sobota, 7 maja 2016

Minal rok.

Pierwszego maj minal rok odkad mieszkamy w Berkshire. Tzn dla mnie, bo chlopaki dolaczyli dopiero w polowie lata.  Tchnelo prowincjonalnoscia, po czesci spokojem, choc jak pomysle o moim grafiku dyzurow, to slowo spokoj jest jak najbardziej nie na miejscu.  Jade do pracy mala (jak dla mnie) uliczka, ktora tak naprawde jest tu glowna ulica, stolicy krainy Berkshire. Pusto na ulicach jest zwykle o “moim poranku”, gory w oddali, od paru dni spowite chmurami, bo pda i chmurzy sie wiosennie. Symphony hall radio cichuto gra w aucie. Najtrudniej w garazu, widok mam niesamowity, a miesce do parkowania na 4 pietrze, wiec musze sie bardzo kontrolowac, bo wzrok sam ucieka w kierunku gor.  Czas dziwnie tu plynie, lniwiej, grzeczniej i poukladaniej, a z drugiej strony szalenie predko. Na ulicach, w sklepie, w Kosciele spotykam znajone osoby, i jestem pod wrazeniem, ze ludzie pamietaja imiona, choc widzieli mnie przedtem tylko raz. Mam swoja piekarenke z niesamowita kawa (o moim kawim snobizmie pisalam juz, i NIC sie od tego czasu nie zmienilo), mam swoja fryzjerke, ktora pracuje i usmiecha sie do mnie rowniez na drugiej zmianie z za lady sklepu z “drobiazgami-prezentami”. Odkrylam sklepik z lodami, “z mleka od szczesliwych krow”, bo jak na miasteczko wsrod gor przystalo mamy farmy, sady a nawet plantacje winnorosli. Jest niesamowity sklepik z serami i dobrymi winami, sklepik ”artystyczny” przy muzeum, ktory na cale szczescie ma godziny pracy malomiasteczkowe (10-17), bo inaczej moglabym przelewac moja pensje wprost na ich konto. 
Region jest zapleczem metropolii nowojorskiej i chetnym miejscem wypoczynku mieszczuchow, do ktorych sie sama do niedawna zaliczalam. Od maj do pazdziernika zaludnia sie tu okropnie, a w ziemie rozkwita narciarstwo. Hmmm, choc "rozkwita", to chyba niezbyt fortunne okreslenie sezonu zimowego. Restauracje sa tu po prostu fantastyczne, a kultura na wyciagniecie reki. Juz nie moge sie doczekac na Tanglewood. O tym innym razem moze. No i moi wspaniali koledzy z pracy, bo to przeciez z nimi spedzam wieksza czesc dnia, a i nieraz nocy tak szczerze mowiac. To wszystko razem daje mi poczucie swojskosci. Jednak male miasteczka maja tez swoje drugie oblicze.  Ostatnio zabralam Victorka do parku, gdzie wsrod drzew znajduje sie plac zabaw. Oprocz mnie byl tam tylko jeden rodzic. Moj byly pacjent, ktorego przed paroma tygodniami przyjelam do szpitala wbrew jego woli, przy asyscie policji i szpitalnych ochroniarzy, bo…. “bardzo to bylo wbrew jego woli”.  To byl chyba najdluzszy pobyt w parku w moim zyciu. Victor sie hustal, jak rowniez coreczka tego pana, ptaki cwierkaly wiosennie, a ja przezywala istna mekke.

Wieczorem tego dnia wybralam sie z koleznka na “pokolacyjny” spacer  na jeziorem. Dzieciaki uwalnialy resztki energii, a my rozmawialysmy sobie cichutko, chloniac piekno okolicy…..i chyba tam wlasnie, po raz pierwszy od czsow przeprowadzki pomyslalam, ze chyba zadomowilam sie tutaj, ze za chwile wroce do DOMU, ze moj maz czeka na nas w DOMU. Ciepluto tak mi sie wtedy zrobilo, i traktuje tamten wieczor  jakos tak “przelomowo”. Monachium, Boston, teraz Pittsfield ….”home sweet home”. 

"Cudowność domu polega nie na tym, że zapewnia schronienie, ogrzewa, czy daje poczucie własności, ale na tym, że powoli gromadzi w nas zasoby słodyczy."   
Antoine de Saint-Exupéry

wtorek, 3 maja 2016

Chleb.


