piątek, 17 stycznia 2014

Telenowela: Lucy i Fin


                             *Budynek sfotografowany podczas spaceru w Toronto, Kanada.
Dzis: Lucy i Fin.

Ojciec Fina jest z Indii, mama z Danii – sam Fin jest jeszcze bardziej teksański niż mój mąż. Ze śniadą cerą, bardzo czarna szopa lokow, dosc krepa budowa ciala i tubalnym glosem raczej z duńskich genow niewiele mu przypadlo w udziale. Z moim T znaja sie jeszcze ze studiow.  Fin, jako jeden z niewielu wytrzezwial na czas, zeby przyjsc na obrone doktoratu T. T mu tego nigdy nie zapomni-prawdziwy przyjaciel. Po studiach drogi sie chlopakom geogradicznie rozeszly. T dostal prace w Berlinie, Fin w Nowej Zelandii, gdzie jednoczesnie  mógł kontynuować swoja wielka pasje lowienia ryb. Po paru latach ich losy sie znowu splotly  tu w Bostonie. Swiat nie jest taki maly jakby sie wydawalo. Tak poznalam Fina. Jak po raz pierwszy przylecialm do Bostka na lekki rekonesans, tzn. czy moglabym sobie wyobrazic tu zyc=czy warto kontynuowac zwiazek z T. wyszlismy wszyscy razem na sniadanie. Fin ze swoja Lucy, T ze mna i jeszcze jeden koles, ktory sie od tamtej pory co troche przewija przez nasz zyciorys - Scott.  Scott jest ich wspolnym kolega jeszcze z Teksasu, ktory mieszka obecnie w San Francisko i z zawodu zajmuje sie demonstracjami?! Tzn jest wynajmowany jak gdzies trzeba pojsc, pokrzyczec, zrobic mala zadyme. Ryzyko zawodowe, to od czasu do czasu nocleg w wiezieniu i kartoteka na policji. Musi sie mu to finansowo oplacac, bo wciaz w tej samej branzy.  Swoja droga, jakie wyksztalcenie jest potrzebne, zeby to robic? Albo, jak wyglada ogloszenie o taka prace: szukam kandydat z odpowiednimi walorami glosowymi do krzyku, o posturze prowokujacej i rzucajacej sie w oczy……


Spowrotem do Fina i Lucy. Lucy swiadomie stapa po ziemi. Musi. Bo Fin jest dosc zakrecony i zdaza mu sie nieraz cos zapomniec. Jest zlepkiem przeciwnosci. Powazanym pracownikiem naukowym (asystentem profesora), lapaczem ryb i milosnikiem gitary. Gry na gitarze, jak rowniez samodzielnej produkcji zwariowanych gitar np. z pudelka po cygarach. I ma ZOK (zespół obsesyjno-kompulsyjny). Mysle, ze gdyby mi to powiedziano zaraz na poczatku, to moze nie potrzebowalabym az tyle czasu, zeby sie przelamac. Ten pierwszy raz, kiedy poszlismy wszyscy razem do restauracji na  sniadanie, ktore okazalo sie byc Fina urodzinowym,  Lucy wreczyla mu prezent zawiniety w zużyta (wymietoszona) gazete. Fin rozpakowal-podkoszulka z jakims smiesznym nadrukiem, po czym zmiął  (nie, nie złożył, zmiął) ja w kulke i wsadzil sobie do kieszeni od spodni.  Kelnerka postawila przed nami szklanki z woda i lodem. Fin zaczal rekami wyciagac kostki lodu, wpychac je sobie do ust i gryzc. Ciarki po mnie przechodzily. Co troche wypluwal kawalki lodu na stol, jak mu sie chyba za zimno w buzi zrobilo, po czym siegal po nastepne. Ja przez caly czas czekalam, az ktos sie zacznie na glos smiac, bo bylam przekonana, ze to jest jakis kawal na kacu (zważywszy, ze to jego urodziny). Nic takiego nie nastapio. Po jakims czasie dopiero Fin sam mi powiedzial o ZOK i poprosil, ze jak zauwaze jakies dziwne zachowanie u niego, to po prostu mam go zdzielic i on wtedy wraca do normalnosci. Tak tez sie dzieje, choc najczescie jest to Lucy, ktora z nienacka walnie go po plecach, tudziez inaczej przywola do rozsadku. 

Jak oglada sie nieraz komedie w telewizji i wszystkie takie nierealne zbiegi okolicznosci - to to jest film o Finie i jego zyciu. On jest wlasnie ta osoba, ktora na drodze prowadzacej przez pustkowia, wysiadzie na siku, oczywiscie w srodku nocy, i oczywiscie jak pada-leje, i zatrzasnie kluczyki w srodku auta. Wraz z komorka. 3 godziny z buta do nastepnej stacji benzynowej. Albo tak dokladni czysci sobie ucho, ze przebije blone bebenkowa. Albo znajdzie nietoperza w garnku u siebie w kuchni, podczas jak zaprosil przyjaciol na wspolne gotowanie. Albo….ok…kto ma stalowe nerwy niech czyta dalej……Dla Fina, zamiast  wieczoru kawlerskiego, zostal zorganizowany kawalerski wyjazd - lowienie ryb na Alasce. Alaska, woda, kajak, daleko od ludzi, wędka……Fin zarzuca wędke, haczyk zahacza sie i rozszarpuje mu gorna powieke. 2 godziny trwa SOS-owanie do wiekszego kutra/statku o odwiezienie Fina do szpitala. Trafia do szpltala dopiero po prawie 20 godzinach. Juz nie krwawiacy, ale za to z infekcja. Zdjecie oka mailuje do znajomych i spedza w szpitalu prawie tydzien. Wszystko zagoilo sie szczesliwie do wesela. Na ktore to tym razem Lucy przyszla z noga w gipsie, bo zlamala kosteke jeżdżąc na wrotkach. Sukienke miala do kolan, wiec bialy gips pasowal jak najbardziej do calosci. Wesele zostalo tez w ostatniej chwili (na 4 dni przed) przeniesione z pobliskiej wyspy, do ogrodu znajomego, juz nie pamietam z jakiego powodu.

