We wrzesniu Victor zacznie 1 klase. Szkol/przedszkole w
ktorej jest aktualne, bardzo nam nie odpowiada. Przeprowadzajac sie
tutaj, nie znalismy nikogo i polegalismy glownie na "opini komputera” przy
wyborze szkloy. Znalezlismy dom w poblizy, zeby miec pewnisc, ze Victor
trafi do przedszklo wlasnie tam. Rozczarowalismy sie bardzo. O jak bardzo, A
Victorka entuzjazm zamienil sie powoli w nude i podirytowanie. Obserwojemy z
niepokojem co sie dzieje. Wczoraj przyniosl ze szkoly kartke z zdaniem, nie
zrobionym, za to pobazgrana kredkami. I znak zapytania nauczycielki obok.
Pytamy sie spokojnie, co to jest, Victor na to, ze zadanie jest za proste, i za
nudne, dla “maluchow”, i on tego nie
zrobi. W duchu zgodzilismy sie z niem, ale spokojnie tlumaczyma, ze jak on nie
odrobi zadania "dla maluchow”, to nauczycielka mysli, ze on tego nie
potrafi i bedzie mu dawala same proste. Misiasty uwielbial doswiadczenia
i "praca naukow". T zabieral
go od najmlodszych lat do siebie do labolatorium, teraz czwartki, dnie kiedy
maja "lekcje science" w przedszkolu, sa jego najgorszymi dniami. “Mamo, my tylko mowimy, nic nie robimy".
W klasie jest teleskop i Victror lecia na szkrzydlach w pierwszy dzien szkoly, nie mogac doczekac sie pierwszej
lekcj.....nauczycielka nawet nie pozwolila dziecia dotknac teleskopu. Wtorkowe
zajecia z plastyki, dzici roba kukielki. Nastepny wtorek to samo. Nastepny rowniez
kulielka. Pierwszy miesciac fajnie, drugi miesiac hm… ok, 3 miesiac
zbudowalismy w domu (wlasnorecznie z desek) teatrzyk, pomalowalismy,
wymyslalismy historie z kukielkami, po 10 miesiacac, kukielki co wtorek.......frustracja,
rzucanie kukielka po przyjsciu ze szkloly, zlosc z naszej stromy. Rozmawialismy z nauczycielka....,
starsza, eteryczna pani, mila,…...beton. Zlozylismy podanie o przeniesienie od innej
szkloy od wrzesnie, i odmowiono nam. Bo mieszkamy w innej czesci miasta.
Apelowalismy i nic. Nasz apel, przeslano do dyrektorki szkoly, ktora zaproponowal
rozmowe. Przygotowala sie. Przyznala, ze program przedszkolny jej szkoly jest
slaby. Okazalo sie ze Victor wraz z
kolezanka z klasy Ofelia, zostali
spostrzezeni na poczatku, jako dzieci ktore profitowaly by z nadprogramowych
lekcji i byli nawet pare razy zabierania na dodatkowe zajecia, dokladnie 8
razy!!! przez caly rok. Niestety nie podobalao sie to jego pani nauczycielce,
zaburzlo jej “kukielkowy” harmonogram. Nie pozwalala mu na owe zajecia chodzic,
a mysmy nic nie wiedzieli. Dyrektoraka, przepraszala nas bardzo, i jak sie
wyrazila angielskim powiedzonkiem "wasz syn wpadl miedzy szpary w
podlodze". Dodatkowe zajecia odbywaly sie bez niego, sprawa ucichla. Na
nasze spotkanie zaprosila nauczycieli odpowiedzlalnych za program nauczania w
szklole i uzgodnili “na szybko” ulozyc harmonogram na ostatnie pare tygodni
przed koncem roku. Teraz, od 3 tygodni co dziennie Victor jest zabierany na
rozne dodatkowe zajecia. Dyrektorka rowniez osobiscie skontaktowala sie z
kuratorium i poprosila, zeby zaakceptowano nasza prosbe o przeniesienie do
innej szkloy (za to podziwiam ja bardzo), Powiedziala nam, ze zrobi wszstko
zeby "wzniecic" Victora zainteresowanie szkola, ale chce zebnysmy pod
koniec roku szkolnego mieli prawo wyboru, czy zostaniemy w jej szkole, czy,przeniesiemy
sie do innej. W pod koniec tygodnia jestesmy umowieni na osobista rozmowe
z kuratorem. No i nie wiemy co robic. Troche sie boje znowu go przenosic. To
bedzie jego 4 zmaiana. 3 rozne przedszkola, no i teraz zaczyna 1 klase. To w
miare normalne tuataj, ale dla mnie, jak sie tak zastanowie, to napawa mnie to
lekiem. Taki malutki czlowieczek, nowi ludzie,
nowi nauczyciele, nowy budynk, nowe otoczebnie….to musi bys strasznie
stresujace. Victor jest bystrzak i sam sobie wyrobil opinie o swojej szklole
(mowie szkola, ale to jest tak naprawde przedszkole, ktore sa tu czesto w
budynkach szklonych), plus rowniez uslyszal co nieco od nas i opinie dosc
oficjalnie wyraza, co raczej nie zaskarbi mu wzgledow nauczycielki. To sa
te dylematy rodzicielskie o ktorych nikt nie pisze w ksiazkach czy poradnikach. Pomocy! Oj jak ja nie lubie podejmowac decyzji.
