piątek, 1 stycznia 2016
Noworocznie.
I juz mamy 1 stycznia. Noc Sylwestrowa, noc szczegolna juz za nami. Zagladamy przez ramie, zerkamy w tyl, a jednoczesnie przyspieszamy kroku. Podliczamy, wyciagamy wnioski, kontemplujemy, moze i nieraz probujemy zapomniec. Bilans, podsumowanie. Jest juz za pozno, nie jest za pozno. Nowy rozdzial, niezapisana kartka, nowy zakret i nowa nadzieja. Stary Rok wielkimi krokami odchodzi w mrok. Dziekuje. Byles wspanialy. Jestem wdzieczna za kazda sekunede 2015 roku. Nawet ta najsmutniejsza, Aniolku Ty Moj. A najbardziej dziekuje za Rodzine, ta najblizsza i ta dalsza, za Przyjaciol, tych obok mnie i tych za Oceanem, za Kolegow i Wspolpracownikow, starych i nowych. Jestescie swiatlem i esencja mojego zycia. Zycze Wam, zycze Nam zdrowia i spelnienia tych najskrytszych marzen, no i moze odrobiny wiecej spokoju. Badz Nam kontynuacja dobrej passy, badz nam pomyslny 2016 Roku! A ponad to... kocham Cie Zycie!
czwartek, 24 grudnia 2015
Wigilijnie.
Ta wiglilijna, cicha noc ma w sobie niezwyka moc. Wiec zycze Wam wszystkim kochani, w te najpiekniejsza noc w roku, Noc Bozego Narodzenia, samych radosnyc chwil w rodzinnej atmosferze milosci i zrozumienia. Niechaj te Swieta beda przepelnione cieplem i spokojem. A nadchodzacy Nowy Rok pelen milosci i sukcesu.
Cicha noc, święta noc,
Pokój niesie ludziom wszem,
A u żłóbka Matka Święta
Czuwa sama uśmiechnięta
Nad dzieciątka snem,
Nad dzieciątka snem.
Pokój niesie ludziom wszem,
A u żłóbka Matka Święta
Czuwa sama uśmiechnięta
Nad dzieciątka snem,
Nad dzieciątka snem.
Cicha noc, święta noc,
Pastuszkowie od swych trzód
Biegną wielce zadziwieni
Za anielskim głosem pieni
Gdzie się spełnił cud,
Gdzie się spełnił cud.
Cicha noc, święta noc,
Narodzony Boży Syn
Pan Wielkiego majestatu
Niesie dziś całemu światu
Odkupienie win,
Odkupienie win.
niedziela, 20 grudnia 2015
Nadchodza Swieta.
Przygotowujemy sie. Choinka, jaka wspaniala! Niestety w
tym roku nie dalismy rady pojechac wszyscy razem wybrac choinke. Ja, oczywiscie
pracowalm. Ten motyw “ja pracowalm/pracuje/beda pracowc” bedzie powtarzal sie
dosc czesto teraz. Tak wiec w pierwszy
grudniowy weekend chlopaki plus moja Mamus pojechali na poszukiwanie
choinki. Jako, ze okolica wciaz nam nie
znana, jezdzili bladzili, trafili wkoncu
na prawdziwa farme, (gdzie mozna bylo nawet samodzielnie wyciacsbie choinka) i przywiezli pieknosc! Wiedzialm o tym planie
i choc tak bardzo lubie kupowac chonke i ja ubierac, nie chcialam przedluzac
tego mometu, bo Victorcio juz nie mogl sie doczekac. Jako, ze w moj grafik
pracy nie przewidywal wolnego na
najblizszy czas, pojechali sami.
Wracalam z prac. Jak zobaczylam
oswietlona choinke
przez okna naszego domu to …to wszystkie, ale to wszystkie
troski i problemy zniknely jak pod dotknieciem rozzczki. Pieknie jest w naszym
domu. Choinka przerosla moje oczekiwania. Jako, ze maz moj zwykle stara sie
wybrac mniejsza niz ja bym chialala - zdjecie swiateczna z przed 3 lat, choinka
naszej wielkosci, wygladamy komicznie, my wielkoludy, tudziez choinka karze,
tak wiec instrulowlam mojego synka, “misiu pamietaj duza wybiez, jak tatus
stanie kolo niej, zeby byla wieksza od niego”.