Jak Victorcio mial 3 miesiace musielismy z T zostawic go na caly dzien pod czyjas opieka. Lucy zglosila swoja kandydature bardzo szybko, po czym podeslala Fina. To mialo byc tak w ramach przyzwyczajania go do przyszlego ojcostwa, ktorego sie panicznie bał. I boji. (Lucy wlasnie jest w 5 miesiau ciazy. Fin twierdzi, ze sie cieszy, ale nie chce na ten temat rozmawiac.) Wiec tamtego dnia, Fin stana nad Victorem i powiedzial, ze mozemy byc spokojni, bo on od lat pracuje w laboratorium ze zwierzetami. Na pewno nie ma zbyt wielkiej roznicy…Jak wrocilsmy z T wieczorem, Victor siedzial na kolanach u Lucy, a Fin mu gral na giarze. Wszyscy wydawali sie byc bardzo szczesliwy. 


Po siedmiu latach znajomosci z Finem i Lucy nic mnie juz nie dziwi. Polubilam ich na swoj sposob. Wiem, ze sa dobrymi i lojalnymi przyjaciolmi, ze zawsze mozna na nich liczyc, no i nudzic sie z nimi nie mozna, ale….T nazywa to, ze sa dla mnie “za amerykanscy”, wiec pozostanmy przy tym wyjasnianiu.

czwartek, 16 stycznia 2014

Telenowela: Lena i Jo


                                * Graffiti na scianie restauracji zydowskiej w Brookline.


Dzis w roli glownej: Lena i Jo, ich blizniaczki Mia i Pia. 


Lena pochodzi z Litwy, od ponad 10 lat mieszka w Bostonie. Jo, "rodowity" amerykanin, czyli-pradziadek byl z pochodzenia Zydem z Ukrainy. Ona-gorliwa wyznawczyni Hare Krishna-mieszkala nawet przez jakis czas w swiatyni, awansowala (wdlug ich kryterii), zostala wyslana do Indii. Porzucila religije, albo raczej jej praktykowanie, choc do dzis twierdzi , ze tamten czas - czas Kryszny byl jednym z najszczesliwszych w jej zyciu, wlasnie dla niego – dla Jo. Lena przyjechala do USA, jak to sie mowi dla “faceta”. To nie byl Jo, jeszcze nie. Dla Vladi. Vladi - rowniez z Litwy, przylecial po nia i podczas pobytu w Wilnie, kiedy to bylo juz na sto procent wiadome, ze wracaja razem do USA, “rzucil okiem” na jej najlepsza przyjaciolke – Masze. Vladi i Lena wrocili do USA, zaczeli budowac zwiazek. Tak na prawde, a nie listownie. Choc….miedzyczasie…hmmm…..on intensywnie korespondowal z Masza, oczywiscie w tajemnicy. Brneli w zwiazek - ona w calkowitej nieswiadomosci, on – czul sie “niezrozumiany”. I teraz zrobie ciecie i przeskok czasowy, bo nie znam szczegolow. Fakt faktem, ze po czterech latach Lena rozstaje sie z Vladi. Vladi sprowadza do USA Masze i zeni sie z nia od razu.  Lena jest w szoku, niemniej jednak Lena i Masza pozostaja przyjaciolkami (?, tolerancja, tolerancja). 

Na scenie pojawia sie Jo. 
Lena i Jo poznaja sie on-line, w czacie dla wegetarianow, a moze nawet weganow.  Spotykaja sie po raz pierwszy po 2 tygodniach mailowego randkowania, po nastepnych 2 tygodniach ona wprowadza sie do niego, po 6 miesiacach sa mazenstwem. Przez pierwsze 4 lata zwiazku nie poklocili sie ani razu. Lena bardzo “wisi” na tym wspomnieniu. Po 4 latach malzenstwa zaczynaja starac sie o dziecko. Dluga i kosztowna to byla droga. Zaplodnione in vitro Mia i Pia przyszly na swiat zdrowe i wydawaloby sie, ze niczego do szczescia juz nie brakuje. 

