. Zeby sie upewnic, ze nie przejedziemy naszego docelowego miejsca, Victor powtorzyl je okolo tysiaca razy. Mezowi udalo sie jednak nie spowodowac wypadku.

Tak wiec wedrowalismy sobie grzeczna droga podpatrujac na zamarzniete kompletnie jezioro i starajac sie znalazc dobre argumenty dlaczego my-nasza rodzina nie bedzie spacerowac po zamarznietej tafli  w przeciwienctwe do innych rodzin. Nasze dziecko szczegolnie bolesnie odczowalao ta niesprawiedliwosc, jako, ze on mial tylko hulajnoge a ci inni fajowi ludzi na jeziorze “niebezpiecznie” sie slizgali i grail w hokeja - zycie nie jest sprawiedliwe.  Na mala poprawe nastroju wplyna plac zabaw z koparka i blotem, wiec juz nie oponowałam i udawalam, ze nie widze jak blotnista maz wlewa sie do Victora butow. Jak sie wlewala…ano przez dziure… Tak moje dziecko ma dziurawe buty. To, ze wiekszosc naszych spodni jest potargana na kolanach, to juz normalne. Teraz doszly dziury w butach. Jesli ktos ma male dziecko, to `chyba zdaje sobie sprawe jak czesto sie kupuje nowe ubrania i buty. Powiedzmy przecienie – non stop. Nowy sezon, plus dziecko uroslo, plus wszystko w wiekszych ilosciach, bo a zmiane.  Niemniej jednak nigdy nie przypuszczalm, ze mozna zedrzeć skórzane buty – polbuty; zimowe, skorzana, ocieplne - solidne. Mozna. I to nie podeszwe, tylko wierzch buta. Hamujac butem podczas jazdy na hulajnodze. Tak wiec moj syn poszedl dzis do przedszkola z dziura na duzym palcu buta. Mysle, ze moja Mama padla by ze wstydy na sama mysl. O tesciowej nie mysle. Tesciowa mam kowbojska, bo mam teksanskiego meza, wiec moze gdyby moje dziecko mialo buty z krokodyla to wytrzymaly  by one hulajnoge, zime w Bostonie i rozpierajaca energie Victora.
Przypomniala mi sie marzanna. Pamietam jak jeszcze bylysmy male z moja Puchatkowa Siostra, co roku robilysmy marzanne. Szliszmy cala rodzina ja topic na Walcach - woda tam do kostek. Probowalam wytlumaczyc to moim chlopakom podczas spaceru, ale maz byl przemarzniety, a syn uporczywie zastanawial sie jak wtargnac hulajnoga na zamarzniete jezioro. Wiosny nie doszukalismy sie. Ani jednego przebisniega, ani jednego paczka na galazce. Wczoraj rano spadl snieg.

niedziela, 2 marca 2014

Oj Ukraino....


Jestem przerażona. Od paru dni obssesyjnie sprawdzam wiadomosci na moim telefonie. Co troche i wszedzie. Dzieki ci Niebiosa za taki wynalazek jak smartphone, bo innaczej nie byla bym w stanie normalnie funkcjonowac, tylko bym siedziala przed telewizorem. Tak to przynajmniej moge w miare – podkreslam, w miare -  mechanicznie wykonywac moje dzienne obowiazki, choc moje mysi sa hen, hen daleko na Ukrainie. 