niedziela, 12 czerwca 2016
wtorek, 17 maja 2016
Światopogląd według Freuda.
![]() |
| Fantastyczne zdjecie Hakana Nergisa |
Duzo pracjue. Bardzo duzo. Jak sobie pomysle, ze moja
umowa o prace w Monachium przewidywala 37.5h tygodniowo (tak, 37 i POL godziny), to
musze sie uszczypnac. Moja umowa na chwile obecna reguluje, ze nie moge
pracowac wiecej niz 80godzin tygowniowo. Ale….uwielbiam to co robie. JAk to sie mowi “jesli kochasz to co robisz,
to nigdy nie przepracujesz ani jednego dnia w swoim zyciu”. Moze nie tak do konica,
ale….cos w tym jest.
sobota, 7 maja 2016
Minal rok.
Pierwszego maj minal rok odkad mieszkamy w Berkshire. Tzn
dla mnie, bo chlopaki dolaczyli dopiero w polowie lata. Tchnelo prowincjonalnoscia, po czesci spokojem,
choc jak pomysle o moim grafiku dyzurow, to slowo spokoj jest jak najbardziej
nie na miejscu. Jade do pracy mala (jak dla mnie) uliczka, ktora tak naprawde jest tu glowna ulica, stolicy krainy Berkshire. Pusto na ulicach jest zwykle o “moim poranku”, gory w oddali, od paru dni spowite
chmurami, bo pda i chmurzy sie wiosennie. Symphony hall radio cichuto gra w
aucie. Najtrudniej w garazu, widok mam niesamowity, a miesce do parkowania
na 4 pietrze, wiec musze sie bardzo kontrolowac, bo wzrok sam ucieka w kierunku
gor. Czas dziwnie tu plynie, lniwiej, grzeczniej
i poukladaniej, a z drugiej strony szalenie predko. Na ulicach, w sklepie, w
Kosciele spotykam znajone osoby, i jestem pod wrazeniem, ze ludzie pamietaja imiona, choc widzieli mnie przedtem tylko raz. Mam swoja piekarenke z
niesamowita kawa (o moim kawim snobizmie pisalam juz, i NIC sie od tego czasu nie
zmienilo), mam swoja fryzjerke, ktora pracuje i usmiecha sie do mnie rowniez na
drugiej zmianie z za lady sklepu z “drobiazgami-prezentami”. Odkrylam sklepik z
lodami, “z mleka od szczesliwych krow”, bo jak na miasteczko wsrod gor przystalo
mamy farmy, sady a nawet plantacje winnorosli. Jest niesamowity sklepik z
serami i dobrymi winami, sklepik ”artystyczny” przy muzeum, ktory na cale
szczescie ma godziny pracy malomiasteczkowe (10-17), bo inaczej moglabym przelewac
moja pensje wprost na ich konto.
Region
jest zapleczem metropolii nowojorskiej i chetnym miejscem wypoczynku mieszczuchow,
do ktorych sie sama do niedawna zaliczalam. Od maj do pazdziernika zaludnia sie
tu okropnie, a w ziemie rozkwita narciarstwo. Hmmm, choc "rozkwita", to chyba niezbyt fortunne okreslenie sezonu zimowego. Restauracje sa tu po prostu fantastyczne, a
kultura na wyciagniecie reki. Juz nie moge sie doczekac na Tanglewood. O tym
innym razem moze. No i moi wspaniali koledzy z pracy, bo to przeciez z nimi
spedzam wieksza czesc dnia, a i nieraz nocy tak szczerze mowiac. To wszystko razem daje mi poczucie swojskosci. Jednak male miasteczka maja tez
swoje drugie oblicze. Ostatnio zabralam Victorka do parku, gdzie wsrod drzew znajduje sie plac zabaw. Oprocz mnie
byl tam tylko jeden rodzic. Moj byly pacjent, ktorego przed paroma tygodniami przyjelam
do szpitala wbrew jego woli, przy asyscie policji i szpitalnych ochroniarzy, bo….