W tym miejscu poznaje Lene i Jo. Na hustawkach. Nasze dzieciaki mialy kolo roczku. Jo wlasnie konczyl szkole pielegniarska. Choc zajelo mu jeszce dobre pol roku zanim zdecydowal sie podejsc do egzaminu i nastepne prawie 2 lata zeby znalezc prace, bo…Jo jest bardzo mily, na pierwszy rzut oka, ale na drugi i trzeci, jesli ktos wogole zaryzykuje ponowny rzut, juz nie az taki mily. Wrecz przeciwnie. I ma swoja slabosc ….notorycznie zaskarża ludzi. Podanie do sadu jest rozwiazaniem na wszystko. Zastrasza ludzi. Niektorzy ustepuja, inni nie. Dlatego tez w wieku lat prawie 50 ( jest duzo starszy od Leny) przekwalifikowywal sie na pielegniarza, bo ostatnie 2 zawody “poszly sie bujac” po procesach sadowych. Pierwszego pracodawce podal do sadu, wygral dosc szybko pokazne pieniadze. Z drugim nie poszlo juz tak latwo. Proces ciagnal sie az do zeszlego roku. Cala rodzina zyla na granicy nedzy, a on pożyczone pieniadze inwestowal w coraz to lepszych prawnikow. Wlaczal prase, media, robil nagonke. Nie ustapil!  Zainwestowal w to 5-6 lat i okolo 80 tysiecy dolarow. Wygral 130 tysiecy. Po czym zaskarżyl swojego prawnika, ktory pomogl mu ten process wygrac…..Jak to sie skonczylo, nie  wiem. Prawdopodobnie sprawa jest wciaz w toku. Oprocz tej prawniczej gmatwaniny, zaczely sie problemy w domu. Okazalo sie, ze jedna z dziewczynek ma autyzm. Specjalne szkloy, nauczyciele ect. On nie moze znalezc, albo raczej utrzymac pracy. Za kazdym razem jest cos nie tak. Wszyscy sa winni, tylko nie on. Jedna z prac stracil nawet podczas “treningu”- to te pierwsze dni, kiedy przyuczaja do zawodu. Co takiego trzeba zrobic, zeby cie wywalono z pracy w pierwszych dniach?  Jo wie wszysko. Najlepiej. Kulturalnym glosem wytknie wszystkie bledy, pouczy. I lepiej sie zastosowac, bo jak nie – do sadu! Ma konflikt z kazdym! Sasiadem, czlowiekiem ktory na niego spojrzaj na ulicy, przyjaciolmi Leny, bo swoich juz dawno stracil. Ilez to razy mnie obrazil. Ilez to razy obiecywalm sobie juz nigdy! nigdy sie z nimi nie kontaktowac. Ale...zal mi Leny, no i dzieci sie lubia. Okropnie tez postepuje z Lena, wiec w domu jest nie za wesolo i malzenstwo sie sypie. Ona za wszelka cene chce ratowac zwiazek, dla dzieci. On poniza ja na kazdym kroku. Kulturalnie, umiejetnie, systematycznie. Jest nie do wytrzymanie. Obraza a potem serwuje drinka, albo placze. Robi kawaly, przytyczki bardzo nie na miejscu. Publicznied opowiada o malych piersiach Leny, jej odrostach – tak dla kawalu. Jest strasznie niesmaczny. Wszyscy sie od niego odwrocili. Trwaja ze wzgledu na Lene. A ona przyjela role cierpietnicy. 


Sytuacja sie zageszcza. Na poczatku zeszlego roku Lena powiedziala dosc! Chce rozwod. Wszyscy odetchneli z ulga i zaoferowali pomoc. Niestety miesiace minely, sprawa sie rozeszla po kosciach. Lena i Jo trwaja w beznadzieji.


Na scene wkracza Jen. Jen ma swoja wlasna historie, ale o niej moze w innej Telenoweli. Na chwile obecna wplatam ja, tudziez ona sama sie wplata w historie Leny i Jo.  Oczywiscie wspolny mianownik nas wszystkich to dzieci w tym samym wieku. Jen jest po rozstaniu z mezem. Rozwod w toku, a Jen na psychoterapi lub w internecine w poszukiwaniu nowego partnera. Jak twierdzi: “tylko serfuje”. Podczas tego serfowania, natknela sie na ….Jo! Jo oglosil sie ze zdjeciem! (na prawde! Ze zdjeciem! Jak glupim trzeba byc!)  wirtualnie odmlodzil o prawie 10 lat, w poszukiwaniu panny w przedziale wiekowym do ktorego sie Lena juz nie zalicza!!!!!! Jen zaraz wykonala telefon do Leny. Lena do Jo. Konfrontacja. Dupek  sie przyznal, nawet powiedzial, ze sie z kims spotykal, tylko….. tamta sie wycofala. Zaproponowal, ze sie wyprowadzi do hotelu, zeby sobie wszystko przemyslala/ochlonela….a Lena odpowiedziala ….”zostan….tak duzo pracujesz, prawie wcale cie nie ma w domu, wychodzi na jedno”. 
Rece wszystkim opadly. Jo troszeczke pospal na kanapie, ale juz miedzy wierszami poinformowal nas, ze powrocil do lask.  

Lena powiedzial mi kedys takie zdanie: “Jo i ja to po prostu dwoje nieszczesliwych ludzi, uwiezionych w malzenstwie”. Az mi zimno sie robi jak sobie o tym mysle. To musi byc straszne. 


Dzis Lena przyslala mi sms-s….podaja do sadu szkole do ktorej chodza dziwczynki.

Telenowela-wstep.

                                           * Graffiti w mojej ulubionej kawiarni.