Jako, ze rozmiary, dlugosci i tego typu rzeczy to jeszcz zbyt
komplikowane dla mojego 6 latka, dosc trudno bylo sie porozumiec. W koncu moje
dziecko zrobilo obliczenia, pomiary,
pomyslal i stwierdzil, “wiem, zeby byla taka duza jak tata z lampa na glowie”. Tak wiec mamy taka. Do samego sufitu! i nawet trzeba bylo troszeczke jeszcze przyginac czubek. Udekorowali ta pieknosc razem z moja Mama i cudo stoi. Tatus dolecial do nas z Polski przed paroma dniami i dopomogl w dekoracji domu i werandy. Wczoraj jeszcze i ja pare akcentow swiatecznych dorzucilam, kartki swiateczne porozwieszalam. O jak sie swiatecznia zrobilo! List do Swietego Mikolaja zostal napisany dokladnie 1 Grudnia!, ciasteczka sa upieczone, kartki rozeslane, oplatek z Polski przylecial, prezenty…..nie mam pojecia. Kupuje i odkladam na strych i juz sama nie wiem co mam, i dla kogo,. Nie mamy jeszcze menue na swieta, a co za tym idzie listy zakupow. W tym roku beda znowu podwojne Swieta, zreszta jak juz chyba zawsze. 24 grudnia Polska Wigilja, tradycyjna z aniolkiem przynoszacym prezenty, a 25 Amyeryknskie Swieta z indykiem, Mikolajem i swiatecznym gwarem. Teksanscy tesciowie dolecieli wczoraj. Jeszcze dzisiejszy dyzur, 2 dni pracy i mam wolne! I Swieta, Swieta, Swieta.
piątek, 11 grudnia 2015
O smutku. Czyli kiedy umiera nadzieja.
Wlasnie
w takich chwilach boli najbardziej. W takich momentach w srodku nocy,
kiedy ciemnosc przygniata, a mysli staja sie glosniejsze i bardziej wyraziste.
Natretne.
Wtedy boli najbardziej. Chociaz zawsze boli. I choc
straszna to prawda, to jednak prawda, ze
czlowiek uczy sie z tym zyc. Nie wiem, czy bol lagodnieje. Moze.
4 tygodnie temu serduszko mojego nienarodzonego dziecka
przestalo bic. Jednego dnia dane nam bylo zobaczyc nasze przyszle dziecko,
glowka, raczki i nozki, i to bijace serduszko. Tydzien pozniej bylo, ale juz
nie bilo. Tym razem mialm szczescie pobyc jego mama przez 11 tyodni. Juz prawi,
juz tuz tuz, i przekroczylabym ta
magiczna liczbe 12 tygodni, kiedy to mozna w miare smialo obwiescic swiatu, ze
zostaniemy znowu rodzicami. Planowalm obwiescic ta nowine w Wigilie….
“Cos sie dzieje po cos”. “Nic sie nie dzieje bez
przyczyny”. Jak rowniez “wszystko ma sens”…..Tak. Dwojka moich dzieci
postanowila pozostac w innym wymiarze.
Boli. W noce takie jak ta, w myslach ide krok po kroku przez wszystkie te dni
pelne szczescia i nadzieji i analizuje gdzie popelnilam blad. Czego bylo za
duzo, czego bylo za malo. Czy na prawde
musialam wypic ta kawe? A sushi?! Przeciez wiedzialam, ze nie powinnam byla go
jesc! Czy gdybym nie napisala tego zgryzliwego sms-a do T z poczekalni, to moze
to by sie nie wydazylo. Dlaczego. Dlaczego???? Za duzo stresu w pracy, ba za
wogole za duzo pracy, tak, pewnie i tak… ale zeszlym razem wydarzylo sie to na
wakacjach! Wciaz mam przed oczami widok
tych gor. Odjerzdzalam myslac, moje dziecko wybralo to miejsce, zeby pozostac.