“bardzo to bylo wbrew jego woli”. To byl
chyba najdluzszy pobyt w parku w moim zyciu. Victor sie hustal, jak rowniez
coreczka tego pana, ptaki cwierkaly wiosennie, a ja przezywala istna mekke.
Wieczorem tego dnia wybralam sie z koleznka na “pokolacyjny”
spacer na jeziorem. Dzieciaki uwalnialy
resztki energii, a my rozmawialysmy sobie cichutko, chloniac piekno okolicy…..i
chyba tam wlasnie, po raz pierwszy od czsow przeprowadzki pomyslalam, ze chyba zadomowilam sie tutaj,
ze za chwile wroce do DOMU, ze moj maz czeka na nas w DOMU. Ciepluto tak mi sie
wtedy zrobilo, i traktuje tamten wieczor
jakos tak “przelomowo”. Monachium, Boston, teraz Pittsfield ….”home
sweet home”.
"Cudowność
domu polega nie na tym, że zapewnia schronienie, ogrzewa, czy daje poczucie
własności, ale na tym, że powoli gromadzi w nas zasoby słodyczy."
Antoine
de Saint-Exupéry
wtorek, 3 maja 2016
Chleb.
Po latach szukania, probowania i krzywienia sie, powiedzialm dosc. Tak naprawde to zainicjowal to T, twierdzac, skoro caly czas narzekam na tutejszy chleb, to czemu nie upieke sama. No i sie zaczelo. Mierze, mieszam, dolewam, czekam, zmieniam maki, konsultuje internet i ludzi, i proboje piec chleb. Chleb…nasz polski pachnacy, chrupiacy chleb. Smak dziecinstwa. Smak domu. Dla mnie szczegolnie domu dziadkow. Z do dzis nieznanego mi powodu dziadek moj wstawal doslownie w srodku nocy (3-4 nad ranem) i szlismy razem do piekarni po chleb. Pamietam zapach, teraz wim ze to zapach drozdzy, bo tak pachnie ostatnio moja kuchnia. Pamietam wiec ten zapach, piec, piekarzy (mniemam) wyciagajcych chleby dlugimi drewniaymi lopatami i formy chlebowe w ktorych wylegiwaly sie koty! Dom dziadkow zawsze bede kojarzyc wlasnie ze swiezym chlebem. Albo z “grzankami”, ktore to Babcia przygotowywala w oczekiwaniu na nasz przyjazd. W ich domu stal prawdziwy piec. Na wegiel. Mial mnostwo dzwiczek i mial pojemnik na popiol i pogrzebacz, ktorym sie przesuwalo fajerki zeby wlozyc wegiel albo drewno. W za jedne z tych “dzrzwiczek” Babcia Nadzia kladla kromki chleba z maslem albo plasterkiem sera zoltego, i zapiekala je. Zagladalysmy tam zawsze w moja Siostra w poszukiwaniu czegos smacznego. Otwieralo sie dzwiczki a na “kratce” lezaly rozne pysznosci. Piec dudnil, bylo cieplo, rodzinnie, bezpiecznia. Zycie toczylo sie wokol pieca. I byl chleb…ten jeden jedyny w swoim rodzaju.
"Do kraju
tego, gdzie kruszynę chleba
Podnoszą z ziemi przez uszanowanie
Dla darów Nieba....
Tęskno mi, Panie..."
Podnoszą z ziemi przez uszanowanie
Dla darów Nieba....
Tęskno mi, Panie..."