Po latach szukania, probowania i krzywienia sie, powiedzialm dosc. Tak naprawde to zainicjowal to T, twierdzac, skoro caly czas narzekam na tutejszy chleb, to czemu nie upieke sama. No i sie zaczelo. Mierze, mieszam, dolewam, czekam, zmieniam maki, konsultuje internet i ludzi, i proboje piec chleb. Chleb…nasz polski pachnacy, chrupiacy chleb. Smak dziecinstwa. Smak domu. Dla mnie szczegolnie domu dziadkow. Z do dzis nieznanego mi powodu dziadek moj wstawal doslownie w srodku nocy (3-4 nad ranem) i szlismy razem do piekarni po chleb. Pamietam zapach, teraz wim ze to zapach drozdzy, bo tak pachnie ostatnio moja kuchnia. Pamietam wiec ten zapach, piec, piekarzy (mniemam) wyciagajcych chleby dlugimi drewniaymi lopatami i formy chlebowe w ktorych wylegiwaly sie koty! Dom dziadkow zawsze bede kojarzyc wlasnie ze swiezym chlebem.  Albo z “grzankami”, ktore to Babcia przygotowywala w oczekiwaniu na nasz przyjazd. W ich domu stal prawdziwy piec. Na wegiel. Mial mnostwo dzwiczek i mial pojemnik na popiol i pogrzebacz, ktorym sie przesuwalo fajerki zeby wlozyc wegiel albo drewno. W za jedne z tych “dzrzwiczek” Babcia Nadzia kladla kromki chleba z maslem albo  plasterkiem sera zoltego, i zapiekala je. Zagladalysmy tam zawsze w moja Siostra w poszukiwaniu czegos smacznego. Otwieralo sie dzwiczki a na “kratce” lezaly rozne pysznosci. Piec dudnil, bylo cieplo, rodzinnie, bezpiecznia. Zycie toczylo sie wokol pieca. I byl chleb…ten jeden jedyny w swoim rodzaju.

"Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba
Podnoszą z ziemi przez uszanowanie
Dla darów Nieba....
Tęskno mi, Panie..."

(C. K. Norwid)

W Polsce pierwsze wzmianki o chlebie siegaja czasow krola Bolesława Chrobrego. Legenda głosi, że „Bolesław Chrobry, jadąc na spotkanie z Ottonem III, poczuł nagle miły zapach. Gospodarz domostwa, z którego się on unosił, poczęstował króla chlebem. Ten zaś, na pamiątkę wydarzenia, nazwał miejscowość Piekarami”. W XII wieku zaczely sie pojawiac pierwsze mlyny a wraz z nimi cechy piekarskie. Najstarszy z nich założono w Krakowie w 1260 roku na mocy przywileju księcia Bolesława Wstydliwego. W  trakcie przygotowań do wojny z Krzyżakami, król Władysław Jagiełło, zamówił u krakowskich piekarzy 16 wozów precelków, znanych ze swego smaku oraz trwałości. Czyzby w tym wlasnie tkwila tajemnica wygranej bitwy pod Grunwaldem :)
1637 wydano zarządzenie, które brzmiało: „Godłem cechów piekarskich jest precel trzymany przednimi łapami gryfów, z koroną po środku”. Umieszczając godło na pieczęciach cechowych, cechowi piekarze starali się wzmocnić swoją pozycję w stosunku do konkurencji z poza cechu. Mikołaj Kopernik pośród wielu swoich zajęć, zajmował się również naukowo… chlebem. W swoim dziele pt. „Panis coquendi ratio” („Obrachunek wypieku chleba”) zawarł przepis pieczenia wraz z tablicami pozwalającymi wyliczać należne ceny chleba.
Historia chleba obejmuje 100 wieków. 10 tysięcy lat temu człowiek rowniez posilał się chlebem. Zmienil sie wyglad chleba i mechanizacja, choc zasady wypieku ulegly niewielkiej tylko zmianie, W Rzymie za czasów cesarza Augusta istniało ponad 500 piekarń, a w Atenach na 500 lat p.n.e. znano 50 gatunków pieczywa. W 1670r parlament francuski zezwolił na używanie drożdży.Upłynęły jeszcze dwa stulecia zanim  wymyślono drożdże prasowane.

Każdy naród i kraj miał swoj wlasny "przepis" i metody wypieku chleba. Nasz Polski chleb, to nie tylko chleb, ale tez symbol religijny, symbol życia. Jego brak oznaczał głód i śmierć. Traktowany jako dar Boży, chleb darzono szczególną czcią. Wiele osób nie wyrzuca pieczywa, a to, które upadnie, podnoszone jest z ziemi z należnym szacunkiem i całowane. Chleb to rowniez nasz symbol gościnności i otwartości
Do naszych polskich tradycji należy witanie przybywających „chlebem i solą”. Nasza zasada  „postaw się, a zastaw się” to sposób goszczenia w wielu polskich domach. Nie zawsze racjonalny, ale taki nasz, swojski, odzwierciedlajacy nasza szczodra i otwarta słowiańska dusze. Coz sie dziwic, ze emigrujac wyjeżdżamy za tym przyslowiowym chlebem, a chleb tak wlasciwie jedzie za nami. Na koncu swiata szukamy "naszego chleba", tego jedynego smaku, tego z chrupiaca skorka. Pietka chleba z maslem…coz moze byc lepszego. Smak dziecinstwa, wakacji u Babci i Dzidka, czas beztroski i bezpieczenstrwa. Jakiez bylo moje zdziwienie i radosc, kiedy to w malutkiej piekrni w malutkim misteczku wsrod pagorkow Nowej Anglji ujrzalm potezny bochen chleba.  Zlapalam Viktorka na rece pokazujac i objasniajac, ze taki chleb to sie piecze w Polsce. Nie mialm zadnych watpliwiosci, to tylko mogl byc Polski chleb. No i byl….Ktos podlapal moje slowa i “Pan Piekarz’ okazal sie nie tylko Polakiem, ale Polakiem fanatykiem chleba na zakwasie i wszystkiego co “zrob sam”. A wogole to teraz zaden “pan” ale fajny kolega Maciek. A zeby kolo sie zamknelo, bo historie sie powtarzaja, a swiet tak naprawde jest maly, po “natychniastowym zapoznaniu sie przy chlebie” okazalo sie, ze Macka Mama uczyla polskiego w szkole we Wrzesni syna przyjaciol moich rodzicow. Od i tyle na dzis. 

piątek, 1 stycznia 2016

Noworocznie.