            
 Rozgladam sie dookola. Obok mnie ciekawi ludzie, choc nie zawsze w pozytywnym znaczeniu tego slowa. Ale to subiektywne.  Niektorzy z nich to znajomi, inni to przyjaciele, a ich historje zycia sa tak dziwne i skomplikowane, ze trudno az uwierzyc. Przypominaja mi one te brazylijskie serjale trwajace latami. Telenowela-mowi na to moja kolezamka z Kolumbii, mydlana opera-powiedzialby moj maz. Aktorzy komplikuja sobie zycie do bolu, a widzowie irytuja sie glupota scenariusza, ale ogladaja dalej. Patrze do okola i oczom nie wierze. Zyje w jakiejs telenoweli!  Wokolo mnie same takie dziwne historie, sytuacje. O kazdym mozna by, no moze nie ksiazke, ale dluzsze opowiadnie napisac. Wiec jak mnie najdzie wena, bedze telenowela w odcinkach. 


wtorek, 14 stycznia 2014

Moda na wieś



Zapanowala w Polsce moda na wieś. Ucieka sie z miasta na lono natury, buduje/kupuje domy i przerabia na agrokulturalne gospodarstwa, chaty, dworki.  Ci bardziej miastowi poprawiaja swoj status spoleczny “hacjenda”. Niektorzy taka przez “j” inni  przez “i”, jesli dac wiare google (daje). Nagle ogarnal nas zew natury.  Jest “trendy” wracac do korzeni. Wszystko musi byc bardzo eco i zgodne z natura. Jesli kogos nie stac na posiadanie wlasnego gospodarstwa/chaty/folwarku moze sobie zafundowac taki “organiczny” wypad w przyrode dla wyciszenia. Internet oferuje pokoje urzadzone w prosty naturalny sposob: drewniane meble, TV, kablowka, DVD. Agrokultura z siłownia, trampolina, basenen, piaskownica, miejscem na ognisko i grill. Mozna czestowac sie ekologicznymi jablka. W cenie pokoju jest dostep do internetu.  Natura-kultura.  Im bardziej naturalne gospodarstwo, tym lepsza strona internetowa. Obowiazkowo naturalny miod i wlasne przetwory (w dostepnych cenach). Wszystko w zaleznosci od pakietu. Te ów gospodarstwa/chaty/dworki oferuja rowniez imprezy integracyjne (z natura? zwierzetami?), meskie weekendy ( cholera, nie te chromosomy), ruska banie (nie sprawdzilam co to jest). Koniecznie tez warsztaty artystyczne. Albo nad samorozwojem. Brdzo znani ludzie tez tam juz byli (zdjecie na scianie). A, i konie sa. Jak biedniejszy folwark, to ryby. Wlasciciel/gospodarz/gazda (to w zaleznosci od szerokosci geograficznej i stanu posiadania* patrz przypis) w wiekszosci ma dlugie wlosy; nieraz chodzi na bosaka ( bo: 1. nie przywiazuje wagi do rzeczy materialnych, ziemskich, 2. ulatwia mu to kontakt z natura). Wlascicielka/gospodyni/gazdzina ma wlasny kompostownik; nieraz nosi serdak. Wlasciciel (bardzo czesto z wyzszym wyksztalceniem) uciekl z duzego miasta. Po prostu nie mogl juz tam zyc. Teraz ma wlasny kawalek nieba. 

*Przypis:

·         chata= gospodarz/gospodyni

·         dworek/palacyk/folwark=wlasciciel/wlascicielka

·         hacjenda/hacienda=businessman/businesswomen

·         wszystkie z powyzszych (za wyjatkiem hacjendy/haciendy) jesli sa w gorach=gazda/gazdzina

·         bywaja wyjatki od normy

Sorry za ta ironie, ale nie moglam sie powstrzymac. W podstawowce czytalo sie dla zabawy ogloszenia typu: pan lat tyle i tyle, szuka pani o pelnych kasztaltach w celach towarzyskich, bez zobowiazan. “Na przelaj”, czy “Na przekroj” dawal wtedy takie dorosle ogloszenia. Ukrywalo sie taka gazete i na duzej przerwie zabawy bylo co niemiara. Dzis tak samo sie bawilam czytajac te ogloszenia. Naprawde nic nie mam przeciw naturze, wrecz przeciwnie! Gdybym tylko mogla siasc znowu w kuchni Rodzicow i spojrzec przez okno. Las, pola, gdzies tam w tym lesie ukryta rzeczka, w ktorej topilismy Marzanne jako dzieci……ale tez tuz obok tego miasteczko, zycie, dymy z kominow wala, bo ludzie palc czym sie da. Trawe ( naturalna) sie kosi kosiarka. Na prad! Nie kosa! Jest przyroda, jest i cywilizacja. To omamianie tlumu ta “agro”, “eco”, “organic” to taka obluda. Ekologiczne jablka i internet w jednym pakiecie wypoczynkowym!!! To nie jest wynaturzenie, nie! To jest nasz swiat 21 wieku! Ale prosze, nie wmawiajcie mnie i sobie, ze to jakas specjalna forma wypoczynku. I te opowiesci, jak kropla w krople.....on – nierozumiany  przez nikogo w duzym miescie, w koncu przenosi sie na wies. W miescie (tym duzym) ludzie nie wiedzieli co on do nich mowil. A on mowil o przestrzeni, blekicie nieba, zapachu swiezo zaoranej ziemi……oooooo ironia mi sie znowu wlacza. Wiec sie wylaczam na dzis.




poniedziałek, 13 stycznia 2014

Szczęśliwym być.