(C. K. Norwid)
W Polsce pierwsze wzmianki o chlebie
siegaja czasow krola Bolesława Chrobrego. Legenda głosi, że „Bolesław
Chrobry, jadąc na spotkanie z Ottonem III, poczuł nagle miły zapach. Gospodarz
domostwa, z którego się on unosił, poczęstował króla chlebem. Ten zaś, na
pamiątkę wydarzenia, nazwał miejscowość Piekarami”. W XII wieku zaczely sie
pojawiac pierwsze mlyny a wraz z nimi cechy piekarskie. Najstarszy z nich
założono w Krakowie w 1260 roku na mocy przywileju księcia Bolesława
Wstydliwego. W trakcie przygotowań do
wojny z Krzyżakami, król Władysław Jagiełło, zamówił u krakowskich piekarzy 16
wozów precelków, znanych ze swego smaku oraz trwałości. Czyzby w tym wlasnie tkwila
tajemnica wygranej bitwy pod Grunwaldem :)
1637 wydano zarządzenie, które brzmiało: „Godłem
cechów piekarskich jest precel trzymany przednimi łapami gryfów, z koroną po
środku”. Umieszczając godło na pieczęciach cechowych, cechowi piekarze
starali się wzmocnić swoją pozycję w stosunku do konkurencji z poza cechu. Mikołaj
Kopernik pośród wielu swoich zajęć, zajmował się również naukowo… chlebem. W
swoim dziele pt. „Panis coquendi ratio” („Obrachunek wypieku chleba”) zawarł
przepis pieczenia wraz z tablicami pozwalającymi wyliczać należne ceny chleba.
Historia
chleba obejmuje 100 wieków. 10 tysięcy lat temu człowiek rowniez posilał się
chlebem. Zmienil sie wyglad chleba i mechanizacja, choc zasady wypieku ulegly
niewielkiej tylko zmianie, W Rzymie za czasów cesarza Augusta istniało ponad
500 piekarń, a w Atenach na 500 lat p.n.e. znano 50 gatunków pieczywa. W 1670r
parlament francuski zezwolił na używanie drożdży.Upłynęły jeszcze dwa stulecia
zanim wymyślono drożdże prasowane.
Każdy
naród i kraj miał swoj wlasny "przepis" i metody wypieku chleba. Nasz Polski chleb, to nie tylko
chleb, ale tez symbol religijny, symbol życia. Jego brak oznaczał głód i
śmierć. Traktowany jako dar Boży, chleb darzono szczególną czcią.
Wiele osób nie wyrzuca pieczywa, a to, które upadnie, podnoszone jest
z ziemi z należnym szacunkiem i całowane. Chleb to rowniez nasz symbol
gościnności i otwartości
Do
naszych polskich tradycji należy witanie przybywających „chlebem i solą”. Nasza
zasada „postaw się, a zastaw się” to
sposób goszczenia w wielu polskich domach. Nie zawsze racjonalny, ale taki
nasz, swojski, odzwierciedlajacy nasza szczodra i otwarta słowiańska dusze. Coz sie dziwic, ze emigrujac wyjeżdżamy
za tym przyslowiowym chlebem, a chleb tak wlasciwie jedzie za nami. Na koncu swiata szukamy "naszego
chleba", tego jedynego smaku, tego z chrupiaca skorka. Pietka chleba z maslem…coz moze byc
lepszego. Smak dziecinstwa, wakacji u Babci i Dzidka, czas beztroski i bezpieczenstrwa.
Jakiez bylo moje zdziwienie i radosc, kiedy to w malutkiej piekrni w malutkim
misteczku wsrod pagorkow Nowej Anglji ujrzalm potezny bochen chleba. Zlapalam Viktorka na rece pokazujac i
objasniajac, ze taki chleb to sie piecze w Polsce. Nie mialm zadnych
watpliwiosci, to tylko mogl byc Polski chleb. No i byl….Ktos podlapal moje
slowa i “Pan Piekarz’ okazal sie nie tylko Polakiem, ale Polakiem fanatykiem
chleba na zakwasie i wszystkiego co “zrob sam”. A wogole to teraz zaden “pan”
ale fajny kolega Maciek. A zeby kolo sie zamknelo, bo historie sie powtarzaja,
a swiet tak naprawde jest maly, po “natychniastowym zapoznaniu sie przy chlebie”
okazalo sie, ze Macka Mama uczyla polskiego w szkole we Wrzesni syna przyjaciol
moich rodzicow. Od i tyle na dzis.
piątek, 1 stycznia 2016
Noworocznie.
I juz mamy 1 stycznia. Noc Sylwestrowa, noc szczegolna juz za nami. Zagladamy przez ramie, zerkamy w tyl, a jednoczesnie przyspieszamy kroku. Podliczamy, wyciagamy wnioski, kontemplujemy, moze i nieraz probujemy zapomniec. Bilans, podsumowanie. Jest juz za pozno, nie jest za pozno. Nowy rozdzial, niezapisana kartka, nowy zakret i nowa nadzieja. Stary Rok wielkimi krokami odchodzi w mrok. Dziekuje. Byles wspanialy. Jestem wdzieczna za kazda sekunede 2015 roku. Nawet ta najsmutniejsza, Aniolku Ty Moj. A najbardziej dziekuje za Rodzine, ta najblizsza i ta dalsza, za Przyjaciol, tych obok mnie i tych za Oceanem, za Kolegow i Wspolpracownikow, starych i nowych. Jestescie swiatlem i esencja mojego zycia. Zycze Wam, zycze Nam zdrowia i spelnienia tych najskrytszych marzen, no i moze odrobiny wiecej spokoju. Badz Nam kontynuacja dobrej passy, badz nam pomyslny 2016 Roku! A ponad to... kocham Cie Zycie!
czwartek, 24 grudnia 2015
Wigilijnie.