I juz mamy 1 stycznia. Noc Sylwestrowa, noc szczegolna juz za nami. Zagladamy przez ramie, zerkamy w tyl, a jednoczesnie przyspieszamy kroku. Podliczamy, wyciagamy wnioski, kontemplujemy, moze i nieraz probujemy zapomniec. Bilans, podsumowanie. Jest juz za pozno,  nie jest za pozno. Nowy rozdzial, niezapisana kartka, nowy zakret i nowa nadzieja. Stary Rok wielkimi krokami odchodzi w mrok. Dziekuje. Byles wspanialy. Jestem wdzieczna za kazda sekunede 2015 roku. Nawet ta najsmutniejsza, Aniolku Ty Moj. A najbardziej dziekuje za Rodzine, ta najblizsza i ta dalsza, za Przyjaciol, tych obok mnie i tych za Oceanem, za Kolegow i Wspolpracownikow, starych i nowych. Jestescie swiatlem i esencja mojego zycia. Zycze Wam, zycze Nam zdrowia i spelnienia tych najskrytszych marzen, no i moze odrobiny wiecej spokoju. Badz Nam kontynuacja dobrej passy, badz nam pomyslny 2016 Roku!  A ponad to... kocham Cie Zycie!

czwartek, 24 grudnia 2015

Wigilijnie.



Ta wiglilijna, cicha noc ma w sobie niezwyka moc. Wiec zycze Wam wszystkim kochani, w te najpiekniejsza noc w roku, Noc Bozego Narodzenia, samych radosnyc chwil w rodzinnej atmosferze  milosci i zrozumienia. Niechaj te Swieta beda przepelnione cieplem i spokojem. A nadchodzacy Nowy Rok pelen milosci i sukcesu.

 
Cicha noc, święta noc,
Pokój niesie ludziom wszem,
A u żłóbka Matka Święta
Czuwa sama uśmiechnięta
Nad dzieciątka snem,
Nad dzieciątka snem.

Cicha noc, święta noc,
Pastuszkowie od swych trzód
Biegną wielce zadziwieni
Za anielskim głosem pieni
Gdzie się spełnił cud,
Gdzie się spełnił cud.

Cicha noc, święta noc,
Narodzony Boży Syn
Pan Wielkiego majestatu
Niesie dziś całemu światu
Odkupienie win,
Odkupienie win. 



niedziela, 20 grudnia 2015

Nadchodza Swieta.


Przygotowujemy sie. Choinka, jaka wspaniala! Niestety w tym roku nie dalismy rady pojechac wszyscy razem wybrac choinke. Ja, oczywiscie pracowalm. Ten motyw “ja pracowalm/pracuje/beda pracowc” bedzie powtarzal sie dosc czesto teraz.  Tak wiec w pierwszy grudniowy weekend chlopaki plus moja Mamus pojechali na poszukiwanie choinki.  Jako, ze okolica wciaz nam nie znana, jezdzili  bladzili, trafili wkoncu na prawdziwa farme, (gdzie mozna bylo nawet samodzielnie wyciacsbie choinka)  i przywiezli pieknosc! Wiedzialm o tym planie i choc tak bardzo lubie kupowac chonke i ja ubierac, nie chcialam przedluzac tego mometu, bo Victorcio juz nie mogl sie doczekac. Jako, ze w moj grafik pracy nie przewidywal  wolnego na najblizszy czas, pojechali sami.  Wracalam z prac.  Jak zobaczylam oswietlona choinke
przez okna naszego domu to …to wszystkie, ale to wszystkie troski i problemy zniknely jak pod dotknieciem rozzczki. Pieknie jest w naszym domu. Choinka przerosla moje oczekiwania. Jako, ze maz moj zwykle stara sie wybrac mniejsza niz ja bym chialala - zdjecie swiateczna z przed 3 lat, choinka naszej wielkosci, wygladamy komicznie, my wielkoludy, tudziez choinka karze, tak wiec instrulowlam mojego synka, “misiu pamietaj duza wybiez, jak tatus stanie kolo niej, zeby byla wieksza od niego”.  Jako, ze rozmiary, dlugosci i tego typu rzeczy to jeszcz zbyt komplikowane dla mojego 6 latka, dosc trudno bylo sie porozumiec. W koncu moje dziecko zrobilo obliczenia,  pomiary, pomyslal i stwierdzil, “wiem, zeby byla taka duza jak tata z lampa na glowie”.  Tak wiec mamy taka. Do samego sufitu!  i nawet trzeba bylo 
troszeczke jeszcze przyginac czubek. Udekorowali ta pieknosc razem z moja Mama i cudo stoi. Tatus dolecial do nas z Polski przed paroma dniami i dopomogl w dekoracji domu i werandy. Wczoraj jeszcze i ja pare akcentow swiatecznych dorzucilam, kartki swiateczne porozwieszalam. O jak sie swiatecznia zrobilo! List do Swietego Mikolaja zostal napisany  dokladnie 1 Grudnia!, ciasteczka sa upieczone, kartki rozeslane, oplatek z Polski przylecial, prezenty…..nie mam pojecia. Kupuje i odkladam na strych i juz sama nie wiem co mam, i dla kogo,. Nie mamy jeszcze menue na swieta, a co za tym idzie listy zakupow. W tym roku beda znowu podwojne Swieta, zreszta jak juz chyba zawsze. 24 grudnia Polska Wigilja, tradycyjna z aniolkiem przynoszacym prezenty, a 25 Amyeryknskie Swieta z indykiem, Mikolajem i swiatecznym gwarem. Teksanscy tesciowie dolecieli wczoraj. Jeszcze dzisiejszy dyzur, 2 dni pracy i mam wolne! I Swieta, Swieta, Swieta. 