Pieknie tam bylo. Ale przeciez ja mam tyle
milosci w sobie, ktorach chcialm
mu/im dac!!!! Dlaczego moje dzieci nie chcialy dolaczyc do nas?!
Wybieram zabawki na choinke. Biore do reki i odkladam.
Korci mnie, zeby kupic i po jendej dla nich. Jeby jakos fizycznie zaakcentowac
fakt, ze sa!!!! JA wiem, ze sa! nie moge ich dotknac, ale one sa i beda, zawsze
czescia mnie. …..Och zeby ta noc dobiegla juz konca. W dzien sa te mysli
bardziej ulozone, oswojone.
niedziela, 6 grudnia 2015
Zmiany.
| Ta mgla fascynuje mnie co rano... |
Zima. Jesien. Wisona. Lato. Znowu jesien przeminela.
Kolejna zima juz….zmiany, przemiany, rozstania i powroty, przeprowadzki, wiele
radosci i jeden ogromny smutek. Zycie.
Nie pisalm ponad rok. Podchodzilam, zaczynalam, mam
parenascie notatek rozpoczetych, do ktorych pewnie juz nie wroce, a na pewno
juz nie w szczegolach. Szkoda, ale tyle sie dzieje. Dobrego sie dzieje. Dostalam
sie na moj wymarzony staz. Moze nie w wymarzonym miescie, ale nie jest zle. 2
godziny od Bostonu to nie kniec swiata. Pojechalam na rozmowe wstepna w polowie stycznia, (zdazylam jeszcze przed
zima stulecia), i zakochalam sie od pierwszego wejrzenia. W szpitalu, w
ludziach, w miasteczku, w gorzystej okolicy. I choc powiedziano mi, ze jest
1400 kandydatow, z tego 2 osoby juz zostaly wybrane, opuszczalam z przekonaniem
ze tam wroce. I wrocilam!!!! Ordynator zadzwonil do mnie po 5 dniach (podczas
ktorych zasypialam i budzilam sie z telefonem w reku) i zaoferowal mi kontrakt
na 4 lata. W wieku 41 zawalczylam i wygralam. Trojka moich nowych kolegow (bo
jest nas 4) ma 27-28 lat. Tak po latach, po drodze pelnej zakretow zaczyelam od
nowa. Nowa spcjalizacja,180 stopni Od skalpela,po fotelik. Tak wiec
brzliwie nam ten rok uplywa. Nowa praca pociagnela uza soba sznureczek zmian. Przeprowadzka,
ale najpierw rozlaka na 3 miesiace, T konczyl swoja prace w Bostonie, Victor konczyl
przedszkole i zostal z nim, bo nasze mieszkanie nie bylo jeszcze gotowe, a
potem i tak musielismy szukac nowego, bo wlasciciel sie rozmyslil. Musialam WKONCU!!!! zrobic prawo jazdy, kupno
samochodu. Sterta papierow, podan do wypelnienia, telefonow do wykonania,
wymeldowan, przemeldowan ect.
Zeby przeciwstawic sie ogolnej opini, ze psychiatrzy nie
sa prawdziwymi lekarzami, moja rezydentura wymag 6 miesiecy na
internie/neurologi i OIOMie. Tu wlasnie spedzilam/spedzam moje pierwsze
miesiace pracy, ktore koncza sie dokladnie za 9 dni (w tym 5 nocy, brrrrr). Jeszcze 9 dni intensywnej terapi i powrot na
psychiatrie, gdzie w sumie oczekuje mnie duzo, duzo noweg, bo do tej pory to
sie “w salach operacyjnych raczej obracalam”. Tak sie juz ciesze! Mam tyle
pomyslow i planow, i projektow naukowych ktore mam nadzieje
urzeczywistnic.
Chlopaki adaptuja sie.