Przeczytalam kiedys w gazecie, ze w ramach okreslenia pojecia “bycia szczesliwym”, poszukiwano najszczesliwszego czlowieka swiata. Znaleziono. Byl nim czlowiek - jesli dobrze pamietam po siedemdziesiatce, mieszkajacy na Hawajach, maz - od lat wciaz tej samej kobiety, ojciec i dziadek, majetny - a jakze, ale tez wicaz aktywny zawodowo,  regularnie uprawiajacy sport i gleboko wierzacy. Pamietam, ze wtedy ten fakt "religji" dosc mnie zaskoczyl. Choc sama jestem jak najbardziej wierzaca, nie pasowalo mi jakos w kolorowym magazynie znalezc religji jako jednej z odpowiedzi definiujacej szczescie. Przygladajac sie temu, nazwijmy to - przykladowi - temu szczesliwemu czlowiekowi - co znajdujemy? Proste zycie. Z tego co pamietam, bylo tam tez napisane, ze do tych "przyslowiowych pieniedzy" doszedl sam, swoja praca, najwiecej przyjemnosci sprawia mu zycie rodzinne i uprawianie sportu z wnukami. Szczerze, na prawde  nie pamietem gdzie i kiedy to czytalam - dawno! Nie wiem na ile dobrze pamietam, szczegoly, a  wlasciwie to szczegolow nie pamietam, tylko ta quint essence: zwyczajny czlowiek, ktory jest szczesliwy. Zadnej tajemnicy tam nie bylo, magii, dziwnych przepisow na szczescie, zaklec czy uwarunkowan. Zadziwiajaca prostota. Kochaj, szanuj, pracuj, nie przeginaj paly.  Po prostu ciesz sie i szanuj to co masz. A masz zycie. I tu sprowadzamy sie wlasnie do religji - dar zycia, szanuj zycie, ktore Ci Bog dal, przez zdrowe zycie, empatie, umiejetnosc dzielenia sie i szacunek dla innych.....Ile w nas empati? Ile zyczliwosci? Szklaneczka jest na wpol pusta, czy na wpol pelna? A moze…. najpierw chlusnij do dna,  a potem zadecyduj. 
Pamietam jak swego czasu cwiczylam joge dosc intensywnie. Pmietam jak przeszlam podczas jednej z sesji/lekcji jakis taki “katharrsis”. Nagle zaczely mi plynac lzy, i nie mogla sie powstrzymac. Nie bylo to jakies zalamanie, czy cos takiego. Po prostu plakalam. Strumienie lez.  Cwiczylam i plakalm. A potem przyszla wdziecznosc. Za wszystko. WSZYSTKO! I ta pewnosc, ze jest dobrze, ze jestem we wlasciwym miejscu. Ze nie jeden zakret przedemna, ale jak nawet, to bedzie dobry zakeret, ze on ma tam byc. Ze on jest mi pisany. I nie trzeba miec na to jakiejs kontretnej religji, czy wiary, nie trzeba przynalezec do organizacji politycznych czy kosciola, zeby wiedziec, CZUC, ze tam poza mna jest cos, co jest wieksze i potezniejsze odemnie - jak Bog, czy Niebo, czy Ocean, czy Universum. Cos, co daje mi poczucie oparcia i stabilizacji. W cokolwiek wierzysz, to jest! I da ci sile - siegnij po to, otworz sie.  Do dzis pamietam ten dzien, i to super uczucie. I ……pare ray bylam swiadkiem, ze inne osoby reagowaly w ten sam sposob. I to tez bylo fantastyczne- rozcigasz sie, wyginasz, pocisz i sapiesz - a tu ktos obok przechodzi “nowonarodzenie”. Fajna ta joga. Jakos tak sie wszystko przeplata, sport-wiara-empatia - kolo zatacza krag…..Hmmmm nie zbyt inteligentne sformuowanie: “kolo zatacza krag”. A co ma niby zahaczyc o rog….o well….jest druga w nocy. Niech sie pociesze - inteligencja mi przysypia.

                                              *Szukam, szukania mi trzeba,
                                   
Domu gitarą i piórem,
                                   
A góry nade mną jak niebo,
                                   
A niebo nade mną jak góry.
                                            (Wolna Grupa Bukowina)                   
       
                           

czwartek, 9 stycznia 2014

Kolorowa pustka.

 *Śnieg, słońce i błękitne niebo - piękny, zimowy dzień w Bostonie.