piątek, 11 grudnia 2015

O smutku. Czyli kiedy umiera nadzieja.

Wlasnie  w takich chwilach boli najbardziej. W takich momentach w srodku nocy, kiedy ciemnosc przygniata, a mysli staja sie glosniejsze i bardziej wyraziste. Natretne.  
Wtedy boli najbardziej. Chociaz zawsze boli. I choc straszna  to prawda, to jednak prawda, ze czlowiek uczy sie z tym zyc. Nie wiem, czy bol lagodnieje. Moze.
4 tygodnie temu serduszko mojego nienarodzonego dziecka przestalo bic. Jednego dnia dane nam bylo zobaczyc nasze przyszle dziecko, glowka, raczki i nozki, i to bijace serduszko. Tydzien pozniej bylo, ale juz nie bilo. Tym razem mialm szczescie pobyc jego mama przez 11 tyodni. Juz prawi, juz  tuz tuz, i przekroczylabym ta magiczna liczbe 12 tygodni, kiedy to mozna w miare smialo obwiescic swiatu, ze zostaniemy znowu rodzicami. Planowalm obwiescic ta nowine w Wigilie….
“Cos sie dzieje po cos”. “Nic sie nie dzieje bez przyczyny”. Jak rowniez “wszystko ma sens”…..Tak. Dwojka moich dzieci postanowila  pozostac w innym wymiarze. Boli. W noce takie jak ta, w myslach ide krok po kroku przez wszystkie te dni pelne szczescia i nadzieji i analizuje gdzie popelnilam blad. Czego bylo za duzo, czego  bylo za malo. Czy na prawde musialam wypic ta kawe? A sushi?! Przeciez wiedzialam, ze nie powinnam byla go jesc! Czy gdybym nie napisala tego zgryzliwego sms-a do T z poczekalni, to moze to by sie nie wydazylo. Dlaczego. Dlaczego???? Za duzo stresu w pracy, ba za wogole za duzo pracy, tak, pewnie i tak… ale zeszlym razem wydarzylo sie to na wakacjach!  Wciaz mam przed oczami widok tych gor. Odjerzdzalam myslac, moje dziecko wybralo to miejsce, zeby pozostac. Pieknie tam bylo. Ale przeciez ja mam tyle  milosci w sobie, ktorach chcialm  mu/im dac!!!! Dlaczego moje dzieci nie chcialy dolaczyc do nas?!

Wybieram zabawki na choinke. Biore do reki i odkladam. Korci mnie, zeby kupic i po jendej dla nich. Jeby jakos fizycznie zaakcentowac fakt, ze sa!!!! JA wiem, ze sa! nie moge ich dotknac, ale one sa i beda, zawsze czescia mnie. …..Och zeby ta noc dobiegla juz konca. W dzien sa te mysli bardziej ulozone, oswojone. 

niedziela, 6 grudnia 2015

Zmiany.