Ta wiglilijna, cicha noc ma w sobie niezwyka moc. Wiec zycze Wam wszystkim kochani, w te najpiekniejsza noc w roku, Noc Bozego Narodzenia, samych radosnyc chwil w rodzinnej atmosferze milosci i zrozumienia. Niechaj te Swieta beda przepelnione cieplem i spokojem. A nadchodzacy Nowy Rok pelen milosci i sukcesu.
Cicha noc, święta noc,
Pokój niesie ludziom wszem,
A u żłóbka Matka Święta
Czuwa sama uśmiechnięta
Nad dzieciątka snem,
Nad dzieciątka snem.
Pokój niesie ludziom wszem,
A u żłóbka Matka Święta
Czuwa sama uśmiechnięta
Nad dzieciątka snem,
Nad dzieciątka snem.
Cicha noc, święta noc,
Pastuszkowie od swych trzód
Biegną wielce zadziwieni
Za anielskim głosem pieni
Gdzie się spełnił cud,
Gdzie się spełnił cud.
Cicha noc, święta noc,
Narodzony Boży Syn
Pan Wielkiego majestatu
Niesie dziś całemu światu
Odkupienie win,
Odkupienie win.
niedziela, 20 grudnia 2015
Nadchodza Swieta.
Przygotowujemy sie. Choinka, jaka wspaniala! Niestety w
tym roku nie dalismy rady pojechac wszyscy razem wybrac choinke. Ja, oczywiscie
pracowalm. Ten motyw “ja pracowalm/pracuje/beda pracowc” bedzie powtarzal sie
dosc czesto teraz. Tak wiec w pierwszy
grudniowy weekend chlopaki plus moja Mamus pojechali na poszukiwanie
choinki. Jako, ze okolica wciaz nam nie
znana, jezdzili bladzili, trafili wkoncu
na prawdziwa farme, (gdzie mozna bylo nawet samodzielnie wyciacsbie choinka) i przywiezli pieknosc! Wiedzialm o tym planie
i choc tak bardzo lubie kupowac chonke i ja ubierac, nie chcialam przedluzac
tego mometu, bo Victorcio juz nie mogl sie doczekac. Jako, ze w moj grafik
pracy nie przewidywal wolnego na
najblizszy czas, pojechali sami.
Wracalam z prac. Jak zobaczylam
oswietlona choinke
przez okna naszego domu to …to wszystkie, ale to wszystkie
troski i problemy zniknely jak pod dotknieciem rozzczki. Pieknie jest w naszym
domu. Choinka przerosla moje oczekiwania. Jako, ze maz moj zwykle stara sie
wybrac mniejsza niz ja bym chialala - zdjecie swiateczna z przed 3 lat, choinka
naszej wielkosci, wygladamy komicznie, my wielkoludy, tudziez choinka karze,
tak wiec instrulowlam mojego synka, “misiu pamietaj duza wybiez, jak tatus
stanie kolo niej, zeby byla wieksza od niego”.
Jako, ze rozmiary, dlugosci i tego typu rzeczy to jeszcz zbyt
komplikowane dla mojego 6 latka, dosc trudno bylo sie porozumiec. W koncu moje
dziecko zrobilo obliczenia, pomiary,
pomyslal i stwierdzil, “wiem, zeby byla taka duza jak tata z lampa na glowie”. Tak wiec mamy taka. Do samego sufitu! i nawet trzeba bylo troszeczke jeszcze przyginac czubek. Udekorowali ta pieknosc razem z moja Mama i cudo stoi. Tatus dolecial do nas z Polski przed paroma dniami i dopomogl w dekoracji domu i werandy. Wczoraj jeszcze i ja pare akcentow swiatecznych dorzucilam, kartki swiateczne porozwieszalam. O jak sie swiatecznia zrobilo! List do Swietego Mikolaja zostal napisany dokladnie 1 Grudnia!, ciasteczka sa upieczone, kartki rozeslane, oplatek z Polski przylecial, prezenty…..nie mam pojecia. Kupuje i odkladam na strych i juz sama nie wiem co mam, i dla kogo,. Nie mamy jeszcze menue na swieta, a co za tym idzie listy zakupow. W tym roku beda znowu podwojne Swieta, zreszta jak juz chyba zawsze. 24 grudnia Polska Wigilja, tradycyjna z aniolkiem przynoszacym prezenty, a 25 Amyeryknskie Swieta z indykiem, Mikolajem i swiatecznym gwarem. Teksanscy tesciowie dolecieli wczoraj. Jeszcze dzisiejszy dyzur, 2 dni pracy i mam wolne! I Swieta, Swieta, Swieta.