Zastanawiam sie nieraz nad popularnoscia niektorych blogow. Doszlam do wnisosko, ze im wiecej zdjec, tym wieksza publika. De gustibus non est disputandum. Fakt. Ale....Wracajac dzis z przedszkola, po odprowadzeniu Victorka, siadlam sobie jak za zwyczaj w mojej ulubionej kafejce. Moje pol godzinki dnia! Przy smacznej kawie, ostanimi czasy bez ciacha. Oj, jak ta moja reka sie wykrecala w kierunku witryny z wypiekami. Od 1 stycznia serwuja tu rowniez kawe pod nazwa "Nowe postanowienia" - swoja droga niezly chwyt - ta wlasnie biore - bez ciacha! wiec chyba dziala! Najczesciej siadam sobie bez gazety, telefonu, komputera, niczego. Po prostu kawa przy oknie. Zebranie mysli, tudziez nie-myslenie, wyciszenie, przemyslenia, plan dnia, zycia. Nastroj rozny w zaleznosi od sytuacji i hormonow; coz odstatnimi czasy wlasnie taki sobie. Wyniki za 67 dni.....Planu B-nie mam! Dzis nie za bardzo potrafilam zebrac swoje mysli, tudziez ukierunkowac je na pozytywne tory, postanowilam wiec poczytac sobie cos-cokolwiek. Wybor gazet ogromny. Przekartkowalm, kawa zdazyla wystygnac. Nic do czytanie nie znalazlam. Magazyny i gazety, wypelnione zdjeciami i rekalamami-znikoma ilosc tekstu! Czy ludzie przestali juz czytac? Czy jestesmy zdolni tylko ogladac? Ja bardzo lubie zdjecia, dobre i mniej dobre, sam robie ich tysiace. Ale....jakis felietonik, historyjka banalna lub mniej. Przy dzisiejszym moim nastroju bylabym nawet za ta bardziej banalna historyjka. Jakis wywiad z osoba, ktora moze wiecej o sobie powiedziec niz w co sie ubiera, jaki krem uzywa i jaki jest jej ulubiony drink.....Co sie stalo? Ze mna cos nie tak? Czy ja jakas antysocjalna sie zrobilam? Nic, naprawde nic nie moglam dla siebie znalezc. Nic, nawet do ogladania! Natlok wyretuszowanych zdjec, nic nie mowiacych, bez zadnego przeslania. Kolorowa pustka. Przesycona nijakosc.  Zatesknilam za starym, dobrym "Zwierciadlem". Grudniowe juz dawno przeczytane, a styczniowe chyba "statek wciaz wiezie". Przy lozku lezy pare ksiazek. Zaczetych, ale nie dokonczonych-bo takich sobie. Lakne cos dobrego, inspirujacego, po czym chce sie wziasc gleboki oddech i dzialac! Sugestje?

środa, 8 stycznia 2014

Dywagacje na temat penisa.

 -Mami, nie masz penisa! - Victor byl wyraznie zaniepokojony. -Gdzie jest?! Moj czterolatek zabral sie za przeszukiwanie lazienki, ktore nie przyniosly oczekiwego resultatu. Po czym uwaznie mi sie przyjzal i stwierdzil: -Musial ci wpasc do ubikacji. Uspokojony tym rozwiazaniem wrocil do swojej zabawy, a ja gratulowlam sobie w duchu inteligencji mojego dziecka. No bo gdyby nie to samodzielne sobie wytlumaczenie bylabym zmuszona do objasnien, a jedyne co mi przychodzilo do glowy to odpowiedzi typu: "tak, synku, fukslo mi sie w zyciu i nie mam" i tym podobne. Z drugiej strony stwierdzenie bylo z serii tych "nieobliczalnych-lagodniejszych", w porownaniu do sytuacji w metrze z przed paru tygodni, kiedy to Victor wyciagna reke w kierunku jednego pasazera i stwierdzil: "On jest brazowy. Dlaczego?". Brazowy czlowiek rownie zaskoczony i przyparty do muru jak ja, kulturalnie zasnal (w przeciagu jednej sekundy) i konsekwentnie spal przez najblizsze 3 stacje, w przeciwienstwie do innych pasazerow, ktozy pilnie sledzili rozwoj sytuacji. Goraczkowo szukajac wyjasnienie na pytanie dlaczego, zastanawialam sie rownoczesnie czy ow brazowy czlowiek i reszta, doslyszeli, ze moje dziecko wyraznie powiedzialo "brazowy". Nie "czarny"! To chyba jednak troche lepiej? Mruczac cos na temat jak to fajnie, ze wszystko i wszyscy sa rozni, bo tak to by bylo nudno, przetrwalam az do stacji docelowej.  
Niemniej jednak, co do kwestji "penisa" jest ostatnimi czasy bardzo obecna w naszym zyciu codzienny. Musze przyznac, ze wychowna w "babskiej" rodzinie ucze sie wielu nowych rzecz. Zyczylabym sobie powiedziec, ze jestem na krok, albo chociaz na pol kroku do przodu z ta wiedza w porownaniu do mojego dziecka, ale niestety nie zawsze tak jest. Nie moge tez powiedziec, za sytacje wymyka sie spod kontroli, albo ze mamy wielki "problem penisa", ale tez nie moge zostawic tematu samemu sobie, bo wyraznie jestem pytana, tudziez zmuszana do polemiki. Swiadectwa z paskiem, studia, znajomosci tego czy tam tego nic a nic nie ulatwiaja mi sytacji typu: "mami, zobacz jak moj penis wystaje", "powiedzialem pani w przedszkolu ze mam duzego penisa" (usilujac zachowac obojetnosc zapytala, a co ona na to-ponoc sie smiala, OK.....hm....to tez wyjscie) ect. Ksiazki i pediatra sugeruja rozawiaj, nazywaj rzeczy po imieniu, tylko trudno rozmawiac o czym sie nie wie. No bo czy jak penis gilgota moje dziecko jest to normalne? Umowilam sie z innymi mamami. Jest nas cztery,  majace chlopczykow w tym samym wieku. Jesne! Dlatego sie znamy! Dzieki Victor! To rowniez moje podworkowe znajomosci. Wychodzimy. Makijaz, kozaczki, luzik-ominie mnie (zawsze wieki trwajaca) kapiel, czytanie ksiazeczek o super heros, usypianie. Fantastyczny klub, super drinki. Mieszanka estrogenu i martini ulatwia glebsze temat. Pojawia sie temat penisa, jak widac wszechobecny. Ulga...moje dziecko jest normalne. Kazda z nas ma ten sam problem. A problem dzielony jest zawsze mniejszy. Ktoras z nas sie pyta: "no ale jak ci maly mowi, ze mu stoi, no to co ty na to?", ktoras odpowiada: "to mu mowie: poczekaj, za chwile bedzie ci znowu wisial." Swieta prawda! Jak madrosc zyciowa! Ze tez na to nie wpadlam.
Uroki macierzynstwa o ktorych nie pisza w ksiazkach.