Ta mgla fascynuje mnie co rano...
Zima. Jesien. Wisona. Lato. Znowu jesien przeminela. Kolejna zima juz….zmiany, przemiany, rozstania i powroty, przeprowadzki, wiele radosci i jeden ogromny smutek. Zycie.
Nie pisalm ponad rok. Podchodzilam, zaczynalam, mam parenascie notatek rozpoczetych, do ktorych pewnie juz nie wroce, a na pewno juz nie w szczegolach. Szkoda, ale tyle sie dzieje. Dobrego sie dzieje. Dostalam sie na moj wymarzony staz. Moze nie w wymarzonym miescie, ale nie jest zle. 2 godziny od Bostonu to nie kniec swiata. Pojechalam na rozmowe wstepna  w polowie stycznia, (zdazylam jeszcze przed zima stulecia), i zakochalam sie od pierwszego wejrzenia. W szpitalu, w ludziach, w miasteczku, w gorzystej okolicy. I choc powiedziano mi, ze jest 1400 kandydatow, z tego 2 osoby juz zostaly wybrane, opuszczalam z przekonaniem ze tam wroce. I wrocilam!!!! Ordynator zadzwonil do mnie po 5 dniach (podczas ktorych zasypialam i budzilam sie z telefonem w reku) i zaoferowal mi kontrakt na 4 lata. W wieku 41 zawalczylam i wygralam. Trojka moich nowych kolegow (bo jest nas 4) ma 27-28 lat. Tak po latach, po drodze pelnej zakretow zaczyelam od nowa. Nowa spcjalizacja,180 stopni Od skalpela,po fotelik. Tak wiec brzliwie nam ten rok uplywa. Nowa praca pociagnela uza soba sznureczek zmian. Przeprowadzka, ale najpierw rozlaka na 3 miesiace, T konczyl swoja prace w Bostonie, Victor konczyl przedszkole i zostal z nim, bo nasze mieszkanie nie bylo jeszcze gotowe, a potem i tak musielismy szukac nowego, bo wlasciciel sie rozmyslil. Musialam  WKONCU!!!! zrobic prawo jazdy, kupno samochodu. Sterta papierow, podan do wypelnienia, telefonow do wykonania, wymeldowan, przemeldowan ect.
Zeby przeciwstawic sie ogolnej opini, ze psychiatrzy nie sa prawdziwymi lekarzami, moja rezydentura wymag 6 miesiecy na internie/neurologi i OIOMie. Tu wlasnie spedzilam/spedzam moje pierwsze miesiace pracy, ktore koncza sie dokladnie za 9 dni (w tym 5 nocy, brrrrr).  Jeszcze 9 dni intensywnej terapi i powrot na psychiatrie, gdzie w sumie oczekuje mnie duzo, duzo noweg, bo do tej pory to sie “w salach operacyjnych raczej obracalam”. Tak sie juz ciesze! Mam tyle pomyslow i planow, i projektow naukowych ktore mam nadzieje urzeczywistnic.
 
Chlopaki adaptuja sie.
T…nie jest mu latwo. T zakonczyl swoj project w Bostonie, no i zostal Panem Mama. Ciezki orzech do zgryzienia. Przez pierwsze pare misesiecy to bylo nawet fajnie, bylo lato, oferty pracy przychodzily, podnosilo sie poprzeczke i wymagania, ale teraz…..napiecie.  Jezdzi na rozmowy kwalifikacyje, juz coraz rzadziej i widze jak gsnie powoli.  W zeszlym tygodniu pojawil sie przy sniadaniu bez brody, ktora ma od lat!, zeby wygladac mlodziej przy rozmowie o prace. Tak mi sie go zal zrobilo! Zdaje sobie sprawe, ze jak nie znajdzie czegos przez nastepmne pare miesiecy to nie bedzie juz dla niego powrotu w swiecie naukowym. A przynajmniej nie na takim poziomie do jakiego byl przyzwyczajony. Chociaz, mnie tez dawano male szanse….

Victorzasty. Nowe przedszkole. Nowe znajomosci, a wlasciwie to ich brak. Bo wszyscy przyjaciel jego, a co jest rownoznaczne, ze i nasi, bo cala nasza pczka poznala sie i trzymala “przez dzieci”, zostali w Bostonie.  Teraz Misiasty wsiada rano do duzego zoltego autobusu i odjezdza. Taki jest wtedy malutki! Jak stoi ze swoim plecaczkiem w minionki…. Nie znamy dzieci z klasy, nie znamy ich rodzicow..Jestesmy w kontakcie z nauczycielka, ale osobistych kontaktow nie nawiazlismy.  Jeszcze. Za dziesiec dni…jak tylko skonczy sie ten maraton w szpitalu. I jak sie odespie. 


wtorek, 28 października 2014

Halloween.

Wybieralismy dzis dynie. Duza, na lampion. Mniejsze, osobiscie zebrane z pola przez Misiastego juz od dawna ozdabiaja nam kuchnie. Bylismy umowieni, ze zaraz po przedszkolu idziemy ja kupic i do dziela. Umknal mi zupelnie fakt wagi. Misiasty juz tak sie cieszyl na to popoludnie, ze nie mialm serca mu odmowic. Tak wiec targalismy sie z prawie 10 kilogramowym warzywem przez pol miasta. Wyszla wspaniale. (A ja zarzucilam tabletki przeciwbolowe, bo mi “szyje wykrecilo” od tego dzwigania.)

Zblilza sie Halloween. Od paru tygodni
szkielety, czaszki, czrownice, nietoperze, pajeczyny i pajaki zdominwaly scenerie Bostonu. Przyznaje, ze ladnie sie to wkomponowalo w jesienno-pomaranczowo krajobraz. Dynie stoja obowiazkowo przed domami, na schodach, przy furtkach, na stoliczkach w ogrodzie. Maja wydrazone buzie “na straszno” lub “na wesolo” w zaleznosci od wyobrazni i technicznych zdolnosci. W srodku pali sie swieczka, co wieczorami jeszcze bardziej poteguje effect “strasznosci” (tak na niby). Mowi sie na nie - Jack-o'-lantern, a swiatelko w srodku ma symbolizowac błędne ogniki uważane za dusze zmarłych. Tematem numer jeden na podworku i w szkole, jest jaki kostium sie bedzie mialo w tm roku, na ktorej ulicy bedzie sie chodzic i z kim. Nie-posiadacze dzieci zaopatruja sie kilogramami w cukierki w oczekiwaniu na wedrownikow. Tradycja nakazuje, by po zmierzchu, w przebraniu pukac do drzw z tradycyjnym okrzykiem “trick or treat” (cukierek czy psikus). Halloween is uwazany za dzien w ktorym zaciera sie granica miedzy swiatem Zywych i Zmarlych. Duchy przodkow sa zapraszane do domow, a zle duchy zas odstraszane wlasnie poprzez kostiumy i rozne symbole typu pajeczyny ect. Nazwa Halloween jest skrotem od „All Hallows' Eve”, czyli wigilia, przeddzien Wszystkich Swietych.