Nie mam slow do okreslenia jak bardzo współczuję wsztkim ludzia tam. Niezależnie od przynależności, racji, religii, kultury, czy czegokolwiec co ich dzieli. Lub tego co wydaje im sie, ze ich dzieli. Zachowanie Putina…na to nie ma slow. Odwalił dla swiata fantastyczna pokazuwe normalności – olimpiade; nie kwestjonuje – piękną!  Na ceremoni zkonczenia to i mnie sie lezka zakrecila w oku. Piekno rosyjskiego spadku kulturowego, ich literature, poezja, serdecznosc ludzi jest dla mnie nie do podważenia. Prawie zlagodnialy moje uczucia wzgledem Putina.  A tu teraz masz! Jego mania wielkosci polaczona z panika utraty chocby najmniejszego wplywu jest przerażjaca. To czlowiek nieobliczalny ktorego nalezy sie bac. Nie chce zajmowac stanowiska politycznego, ale te powolne rozdrabnianie sie Europy nie za bardzo mi sie podoba. Na ziemiach z tak bogata historia, mozna sie dopatrywac korzeni i powiazan w tak wielu kierunkach! Dlatego, ze przed “set” laty Rosjanie zludnili Krym …. , well…Aleksander Wielki tez tam byl, dlaczego Grecja nie rościć sobie prawa?


Patrze na tych biednych ludzi w niepewnosci i strachu, czekajacych godzinami na ulicach Kijewa na wyrok dotyczacy ich zycia. żołnierzy uzbrojonych po zeby w gotowosci bojowej żeby uderzyć w CZLOWIEKA! W innego czlowiek. W inna istote z krwi i kosci w imie czego?????  Przeciez w takich sytuacjach nigdy nie ma wygranej! Gina ludzie! Przegrywaja obydwie strony!


Mysli moje biegna do Mirka. Choc mialam okazje spotkac go tylko raz, żywo pozostał w mojej pamięci. Dobry, drobny czlowiek, główny dyrygent Wielkiej Orkiestry. Opuścił Ukraine bo konszachty polityczne kolidowaly z jego osobistymi przekonaniami i wiarą. Wiarą tak mocna, ze troszke, bylo mi az za bardzo. Zrezygnowal z honorow i wielkich pozycji i przywedrowal do maleńkiej miesciny na poludniu Polsk, gdzie zbudowal swoje zycie na nowo. Od podstaw. Z niczego. Mile wspominam troske Rodzicow i ich znajomych o niego, pomoc w odnalezieniu sie.  Ale przede wszystkim pamietam jego wdzięczność. Jego bezgraniczna wprost wdzięczność za wszystko. Za spedzenie wieczoru z nami, za stary mebel, ktory ktos mu dal na “nowa droge”.  Wdzięczność i radość istnienia. Jego niezachwiana wiara w Boga, optymizm, przepiekny spiew - bardzo i mile wspominam tamten wieczor i jego. Mirek pozostawil na Ukrainie swoich rodzicow i synka ( z tego co pamietam to bardzo nieladnie mu sie malzenstwo rozpadlo). Raz w miesiacu pakowal w plecak co sie da - a przede wszystkim jedzenie i wyruszal w podroz na Ukraine. Nierzadko zdarzało mu się że musial przemierzac czesc drogi piechota. Historie o łapówkach i koszmarach na granicy nie mieszcza sie w glowie. Jak myslimy o”dochodzacych tatusiach” to zawsze jakies takie negatywne światełko sie nam zapala. Nie w przypadku Mirka. Zycie zapisalo mu taki scenariusz, ze sa za soba na odleglosc, ale wiem, jestem swiecie przekonana, ze on rob i daje z siebie co moze. I nie chodzi tu o pieniadze. 
Dawno nie slyszalam, i nie pytalam Rodzicow co sie dzieje u Mirka. Ale dzis, słuchając wszystkich tych okropności w wiadomościach, żywo powróciło wspomnienie Mirka. Serce mi się ściska, na mysl o ojcu, ktory byc moze nie wie co sie dzieje z jego dzieckiem.


Tak bardzo zyczylabym sobie i wszystkim, wlaczyc telewizje i uslyszec, ze juz po wszystkim, ze sytuacje zostala rozwiazana ugodowo. Raz i na zawsze.

czwartek, 20 lutego 2014

Tolerancja, nieraz.

                        * Jeden z moich obrazow z 2013, "Z daleka i z bliska" (Akryl na plotnie)


Jesli ktos sie mnie pyta co mysle o zyciu w Ameryce,  to pierwsze co przychodzi mi na mysl to: ludzie. Ich tolerancja, otwartosc i bezposredniosc zadziwiaja mnie i zaskakuja na kazdym kroku i codziennie od nowa.