T…nie jest mu latwo. T zakonczyl swoj
project w Bostonie, no i zostal Panem Mama. Ciezki orzech do zgryzienia. Przez
pierwsze pare misesiecy to bylo nawet fajnie, bylo lato, oferty pracy
przychodzily, podnosilo sie poprzeczke i wymagania, ale teraz…..napiecie. Jezdzi na rozmowy kwalifikacyje, juz coraz
rzadziej i widze jak gsnie powoli. W
zeszlym tygodniu pojawil sie przy sniadaniu bez brody, ktora ma od lat!, zeby
wygladac mlodziej przy rozmowie o prace. Tak mi sie go zal zrobilo! Zdaje sobie
sprawe, ze jak nie znajdzie czegos przez nastepmne pare miesiecy to nie bedzie
juz dla niego powrotu w swiecie naukowym. A przynajmniej nie na takim poziomie
do jakiego byl przyzwyczajony. Chociaz, mnie tez dawano male szanse….
Victorzasty. Nowe przedszkole. Nowe znajomosci, a
wlasciwie to ich brak. Bo wszyscy przyjaciel jego, a co jest rownoznaczne, ze i
nasi, bo cala nasza pczka poznala sie i trzymala “przez dzieci”, zostali w
Bostonie. Teraz Misiasty wsiada rano do duzego
zoltego autobusu i odjezdza. Taki jest wtedy malutki! Jak stoi ze swoim
plecaczkiem w minionki…. Nie znamy dzieci z klasy, nie znamy ich rodzicow..Jestesmy
w kontakcie z nauczycielka, ale osobistych kontaktow nie nawiazlismy. Jeszcze. Za dziesiec dni…jak tylko skonczy
sie ten maraton w szpitalu. I jak sie odespie.
wtorek, 28 października 2014
Halloween.
Wybieralismy dzis dynie. Duza, na lampion. Mniejsze, osobiscie
zebrane z pola przez Misiastego juz od dawna ozdabiaja nam kuchnie. Bylismy
umowieni, ze zaraz po przedszkolu idziemy ja kupic i do dziela. Umknal mi zupelnie
fakt wagi. Misiasty juz tak sie cieszyl na to popoludnie, ze nie mialm serca mu odmowic. Tak wiec targalismy sie z prawie 10 kilogramowym warzywem przez pol
miasta. Wyszla wspaniale. (A ja zarzucilam tabletki przeciwbolowe, bo mi “szyje
wykrecilo” od tego dzwigania.)
Zblilza sie Halloween. Od paru tygodni
szkielety, czaszki,
czrownice, nietoperze, pajeczyny i pajaki zdominwaly scenerie Bostonu. Przyznaje,
ze ladnie sie to wkomponowalo w jesienno-pomaranczowo krajobraz. Dynie stoja obowiazkowo
przed domami, na schodach, przy furtkach, na stoliczkach w ogrodzie. Maja
wydrazone buzie “na straszno” lub “na wesolo” w zaleznosci od wyobrazni i
technicznych zdolnosci. W srodku pali sie swieczka, co wieczorami jeszcze
bardziej poteguje effect “strasznosci” (tak na niby). Mowi sie na nie - Jack-o'-lantern,
a swiatelko w srodku ma symbolizowac błędne ogniki uważane za dusze zmarłych. Tematem
numer jeden na podworku i w szkole, jest jaki kostium sie bedzie mialo w tm
roku, na ktorej ulicy bedzie sie chodzic i z kim. Nie-posiadacze dzieci
zaopatruja sie kilogramami w cukierki w oczekiwaniu na wedrownikow. Tradycja
nakazuje, by po zmierzchu, w przebraniu pukac do drzw z tradycyjnym okrzykiem “trick
or treat” (cukierek czy psikus). Halloween is uwazany za dzien w ktorym zaciera
sie granica miedzy swiatem Zywych i Zmarlych. Duchy przodkow sa zapraszane do
domow, a zle duchy zas odstraszane wlasnie poprzez kostiumy i rozne symbole typu
pajeczyny ect. Nazwa Halloween jest skrotem od „All Hallows' Eve”, czyli
wigilia, przeddzien Wszystkich Swietych.