Co ladne po zmierzchu nie zawsze ciekawe w neonowym swietle sieciowki. Plastikowa masa czaszek rodem z serca Chin jest ( jak sie nie jest w humorze) zalosna i niesmaczna. Wieje kiczem, tandeta, bezgusciem. Czekoladki, ciastka, swieczki, lalki sa przerobione na-halloweenowo-strasznie.  Ale gdy zapada zmierzch...........to wszystko ma swoj urok. Najbardziej rozbrajaja mnie ledwo co chodzace dzieciaczki, ktore to popychane przez rodzicow staja pod drzwiami nie za bardzo wiedzac co maja zrobic. Jak "pies pawlova" reakcja nastepuje automatycznie, gdy otworza sie drzwi i
pod nosek podstawi sie miseczke (w ksztalcie czaszki) z cukierkami. Garsc cukierkow wedruje to torby-dyni i karawana ciagnie dalej. Pamietam jak Victorcio mial 3 latka, byl juz tak zmeczony tym chodzeniem, nie mniej jednak “zew krwi” i parl dalej, do nastepnych drzwi, ze w jedym z domow po prostu osunal sie na kolana i kleczac wyszeptal “cukierek czy psikus”. Jest to tez jedyny dzien w roku kiedy dzieci nie chca, zeby dorosli nosili za nimi torby (torby-dynie), bo moze sie zdarzyc, ze jak taka Mama, czy Tata na chwile przejmie torbe, to cukierkow ubedzie.

Halloween juz w piatek. Jestesmy w goracje fazie przygotowan. Kostium wisi w szafie juz od 4-5 tygodni, jest regularnie wyciagany, ogladany, przymierzany i szybko chowany, jak koledzy wpadna do zabawy. Bylismy juz “dynia”, tygryskiem”, “rekinem”, “Spider man’em”, oczywiscie nie trudno sie domyslec tegorocznego kostiumnu – zlow Nanjago. Coroczna impreza halloweenowa jak zwykle u Alison&Co. Dawniej spotykalismy sie i najpierw byla zabawa w domu , a potem szlismy na “trick and treat”. Teraz jest za duzo emocji i dzieciaki nie moga sie juz doczekac, wiec najpierw chodzimy od drzwi do drzwi, a potem powrot do Alison na pizze, liczenie cukierkow, wymiana cukierkow ect.

Lubie ten dziwny dzien/wieczor. Ludzie spaceruja, odwiedzaja sie, siedza przed domami, jest wiele rozmow, smiechu. Wokolo pala sie swieczki, lampiony, domy sa udekorowane i pooswietlane, dzieciaki szaleja. Jakis taki ogolny nastroj radosci pomieszany z tajemniczoscia. Oby pogoda dopisala.




czwartek, 16 października 2014

Król Ryszard Lwie Serce i my.

W zeszly poniedzialek obchodzilismy Dzien Kolumba. Poleglo to na tym, ze mielismy wolne i nie poszlismy do szkoly i pracy. Na pytanie jak sie obchodzi Dzien Kolumba moj maz nie umial znalezc odpowiedzi. Niemniej jednak zaintrygowal nas tamtego ranka propozycja wyjazdu na (z braku lepszego slowa przetlumacze to jako) Festyn Krola Ryszarda. Niecala godzine drogi od Bostonu, w “historycznym lesie”, bo tu przybyli pierwsi pielgrzymi z Europy, tu wlczyli o przetrwanie i zmagajac sie ze sroga zima Nowej Anglii bududowali pierwsze osady.