piątek, 11 grudnia 2015
O smutku. Czyli kiedy umiera nadzieja.
Wlasnie
w takich chwilach boli najbardziej. W takich momentach w srodku nocy,
kiedy ciemnosc przygniata, a mysli staja sie glosniejsze i bardziej wyraziste.
Natretne.
Wtedy boli najbardziej. Chociaz zawsze boli. I choc
straszna to prawda, to jednak prawda, ze
czlowiek uczy sie z tym zyc. Nie wiem, czy bol lagodnieje. Moze.
4 tygodnie temu serduszko mojego nienarodzonego dziecka
przestalo bic. Jednego dnia dane nam bylo zobaczyc nasze przyszle dziecko,
glowka, raczki i nozki, i to bijace serduszko. Tydzien pozniej bylo, ale juz
nie bilo. Tym razem mialm szczescie pobyc jego mama przez 11 tyodni. Juz prawi,
juz tuz tuz, i przekroczylabym ta
magiczna liczbe 12 tygodni, kiedy to mozna w miare smialo obwiescic swiatu, ze
zostaniemy znowu rodzicami. Planowalm obwiescic ta nowine w Wigilie….
“Cos sie dzieje po cos”. “Nic sie nie dzieje bez
przyczyny”. Jak rowniez “wszystko ma sens”…..Tak. Dwojka moich dzieci
postanowila pozostac w innym wymiarze.
Boli. W noce takie jak ta, w myslach ide krok po kroku przez wszystkie te dni
pelne szczescia i nadzieji i analizuje gdzie popelnilam blad. Czego bylo za
duzo, czego bylo za malo. Czy na prawde
musialam wypic ta kawe? A sushi?! Przeciez wiedzialam, ze nie powinnam byla go
jesc! Czy gdybym nie napisala tego zgryzliwego sms-a do T z poczekalni, to moze
to by sie nie wydazylo. Dlaczego. Dlaczego???? Za duzo stresu w pracy, ba za
wogole za duzo pracy, tak, pewnie i tak… ale zeszlym razem wydarzylo sie to na
wakacjach! Wciaz mam przed oczami widok
tych gor. Odjerzdzalam myslac, moje dziecko wybralo to miejsce, zeby pozostac.
Pieknie tam bylo. Ale przeciez ja mam tyle
milosci w sobie, ktorach chcialm
mu/im dac!!!! Dlaczego moje dzieci nie chcialy dolaczyc do nas?!
Wybieram zabawki na choinke. Biore do reki i odkladam.
Korci mnie, zeby kupic i po jendej dla nich. Jeby jakos fizycznie zaakcentowac
fakt, ze sa!!!! JA wiem, ze sa! nie moge ich dotknac, ale one sa i beda, zawsze
czescia mnie. …..Och zeby ta noc dobiegla juz konca. W dzien sa te mysli
bardziej ulozone, oswojone.
niedziela, 6 grudnia 2015
Zmiany.
| Ta mgla fascynuje mnie co rano... |
Zima. Jesien. Wisona. Lato. Znowu jesien przeminela.
Kolejna zima juz….zmiany, przemiany, rozstania i powroty, przeprowadzki, wiele
radosci i jeden ogromny smutek. Zycie.