Co ladne po zmierzchu nie zawsze ciekawe w neonowym swietle
sieciowki. Plastikowa masa czaszek rodem z serca Chin jest ( jak sie nie jest w
humorze) zalosna i niesmaczna. Wieje kiczem, tandeta, bezgusciem. Czekoladki,
ciastka, swieczki, lalki sa przerobione na-halloweenowo-strasznie. Ale
gdy zapada zmierzch...........to wszystko ma swoj urok. Najbardziej rozbrajaja mnie
ledwo co chodzace dzieciaczki, ktore to popychane przez rodzicow staja pod drzwiami
nie za bardzo wiedzac co maja zrobic. Jak "pies pawlova" reakcja nastepuje
automatycznie, gdy otworza sie drzwi i
pod nosek podstawi sie miseczke (w
ksztalcie czaszki) z cukierkami. Garsc cukierkow wedruje to torby-dyni i karawana
ciagnie dalej. Pamietam jak Victorcio mial 3 latka, byl juz tak zmeczony tym
chodzeniem, nie mniej jednak “zew krwi” i parl dalej, do nastepnych drzwi, ze w
jedym z domow po prostu osunal sie na kolana i kleczac wyszeptal “cukierek czy
psikus”. Jest to tez jedyny dzien w roku kiedy dzieci nie chca, zeby dorosli nosili
za nimi torby (torby-dynie), bo moze sie zdarzyc, ze jak taka Mama, czy Tata na
chwile przejmie torbe, to cukierkow ubedzie.
Halloween juz w piatek. Jestesmy w goracje fazie
przygotowan. Kostium wisi w szafie juz od 4-5 tygodni, jest regularnie
wyciagany, ogladany, przymierzany i szybko chowany, jak koledzy wpadna do
zabawy. Bylismy juz “dynia”, tygryskiem”, “rekinem”, “Spider man’em”,
oczywiscie nie trudno sie domyslec tegorocznego kostiumnu – zlow Nanjago. Coroczna impreza halloweenowa jak zwykle u Alison&Co. Dawniej spotykalismy
sie i najpierw byla zabawa w domu , a potem szlismy na “trick and treat”. Teraz
jest za duzo emocji i dzieciaki nie moga sie juz doczekac, wiec najpierw
chodzimy od drzwi do drzwi, a potem powrot do Alison na pizze, liczenie cukierkow,
wymiana cukierkow ect.
Lubie ten dziwny dzien/wieczor. Ludzie spaceruja, odwiedzaja
sie, siedza przed domami, jest wiele rozmow, smiechu. Wokolo pala sie swieczki,
lampiony, domy sa udekorowane i pooswietlane, dzieciaki szaleja. Jakis taki
ogolny nastroj radosci pomieszany z tajemniczoscia. Oby pogoda dopisala.
czwartek, 16 października 2014
Król Ryszard Lwie Serce i my.
W zeszly poniedzialek obchodzilismy Dzien Kolumba. Poleglo to
na tym, ze mielismy wolne i nie poszlismy do szkoly i pracy. Na pytanie jak sie
obchodzi Dzien Kolumba moj maz nie umial znalezc odpowiedzi. Niemniej jednak zaintrygowal
nas tamtego ranka propozycja wyjazdu na (z braku lepszego slowa przetlumacze to
jako) Festyn Krola Ryszarda. Niecala godzine drogi od Bostonu, w
“historycznym lesie”, bo tu przybyli pierwsi pielgrzymi z Europy, tu wlczyli o
przetrwanie i zmagajac sie ze sroga zima Nowej Anglii bududowali pierwsze osady.
Dlaczego Krol Ryszard, a nie Kolumb czy Lincoln nie wiem, nie
istotne. Wazne jest to, ze bawilismy sie fantastycznie. W zlocistym lesie, bo po
zieleni pozostalo jedynie wspomnienie, byly podbudowane roznego rodzaju zamki,
szalasy, chatki, lochy!!!! wiezyczki, zagrody itp. Miedzy nimi swietnie
wkomponowane byly male amfiteatry, pole do walki dla rycerzy Krola Ryszarda - a
jakze!, kuznia albo raczej kuznie do wyrobu zbroji, mieczy, nozy; lochy z
manekinami demonstrujacymi sredniowieczne trortury. Zagrody-sklepiki w ktorych
mozna bylo nabyc rzeczy niezwykle wazne typu drewniane miecze, starodawne
suknie, kapelusze, wianki, zbroje, kufle ect. Mala zagroda z malymi (3
miesiecznymi) lwami. Atrakcje dla dzieci typu hmm….nie przychodzi mi do glowy
inne slowo jak karuzela, ale to nie byla zwyczajna karuzela, bo siadalo sie na
hamakach. Napedzane to bylo recznie, kazda osoba byla
“odrecznie”
zakrecana. Albo wspinanie sie na
drabinie zrobionej ze sznurka, z miekkim ladowaniem w sianie, jako, ze tak
zgrabnie byla zrobiona, ze niemozliwoscia bylo sie na niej utrzymac – w tym
miejscu Victor oszalal z radosci! Zreszta nie bylo to tylko dla dzieci.