Dlaczego Krol Ryszard, a nie Kolumb czy Lincoln nie wiem, nie istotne. Wazne jest to, ze bawilismy sie fantastycznie. W zlocistym lesie, bo po zieleni pozostalo jedynie wspomnienie, byly podbudowane roznego rodzaju zamki, szalasy, chatki, lochy!!!! wiezyczki, zagrody itp. Miedzy nimi swietnie wkomponowane byly male amfiteatry, pole do walki dla rycerzy Krola Ryszarda - a jakze!, kuznia albo raczej kuznie do wyrobu zbroji, mieczy, nozy; lochy z manekinami demonstrujacymi sredniowieczne trortury. Zagrody-sklepiki w ktorych mozna bylo nabyc rzeczy niezwykle wazne typu drewniane miecze, starodawne suknie, kapelusze, wianki, zbroje, kufle ect. Mala zagroda z malymi (3 miesiecznymi) lwami. Atrakcje dla dzieci typu hmm….nie przychodzi mi do glowy inne slowo jak karuzela, ale to nie byla zwyczajna karuzela, bo siadalo sie na hamakach. Napedzane to bylo recznie, kazda osoba byla
“odrecznie” zakrecana.  Albo wspinanie sie na drabinie zrobionej ze sznurka, z miekkim ladowaniem w sianie, jako, ze tak zgrabnie byla zrobiona, ze niemozliwoscia bylo sie na niej utrzymac – w tym miejscu Victor oszalal z radosci! Zreszta nie bylo to tylko dla dzieci. Dorosli bawili sie rowniez. Walenie mlotem, slizganie kufli, okladnie sie workami z sianem, puszcznie ogromnych baniek, jazda konna. Mnie najbardziej przypadl do gustu maly zagajnik, w ktorym to zawiazywalo sie na galeziach nitke welny wypowiadajac przy tym zyczenie. A ze festyn trwa juz dwa, czy nawet trzy tygodnie, nazbierala sie ich ogrona ilosc. Sprawialo to fantastyczne wrazenie, takie welenki-pajeczynki poruszane wiatrem. Czulo sie tam, jakby marzenie sie wlasnie spelnialo.  Na malych scenkach rozgrywaly sie skecze, sztuczki, lykanie ogni ect. Victorcio najbardziej upodobal sobie amfiteatr w ktorym dwie kobiety w starodawnych sukniach robily….pranie. Tak “po dawnemu” . Spiewajac przy tym, tanczac, pryskajc sie nawzajem woda, jak rownie oblewajc publicznosc i animujac nas do oklaskow, tancow, okrzykow, bo jak nie to ….” to mokra szmata w leb”. Siedzielismy wiec na drewnianych  lawach w lesie, spryskani, rozesmiani, na nami powiewaly sznury z bielizna rozwieszona miedzy dzewami. Co jeszcze? Wiekszosc ludzi byla poprzebierana!!!!! I to nie byle jak na odczepne, jakas tam chustka, czy scyzoryk. Widac bylo, ze jest to dopasowane do opoki historycznej. Po prostu “jak w bajce”. W tym wszystki, jakze by zabraklo smakolykow. Oczywiscie przebojem byly udzce. Zgrillowane i serwowane…do reki. Ok, no z serwetka:) Nasze dziecko choc chlonelo i probowalo wszystko, bylam nawet zaskoczona jak dzielnie wparowal do lochu - myslam ze wyskoczy stamtad bardzo szybko, bo nie lubi ciemnosci, a on nie dosc, ze przeszedl z usmiechem i zaciekawieniem, to chcial tam isc po raz drugi! Jednak jesli chodzi o kwestie jedzenia, to niestety nie dalo sie Misiastego usredniowiecznic. Coz…..chcial popcorn. Dostal popcorn. Maz “szarpal” mieso. Mysle, ze sie w nim jego angielscy, ponoc rycerscy przodkowie odezwali. Opowiadal mi, ze kiedys Babcia jego w poszukiwaniu korzeni i doszukala sie przodkow, ktorzy przybyli z Anglii, Nawet herb rodzinny zostal odnaleziony. Z lwami! Nazwisko mamy zreszta bardzo angielskie. Musze sie wlasciwie tym zainteresowac, bo lubie takie historie, a ze nazwisko tez mi “przypadlo w udziale” to warto by wiedziec cos wiecej.

Wracalismy do domu poznym jesiennym popoludniem, po drodze podziwiajac ilosc odcieni zolci i czerwieni. Jesien w pelnym rozkwicie, a wlasciwie powinnam powiedziec przekwiecie. Nie jestem fanka tej pory roku, ma w sobie jaki taki smutek przemijania, ale nie moge oprzec sie, ani zaprzeczyc jej piekna.

Krola Ryszarda widzielismy tylko przez chwilke, jako ze zajety byl konnymi rozgrywkami ktore szczerze znudzily Victora. Przed chwila zerknelam, dlaczego krol Ryszard dostal przydomek Lwie Serce. Podczas powrotu z krucjaty zostal pojmany przez krola Austrii i oddany w niewole cesarzowi Henrykowi VI, w ktorej spedzil 2 lata. Tam powstala ta legenda, ktora mowi, ze do celi Ryszarda wpuszczono lwa. Krol nie tylko sie nie przestraszyl, ale tez dzielnie wepchnal lwu reke do paszczy i wyrwal serce. Po czym minawszych oniemialych straznikow celi, stawil sie na uczcie w palacu gdzie zazadal soli i z nia zjadl wyrwane serce.







niedziela, 12 października 2014

Zauważaj znaki


Życie pędzi, a my wraz z nim. Srtaram sie wyhamowac, chociaz nie zawsze to wychodzi. Nieraz musze sobie przypomniec. Juz po raz drugi zostalam “upomniana”. Tak sie do tego odnosze. Tak, traktuje to jako upomnienie, swego rodzaju przestroge, wskazowke. Bolesna co prawda. Bardzo bolesna. Juz drugi raz, koniec lata…..bum!!!!!!!!!! Zeszloroczny bol chyba nigdy nie zdolam zaleczyc, nie chce tez. Nie chce zapomniec. Na szczesie mam zdjecie. Mnie, z tego parotygodniowego okresu nadzieji. Powinnam byla wziasc to jako przestroge i brdziej zadbac o siebie, swoich blizkich. Ale nie. Ja znowu z bolem serca i duszy rzucila sie do wlaki o “lepsze zycie”. Wedlug mojego scenariusza.