* Jeszcze jeden z moich po-Nowo Jorskich obrazow. (olej, 2007)

wtorek, 7 stycznia 2014

Dzień, nijaki dzień.


 *Jedno z moich płócien z 2007 (olej). Zainspirowane moim pierwszym pobytem w Nowy Jorku.

Tak sie zabieram za malowanie, ze  nic z tego nie wychodzi. W burzy snieznej, pelna emocji i inspiracji przytargalam plotno do domu. Przekopalam szafe, wyciagnelam farby olejne, bo jednak akryl to nie to co olej. Powyrzucalam mnostwo pedzli czekajacy "w stanie zaschniecia" na porcje swiezej terpentyny. O terpentyne tez znalazlam! W kuchni! Za garkami, hmmmm...mysle, ze w chwili desperacj przed wszedzie raczkujacym Victorciem robilam takie derastyczne i malo logiczne posuniecia. I.....i to tyle. Znowu sie odsunelo, przesunelo, nowy pomysl na obraz mi juz do glowy wpadl....pomyslow to ja mam tyle, i tak na dobra sprawe, gdyby czas ineczej zorganizowac...W zeszlym tygodni do malowania nie doszlo-chociaz nawet T sie ucieszyl jak mnie z ta sztaluga zobaczyl, bo twierdzi , ze mam potem lepszy humor. Do malowania nie doszlo z powodow "wyzszych". Zamknieto przedszkole z powodu tej wlasnie burzy snieznej. Moje "atelie" odkad nastal Victorcio zostalo przeniesione do piwnicy ( piwnicy w doslownym znaczeniu tego slowa-ciemno, strasznie i pajaki), i chyba jednak "za daleka droga". Dzisiejszy dzien rowniez poszedl na straty....poswiecony na wypelnianie podania o przyjecie do przedszkola. NUDA! Zastanawianiem sie ktore z nich wybrac...decyzja na nastepne 10 lat! W zaleznosci od do ktorego junior kindergarden trafi, to potem bedzie juz kontynuowal w tym systemie szkolnym -kindergarden-elementary school, high school i raczej sie nie da go przeniesc z jednej szkoy do drugiej. I choc naczytam sie, narozmawiam sie i nachodze ogladajac te wszystkie instytucje, to i tak moj wplyw na ta decyzje ograniczy sie tylko do wyboru 3 szkol ktorymi jestem najbardziej zainteresowana. Potem musze zaufac loterii. Kontekst tego zagmatfanego dla mnie systemu to "rownosc spoleczna". Zeby bylo sprawiedliwe rozlozenie finansowe i rasowe ect. Nie jestem "zaprzeciw", ale ....lubie miec kontrole. Tesknie za przewidywalnym i zorganizowanym systemem niemieckim. Tesknie za Monachium, choc......nie jestem pewna, czy chcialabym w Niemczech wychowywac moje dziecko. Socjalne zaplecze to jednak  nie wszystko. I tak mi jest ciezko pielegnowac jego polskosc tutaj. Coz, Mlody mi sie ostatnimi czasy wkurza jak mowie do niego po polsku. Zaraz sie obraza i mowi (- oczywiscie po angielsku) "Przestan mowic jak Bolek i Lolek". Gdyby tak jeszcze trzeci jezyk doszedl, to nie wim czy dalabym rade przeforsowac polski.
Przynudzam dzis. Tak ten dzien mi sie "unudnil"....i nic nie namalowalam.....znowu.....

piątek, 3 stycznia 2014

Mrozno, zimno, nieprzyjemnie...



*Boston dzis o zmierzchu. Jakis taki...zamyslony.