Dorosli bawili sie rowniez. Walenie mlotem, slizganie kufli, okladnie sie
workami z sianem, puszcznie ogromnych baniek, jazda konna. Mnie najbardziej
przypadl do gustu maly zagajnik, w ktorym to zawiazywalo sie na galeziach nitke
welny wypowiadajac przy tym zyczenie. A ze festyn trwa juz dwa, czy nawet trzy
tygodnie, nazbierala sie ich ogrona ilosc. Sprawialo to fantastyczne wrazenie,
takie welenki-pajeczynki poruszane wiatrem. Czulo sie tam, jakby marzenie sie wlasnie
spelnialo. Na malych scenkach rozgrywaly
sie skecze, sztuczki, lykanie ogni ect. Victorcio najbardziej upodobal sobie
amfiteatr w ktorym dwie kobiety w starodawnych sukniach robily….pranie. Tak “po
dawnemu” . Spiewajac przy tym, tanczac, pryskajc sie nawzajem woda, jak rownie
oblewajc publicznosc i animujac nas do oklaskow, tancow, okrzykow, bo jak nie
to ….” to mokra szmata w leb”. Siedzielismy wiec na drewnianych lawach w lesie, spryskani, rozesmiani, na
nami powiewaly sznury z bielizna rozwieszona miedzy dzewami. Co jeszcze?
Wiekszosc ludzi byla poprzebierana!!!!! I to nie byle jak na odczepne, jakas tam
chustka, czy scyzoryk. Widac bylo, ze jest to dopasowane do opoki historycznej.
Po prostu “jak w bajce”. W tym wszystki, jakze by zabraklo smakolykow. Oczywiscie
przebojem byly udzce. Zgrillowane i serwowane…do reki. Ok, no z serwetka:) Nasze dziecko choc
chlonelo i probowalo wszystko, bylam nawet zaskoczona jak dzielnie wparowal do
lochu - myslam ze wyskoczy stamtad bardzo szybko, bo nie lubi ciemnosci, a on nie dosc, ze przeszedl z
usmiechem i zaciekawieniem, to chcial tam isc po raz drugi! Jednak jesli chodzi
o kwestie jedzenia, to niestety nie dalo sie Misiastego usredniowiecznic.
Coz…..chcial popcorn. Dostal popcorn. Maz “szarpal” mieso. Mysle, ze sie w nim jego
angielscy, ponoc rycerscy przodkowie odezwali. Opowiadal mi, ze kiedys Babcia
jego w poszukiwaniu korzeni i doszukala sie przodkow, ktorzy przybyli z Anglii,
Nawet herb rodzinny zostal odnaleziony. Z lwami! Nazwisko mamy zreszta bardzo
angielskie. Musze sie wlasciwie tym zainteresowac, bo lubie takie historie, a
ze nazwisko tez mi “przypadlo w udziale” to warto by wiedziec cos wiecej.
Wracalismy do domu poznym jesiennym popoludniem, po drodze
podziwiajac ilosc odcieni zolci i czerwieni. Jesien w pelnym rozkwicie, a
wlasciwie powinnam powiedziec przekwiecie. Nie jestem fanka tej pory roku, ma w
sobie jaki taki smutek przemijania, ale nie moge oprzec sie, ani zaprzeczyc jej
piekna.