Zycie tutaj, jak wszedzie. Ani latwiejsze, ani trudniejsze. Choc moze nawet z mojego punktu widzenia  powiedzialabym, ze ciut trudniejsze. Bez wszystkich socjalnych udogodnien typu ubezpieczenie, bezplatna edukacja, renta, emerytura. Cos co dla nas Europejczykow jest oczywiste i jest kwestja do niekonczacych sie narzekan. Tutaj nie ma pracy-nie ma ubezpieczenia, macierzyncki 6 do 12 tygodni, w tym najczesciej tylko czesc jest platna. Emerytura, a co to jest? Pomimo tego stac ich na usmiech, czy tez pogodne “How are you?”. Tak, przyznaje, ze to powierzchowne i obowiazkowa odpowiedz na to pytanie musi byc twierdzaca. Niemniej jednak milo jest usmiechac sie do siebie na ulicy od tak bez powodu. Znacznie milsze od kostruktywnej krytyki “z” lub “bez” soczystych epitetow z roznych powodow. Na przyklad wygladu - plaga w Polsce: “hej, ty gruba, ales ty sobie bluzke ubrala”; czy tez na przyklad sposobu chodzenia, jak to sie czesta zdarzalo w Niemczech: “rechts stehen, links gehen”( po prawej sie stoi, po lewej sie idzie). Pamietam jak podzczas pierwszych tygodni w Bostonie, po latch mieszkanie w Monachium szlam sobie ulica i zostalam obdarzona szerokim usmiechem prze policjanta. Moja pierwsza reakcja, panika - nie wzielam ze soba paszportu….Mysle, ze czesciej sie teraz usmiecham, latwiej nawiazuje kontakty. Ale to temat na dluzej i nie na dzie. 

Staram sie jak moge “odkroic dla siebie taki plasterek” tolerancji, ale coz…nie zawsze wychodzi. Zakorzenione europejskie schematy daja o sobie znac. Ale doczego zmierzam z ta tolerancja. Zupelnie nie moglam sie jej w sobie doszukac dzis rano. Doszlam do wniosku, ze  jesli mialaby wskazac co mnie najbardziej denerwuje, to odpowiedzialabym: ludzie, ktorzy zatrzymuja sie na pasch. Na skrzyzowaniu, w miejscu do przejscia dla pieszych - czyli mnie, stoi sobie taki palant i czeka w cieplutkim zaciszu samochodu na zielone swiatlo. Kolejka ludzi w pospiechu do pracy, szkoly, do domu, czy tez po rostu-bo zimno! opatulonych w co sie da, przygarbionych dlugoscia zimy czeka w “korytarzu” snieznym, do (jak ma szczescie) odsniezonego na max. 40 cm dostepu do przejscia przez ulice , zeby…..stanac oko w oko z szyba szamochodu jakiegos buraka, ktory to laskawie raczyl sie zatrzymac. I udaje, ze nie widzi jak sie ludzie miotaja miedzy samochodzmi zeby przejsc na druga strone. Szlag mnie trafia za kzdym razem! A jeszcze jak taki Burek z auta, ma komorke w recu….ooooo….to reke bym obciela! “Nie-wozkowcy” nawet sie nad tym nie zastanawiaja, ba, pewnie nawet nie wiedza, ze taki problem istnieje. Wózek dziecięcy, w tym roku juz trzeci z koleji zakupiony nie na zime-zime, bo zdecydowanie moje dziecko marznie w nim okropnie, tylko ze wzgledu na swoja szerokosc. Tzn. wąskość. Najwęższy wozek jaki mozna bylo znalezc. Jedyny jakim eventualnie! moge przejechac przez te labirynty sniezne. Bo przez zaspy i tak musze go przenisc. Wraz z Victorem, bo Mlody zawiniety w pare kocy jak nalesnik jest wcisniety do srodka. Dzis rano sytuacja osiagnela apogeum. Slizgajac sie miedzy autami - na pasach, tzn obok – bo pasy ktos blogowal, doczekalm sie “otrąbienia” i ktos otwrzyl okno swego samochodu zeby wyrazic wrazy wspolczucia mojemu dziecku z powodu nieodpowiedzialnej matki!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Walę tolerancje! Chcę krwii!

wtorek, 18 lutego 2014

Spóźnione Walentynkowe….