Brrrr.....ale temperatura skoczyla w dol! Snieg padal przez dwa dni. I co prawda jestem zdania, ze bardzo przesadzili z tym "stanem wyjatakowym", ale to oni juz tak lubia. Zupelnie zatracilismy sie w czasie, przez Swieta, Nowy Rok, teraz znowu wolne, bo niby nas zasypalo. Chwileczke, chwileczke, gdzie nas zasypalo! Jak dostalm telefon z przedszkola o natychmiastowym odebraniu Victora, bo zamykaja ze wzgledu na pogode i jutro (czyli dzis) tez bedzie zamkniete, bo zapowiadaja straszne sniegi; wiec jak szlam go odebrac ( uzbrojona w sanki), to owszem zmarzlam jak cholera, ale sniegu bylo moze z 10 cm! Przez noc dosypalo nastepne 10 i sie bardzo, bardzo ochlodzilo, ale.....zeby zaraz stan wyjatkowy! Do Polski ich wszystkich na troche dla zahartowania i zrozumienia pojecia zima. Plugi odsniezaja drogi co chwila, ludzie przed swoimi domami szaleja z lopatami, sypia na ta ulice co sie da! 
Poszlismy dzis na sanki, zaraz z rana. Jeszcze pieknie, dziko i bialo bylo. Wyszalelismy sie, zmarzlismy okropnie, wlasciwie to przemarzlismy-cale szczescie, ze kafejka w poblizu otwarta byla i serwowala kakao i mafiny, ktore byly niezbedne do odtajenia mojego dziecka. W drodze powrotnej korytarze ze sniegu, ale sama ulica-czarna, wyzarta jakims paskudztwem, sanek prawie nie dalo sie ciagnac. Hmmmm....Po co to?! Tak przyjemnie sie chodzi po czystym, swiezym sniegu. 
Wieczor juz zapadl, i jakos tak nieprzyjemnie sie zrobilo. Choinka nasza tez posmutniala, przyschla. Trzeba bedzie  juz ja rozebrac. Szkoda. I znowu rok czekania.




czwartek, 2 stycznia 2014

Kurtyna w górę

" Poloneza czas zacząć - Podkomorzy rusza
I zlekka zarzuciwszy wyloty kontusza,
I wąsa podkręcając, podał rękę Zosi
I skłoniwszy się grzecznie, w pierwszą parę prosi."


No i juz! Jestesmy w 2014! Tanecznym krokiem rozpoczelismy fantastyczny Nowy Rok! Fantastyczny, bo moj maz najukochanszy powiedzial mi zaraz po polnocy, ze to bedzie dobry i wyjatkowy Rok. A skoro on jest z tych "nigdy nie klamiacych", wiec prosze bardzo-mamy gwarancje. Nawet noworocznych postanowien nie trzeba robic...a tam, zrobilam. Ale tylko dlatego zeby zadoscuczynic tradycji. 
Sylwka mielismy milego, wsrod przyjaciol. I to nawet podwojnego, bo swietowalismy wybicie dwunastej w Europie, a potem juz w bardzo szampanskich humorach, choc w znacznie mniejszym gronie (maz, ja i spiace, wykonczone impreza nasze dziecko) przywitalismy Nowy Rok wedlug tutejszego czasu. Co prawda po Swietach w Teksasie, podrozy i zalatwianiu ostatnich spraw przed zakonczeniem roku, ostatnie to na co mialam ochote, to organizowac impreze sylwestrowa, ale!.... Mama zawsze mowi, ze trzeba Nowy Rok przywitac wyjatkowo, zeby byl wyjatkowy. No wiec pare telefonow w znane, pewne adresy ludzi niezbyt "rozchwytywanych" (czyt. majacych male dzieci) i prosze. Dzieci sie pieknie soba zajely-oznaka ze sa coraz starsze- miedzy innymi przeprowadzajac w laziece eksperyment pod tytulem "Trujaca pokrzywa w kosmosie" (??????). Nie jestem w stanie objasnic na czym on polegal (byc moze byla to kwestia alkoholu, jako ze bylismy juz po "europejskiej polnocy"-wiem tylko, ze wiazalo sie to z wykorzystaniem duzej ilosci - badzmy szczerzy - praktycznie calej tubki pasty do zebow i mydla w plynie. Nie wnikam w szczegoly, pasta i mydlo tansze niz opiekunka do dziecka, wiec warto bylo. Eksperyment musial byc z miary tych niebezpiecznych, bo dzieciaki zalozyly okulary ochraniajacew z zastawu "maly naukowiec", narciarskie, tudziez sloneczne, dla tych, dla ktorych nie wystarczylo tych profesjonalnych. No i wszystko bylo tez "top secret", bo drzwi do lazienki zostaly zamkniete. Co jak najbardziej bylo nam na reke, bo bardzo intensywnie witalismy Nowy Rok. A co...."jak kochac to ksiecia, jak krasc to milony", jak sie bawic ...to sie bawic! Dalismy rade nawet do godz. 23, co jest wielkim postepem, bo wiekszosc naszych dzieciakow zaczyna procedure kapielowo-spaniowa okolo 20. Pietnascie minut po wyjsciu gosci Victor zapadl w kamienny sen a my kontynuowalismy z T witanie nowego roku. Pozostaly mile wspomnienia i slady "murzynka" na podlodze ( no przeciez w Nowy Rok sprzatac nie moge-jak w Nowy Rok, tak przez caly rok). 
Dzien Nowego Roku milusinsko-leniwy z moimi chlopakami. Bardzo pozny lunch w restauracji i pierwsze w zyciu wyjscie do kina z Victorciem.  
Poloneza czas zacząć. Kurtyna w gore! Czyn cuda 2014! 

 * To niebieskie martini, to moja nowa milosc -   Blueberry Twist, a z reszty to Chocolatini, Hendricks Martini Cucumber, i "gwóźdź do trumny" tamtego wieczoru-Dark Little Secret.