Lato mielismy cudowne tego roku. Radosne, sloneczne, rodzinne i szczesliwe. Wakacje, weekenowe wypady, spotknia z przyjaciolmi, grille, wyjscia na basen. Zaczelam prace naukowa w swietnym labolatorium i w końcu! w temacie ktory mnie od zawsze interesowal. Victor konczyl jedno przedszkole zaczynal drugie, maz tez mial swoje projekty. Znowu zblizal sie termin na skladanie podan o rezydenture – ten stres, rozczarowanie, ktore tak mnie wykonczyly w zeszly roku. Gdzies w tym pieknym, ale tez zabieganym lecie, byl telefon od lekarza, ze cos nie tak, ze mam wrocic na dodatkowe badanie. Bagetelizowalam, przesuwalam pare razy. W koncu bylo mi po drodze, wiec “wpadlam” na biopsje, zegnajac sie do zobaczenia za rok przy nastenej rutynowej kntrolii…….Ja, zawsze raczej “z tych przejmujacy sie” tym razem robilam jeszcze glupie zarty, ze planuje dobre wyniki, bo kompletnie nie mam czasu na inna opcje. O well……”Cos brzydkiego zanlezlismy- cervix adeocarcinoma in situ, prosze jak najszybciej wrocic do szpitala” uslyszalam pewnego dnia w sluchwce, biegajac z Victorkiem na placu zabaw. Niewiele pamietam z tego popoludnia. Potem wszystko potoczylo sie bardzo szybko. Termin u lekarza, pare dni pozniej zabieg. Po zabiegu dostalam histerji. Lekarka osobiscie siedziala przy mnie trzymajac mnie za reke i powtarzajac  “placz, wyrzuc z siebie wszystko, to pomoze”. A nagromadzilo sie tego troche. Pielegniarki dzwonily po meza. Wsiadalam do samochodu zdrowsza, lzejsza.  Oczekiwanie na wyniki, paraliz emocjonalny. I znowu telefon na placu zabaw. Jest dobrze! wszystko wyciete, stadium zerowe, bez inwazji, glebsze biopsje negatywne. Nie potrzebna jest dodatkowe terapia. Przez pierwszy rok co 3 miesiace do kontroli. Nawazniejsza bedzie nastepna, w grudniu, czy tkanka ktora odrasta jest zdrowa. Mialam jeszcze kontrole czy wszystko goi sie poprawnie ( tak) i dluga rozmowe z moja wspaniala pania ginekolog o czarnej skorze i koralikach na kilkudziesieciu warkoczykach. Lakarce, ktora dala mi Victora, a teraz zycie na nowo. Rozmowe o wyciszeniu sie, odpuszczeniu sobie i innym, o zatrzymaniu sie, o nauczeniu sie delikatnosci w stosunku do siebie. Wszystko to, co niby wiesz. Teoretycznie.

Juz drugi raz dostalam przestroge od losu. Dostalam kiedys od mojej Mamy Anielskie karty. Czesto sobie wyciagam jedna czy tez pare i czytam. Jak sobie mysle o tych paru miesiacach wstecz, to przypominaja mi sie wlasnie takie przeslania, ktorych za nic nie mogla zrozumiec. Ja tu (w myslach) o pracy, rezydenturze, applikacjach, a Anioly mi mowia o “swiezym powietrzu”, “powrocie do korzeni”, “zblizeniu sie do natury”. Teraz juz rozumiem. Traz juz inne przeslania dostaje :)

Najwazniejsza lekcja z tych dwoch historji: Moj Maz. Zarówno w zeszle lato jak i w te jakos sie tak nijako zrobilo. Niby nie zle, ale przestalm go zauwazac, skupiona bardziej na (tej cholernej) probie powrotu do medycyny. Zaczelam coraz bardziej w myslach skupiac sie na tym czego nie mamy, exponwac negatywy.  W obydwu razach maz mnie nie tylko nie zawiodl, ale bez niego, nie wim czy dala bym rade. Po ciuchu, niby z boku, podpieral. Potrzymal za reke krociutko, ale wymownie. Dyskretnie polozyl kwiaty. Powiedzial, ze przykro mu, ze musze przez to przejsc. Byl. Jest. Jestem szczesciara. Wyszlam za maz za wspanielego czlowieka. Wiec po czesci nie chce zapomniec tych sytuacji, bo nieraz na codzien zdarza mi sie znowu przyspieszyc, zachlannie rzucac sie i wyciskac od losu co sie da.

Czuje sie dobrze, lzejsza. Obejmuje T czesto bez powodu. Zawsze to robilam, ale coraz rzadziej i machinalnie. Victorcia to od zawsze zacalowywalam. Dzis po raz pierwszy od dluzszego czasu poszlam pobiegac (mialam zakazane do tej pory). Chlonelam slonce, odblaski na rzece, spadajace liscie. Wrocilam do domu. Mojego Domu. Mojej Rodziny. T i Victorcio. Rodzice przylatuje na Wigilje. I tesciowie.….Jaka radosc!!!