*Nasze Walentynkowe serduszka. On, Ona, Ono.
życzenia miłośći. Wzajemnosci w miłośći.  Spełnienia w miłośći. Doskonałosci w miłośći.  Chociaz miłość sama w sobie jest juz czyms pelnym, doskonałym. Nie ma jej jak ulepszyc. Chyba tylko troskliwie dogladac i pielegnowac. Jesli spotkalo nas juz to szczescie i Amorek nam strzałe w serduszko wbił, nie mamy wyjscia. Odurzeni złota mgiełka miłość dolaczylismy do rzeszy wybrancow: kochanych i kochajacych! Wydawaloby sie, ze juz happy end. NIE! Tu sie dopiero kręta ścieżka szczęścia zaczyna. Bo tak jak wszystko i miłość, szczęście, zwiazek, marzenia wymagaja pracy. I dyscypliny. I to ogromnej! Zeby moc “zyc dlugo i szczęśliwie” trzeba nie raz, nie dwa zaplakac, upasc, omdlec z bolu niemocy i odrzucenia, pojsc na kompromis i ugode, przewartosciowac swoj poglad po raz kolejny, zaakceptowac emocje. Nauczyc sie szacunku dla siebie i innych. 
Moja Miłość do Meza, Moja Miłość do Naszego Synka, Moja Miłość do Rodzicow, Moja Miłość do Siostry, Moja Miłość do Boga, Moja Miłość do Przyjaciol blizszych i dalszych, poznanych i jeszcze nie. Jakaz rozna. Ile szczęścia i łaski. Ile wytrwałosci i pracy. Dobrej, radosnej pracy. Tyle Moich Walentych wokoło! Szczęściara ze mnie!


 Ponizej - to moje, wygrzebane z szuflady...z zamierzchlych czasow, kiedy to jeszcze pielegnowalam aspiracje literackie:)


Miłośc na wagę....

             na straganie…

Mości Panie ja nie kłamię
ja tu leżę już od wczoraj
tamta miłośc od niedzieli
a nadzieja….archanieli
leży biedna od zarania
chyba nie do uratowania
niech ktoś weźmie ją do prania
bo jest już nie do poznania

ja tu dłużej nie wytrzymam
chłodno głodno i samotnie     
każdy idzie bezpowrotnie      
               a to boli mnie okropnie                      
             to nie dla mnie absolutnie                  
zimno tęskno i bezpańsko
to nie dla mnie środowisko
chcę wypłynąc towarzysko
nie jest dla mnie targowisko

każdy robi widowisko
cena przecież to nie wszystko
towar dobry to się liczy
miłosc wszystkich nas dotyczy
sięgnąc po mnie tylko trzeba
mnie potrzeba tak jak chleba
moja cena Mości Panie
zamiast wzrastać aż do nieba
spada prosto do koleba

po przecenie teżm za droga
ludzie święci….daliboga
po co wam ta zapomoga
leżę tu jak kuternoga
lecz ogarnia mnie już trwoga
bo samotność wykupiona
choć dopiero wylożona
do zakupu wystawiona
się rozeszła w oka mgnieniu
a ja leżę w zapomieniu

Mości Panie co się dzieje
czy wciaż mogę mieć nadzieje
zapomnieniem mi tu wieje
niech się Mości Pan nie śmieje
ja tu leżę i tanieje
jeszcze toche i zmurszeje
czy ktoś wie że wciąż istnieje?


                                                            (13 kwietnia, 2007)