Nie pisalm ponad rok. Podchodzilam, zaczynalam, mam
parenascie notatek rozpoczetych, do ktorych pewnie juz nie wroce, a na pewno
juz nie w szczegolach. Szkoda, ale tyle sie dzieje. Dobrego sie dzieje. Dostalam
sie na moj wymarzony staz. Moze nie w wymarzonym miescie, ale nie jest zle. 2
godziny od Bostonu to nie kniec swiata. Pojechalam na rozmowe wstepna w polowie stycznia, (zdazylam jeszcze przed
zima stulecia), i zakochalam sie od pierwszego wejrzenia. W szpitalu, w
ludziach, w miasteczku, w gorzystej okolicy. I choc powiedziano mi, ze jest
1400 kandydatow, z tego 2 osoby juz zostaly wybrane, opuszczalam z przekonaniem
ze tam wroce. I wrocilam!!!! Ordynator zadzwonil do mnie po 5 dniach (podczas
ktorych zasypialam i budzilam sie z telefonem w reku) i zaoferowal mi kontrakt
na 4 lata. W wieku 41 zawalczylam i wygralam. Trojka moich nowych kolegow (bo
jest nas 4) ma 27-28 lat. Tak po latach, po drodze pelnej zakretow zaczyelam od
nowa. Nowa spcjalizacja,180 stopni Od skalpela,po fotelik. Tak wiec
brzliwie nam ten rok uplywa. Nowa praca pociagnela uza soba sznureczek zmian. Przeprowadzka,
ale najpierw rozlaka na 3 miesiace, T konczyl swoja prace w Bostonie, Victor konczyl
przedszkole i zostal z nim, bo nasze mieszkanie nie bylo jeszcze gotowe, a
potem i tak musielismy szukac nowego, bo wlasciciel sie rozmyslil. Musialam WKONCU!!!! zrobic prawo jazdy, kupno
samochodu. Sterta papierow, podan do wypelnienia, telefonow do wykonania,
wymeldowan, przemeldowan ect.
Zeby przeciwstawic sie ogolnej opini, ze psychiatrzy nie
sa prawdziwymi lekarzami, moja rezydentura wymag 6 miesiecy na
internie/neurologi i OIOMie. Tu wlasnie spedzilam/spedzam moje pierwsze
miesiace pracy, ktore koncza sie dokladnie za 9 dni (w tym 5 nocy, brrrrr). Jeszcze 9 dni intensywnej terapi i powrot na
psychiatrie, gdzie w sumie oczekuje mnie duzo, duzo noweg, bo do tej pory to
sie “w salach operacyjnych raczej obracalam”. Tak sie juz ciesze! Mam tyle
pomyslow i planow, i projektow naukowych ktore mam nadzieje
urzeczywistnic.
Chlopaki adaptuja sie.
T…nie jest mu latwo. T zakonczyl swoj
project w Bostonie, no i zostal Panem Mama. Ciezki orzech do zgryzienia. Przez
pierwsze pare misesiecy to bylo nawet fajnie, bylo lato, oferty pracy
przychodzily, podnosilo sie poprzeczke i wymagania, ale teraz…..napiecie. Jezdzi na rozmowy kwalifikacyje, juz coraz
rzadziej i widze jak gsnie powoli. W
zeszlym tygodniu pojawil sie przy sniadaniu bez brody, ktora ma od lat!, zeby
wygladac mlodziej przy rozmowie o prace. Tak mi sie go zal zrobilo! Zdaje sobie
sprawe, ze jak nie znajdzie czegos przez nastepmne pare miesiecy to nie bedzie
juz dla niego powrotu w swiecie naukowym. A przynajmniej nie na takim poziomie
do jakiego byl przyzwyczajony. Chociaz, mnie tez dawano male szanse….
Victorzasty. Nowe przedszkole. Nowe znajomosci, a
wlasciwie to ich brak. Bo wszyscy przyjaciel jego, a co jest rownoznaczne, ze i
nasi, bo cala nasza pczka poznala sie i trzymala “przez dzieci”, zostali w
Bostonie. Teraz Misiasty wsiada rano do duzego
zoltego autobusu i odjezdza. Taki jest wtedy malutki! Jak stoi ze swoim
plecaczkiem w minionki…. Nie znamy dzieci z klasy, nie znamy ich rodzicow..Jestesmy
w kontakcie z nauczycielka, ale osobistych kontaktow nie nawiazlismy. Jeszcze. Za dziesiec dni…jak tylko skonczy
sie ten maraton w szpitalu. I jak sie odespie.
wtorek, 28 października 2014
Halloween.
Wybieralismy dzis dynie. Duza, na lampion. Mniejsze, osobiscie
zebrane z pola przez Misiastego juz od dawna ozdabiaja nam kuchnie. Bylismy
umowieni, ze zaraz po przedszkolu idziemy ja kupic i do dziela. Umknal mi zupelnie
fakt wagi. Misiasty juz tak sie cieszyl na to popoludnie, ze nie mialm serca mu odmowic. Tak wiec targalismy sie z prawie 10 kilogramowym warzywem przez pol
miasta. Wyszla wspaniale. (A ja zarzucilam tabletki przeciwbolowe, bo mi “szyje
wykrecilo” od tego dzwigania.)
Zblilza sie Halloween. Od paru tygodni
szkielety, czaszki,
czrownice, nietoperze, pajeczyny i pajaki zdominwaly scenerie Bostonu. Przyznaje,
ze ladnie sie to wkomponowalo w jesienno-pomaranczowo krajobraz. Dynie stoja obowiazkowo
przed domami, na schodach, przy furtkach, na stoliczkach w ogrodzie. Maja
wydrazone buzie “na straszno” lub “na wesolo” w zaleznosci od wyobrazni i
technicznych zdolnosci. W srodku pali sie swieczka, co wieczorami jeszcze
bardziej poteguje effect “strasznosci” (tak na niby). Mowi sie na nie - Jack-o'-lantern,
a swiatelko w srodku ma symbolizowac błędne ogniki uważane za dusze zmarłych. Tematem
numer jeden na podworku i w szkole, jest jaki kostium sie bedzie mialo w tm
roku, na ktorej ulicy bedzie sie chodzic i z kim. Nie-posiadacze dzieci
zaopatruja sie kilogramami w cukierki w oczekiwaniu na wedrownikow. Tradycja
nakazuje, by po zmierzchu, w przebraniu pukac do drzw z tradycyjnym okrzykiem “trick
or treat” (cukierek czy psikus). Halloween is uwazany za dzien w ktorym zaciera
sie granica miedzy swiatem Zywych i Zmarlych. Duchy przodkow sa zapraszane do
domow, a zle duchy zas odstraszane wlasnie poprzez kostiumy i rozne symbole typu
pajeczyny ect. Nazwa Halloween jest skrotem od „All Hallows' Eve”, czyli
wigilia, przeddzien Wszystkich Swietych.
Co ladne po zmierzchu nie zawsze ciekawe w neonowym swietle
sieciowki. Plastikowa masa czaszek rodem z serca Chin jest ( jak sie nie jest w
humorze) zalosna i niesmaczna. Wieje kiczem, tandeta, bezgusciem. Czekoladki,
ciastka, swieczki, lalki sa przerobione na-halloweenowo-strasznie. Ale
gdy zapada zmierzch...........to wszystko ma swoj urok. Najbardziej rozbrajaja mnie
ledwo co chodzace dzieciaczki, ktore to popychane przez rodzicow staja pod drzwiami
nie za bardzo wiedzac co maja zrobic. Jak "pies pawlova" reakcja nastepuje
automatycznie, gdy otworza sie drzwi i
pod nosek podstawi sie miseczke (w
ksztalcie czaszki) z cukierkami. Garsc cukierkow wedruje to torby-dyni i karawana
ciagnie dalej. Pamietam jak Victorcio mial 3 latka, byl juz tak zmeczony tym
chodzeniem, nie mniej jednak “zew krwi” i parl dalej, do nastepnych drzwi, ze w
jedym z domow po prostu osunal sie na kolana i kleczac wyszeptal “cukierek czy
psikus”. Jest to tez jedyny dzien w roku kiedy dzieci nie chca, zeby dorosli nosili
za nimi torby (torby-dynie), bo moze sie zdarzyc, ze jak taka Mama, czy Tata na
chwile przejmie torbe, to cukierkow ubedzie.
Halloween juz w piatek. Jestesmy w goracje fazie
przygotowan. Kostium wisi w szafie juz od 4-5 tygodni, jest regularnie
wyciagany, ogladany, przymierzany i szybko chowany, jak koledzy wpadna do
zabawy. Bylismy juz “dynia”, tygryskiem”, “rekinem”, “Spider man’em”,
oczywiscie nie trudno sie domyslec tegorocznego kostiumnu – zlow Nanjago. Coroczna impreza halloweenowa jak zwykle u Alison&Co. Dawniej spotykalismy
sie i najpierw byla zabawa w domu , a potem szlismy na “trick and treat”. Teraz
jest za duzo emocji i dzieciaki nie moga sie juz doczekac, wiec najpierw
chodzimy od drzwi do drzwi, a potem powrot do Alison na pizze, liczenie cukierkow,
wymiana cukierkow ect.
Lubie ten dziwny dzien/wieczor. Ludzie spaceruja, odwiedzaja
sie, siedza przed domami, jest wiele rozmow, smiechu. Wokolo pala sie swieczki,
lampiony, domy sa udekorowane i pooswietlane, dzieciaki szaleja. Jakis taki
ogolny nastroj radosci pomieszany z tajemniczoscia. Oby pogoda dopisala.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