Krola Ryszarda widzielismy tylko przez chwilke, jako ze
zajety byl konnymi rozgrywkami ktore szczerze znudzily Victora. Przed chwila
zerknelam, dlaczego krol Ryszard dostal przydomek Lwie Serce. Podczas powrotu z
krucjaty zostal pojmany przez krola Austrii i oddany w niewole cesarzowi
Henrykowi VI, w ktorej spedzil 2 lata. Tam powstala ta legenda, ktora mowi, ze
do celi Ryszarda wpuszczono lwa. Krol nie
tylko sie nie przestraszyl, ale tez dzielnie wepchnal lwu reke do paszczy i
wyrwal serce. Po czym minawszych oniemialych straznikow celi, stawil sie na
uczcie w palacu gdzie zazadal soli i z nia zjadl wyrwane serce.
niedziela, 12 października 2014
Zauważaj znaki
Życie pędzi, a my
wraz z nim. Srtaram sie wyhamowac, chociaz nie zawsze to wychodzi. Nieraz musze sobie
przypomniec. Juz po raz drugi zostalam “upomniana”. Tak sie do tego odnosze.
Tak, traktuje to jako upomnienie, swego rodzaju przestroge, wskazowke. Bolesna
co prawda. Bardzo bolesna. Juz drugi raz, koniec lata…..bum!!!!!!!!!! Zeszloroczny bol chyba nigdy nie zdolam zaleczyc,
nie chce tez. Nie chce zapomniec. Na szczesie mam zdjecie. Mnie, z tego parotygodniowego
okresu nadzieji. Powinnam byla wziasc to jako przestroge i brdziej zadbac o siebie,
swoich blizkich. Ale nie. Ja znowu z bolem serca i duszy rzucila sie do wlaki o
“lepsze zycie”. Wedlug mojego scenariusza.
Lato mielismy cudowne tego roku. Radosne, sloneczne,
rodzinne i szczesliwe. Wakacje, weekenowe wypady, spotknia z przyjaciolmi, grille,
wyjscia na basen. Zaczelam prace naukowa w swietnym labolatorium i w końcu!
w temacie ktory mnie od zawsze interesowal. Victor konczyl jedno przedszkole
zaczynal drugie, maz tez mial swoje projekty. Znowu zblizal sie termin na skladanie
podan o rezydenture – ten stres, rozczarowanie, ktore tak mnie wykonczyly w
zeszly roku. Gdzies w tym pieknym, ale tez zabieganym lecie, byl telefon od
lekarza, ze cos nie tak, ze mam wrocic na dodatkowe badanie. Bagetelizowalam,
przesuwalam pare razy. W koncu bylo mi po drodze, wiec “wpadlam” na biopsje,
zegnajac sie do zobaczenia za rok przy nastenej rutynowej kntrolii…….Ja, zawsze
raczej “z tych przejmujacy sie” tym razem robilam jeszcze glupie zarty, ze
planuje dobre wyniki, bo kompletnie nie mam czasu na inna opcje. O well……”Cos brzydkiego
zanlezlismy- cervix adeocarcinoma in situ, prosze jak najszybciej wrocic do
szpitala” uslyszalam pewnego dnia w sluchwce, biegajac z Victorkiem na placu
zabaw. Niewiele pamietam z tego popoludnia. Potem wszystko potoczylo sie bardzo
szybko. Termin u lekarza, pare dni pozniej zabieg. Po zabiegu dostalam histerji.
Lekarka osobiscie siedziala przy mnie trzymajac mnie za reke i powtarzajac “placz, wyrzuc z siebie wszystko, to pomoze”.
A nagromadzilo sie tego troche. Pielegniarki dzwonily po meza. Wsiadalam do
samochodu zdrowsza, lzejsza. Oczekiwanie
na wyniki, paraliz emocjonalny. I znowu telefon na placu zabaw. Jest dobrze!
wszystko wyciete, stadium zerowe, bez inwazji, glebsze biopsje negatywne. Nie potrzebna jest dodatkowe terapia. Przez pierwszy rok co 3 miesiace do kontroli. Nawazniejsza bedzie nastepna,
w grudniu, czy tkanka ktora odrasta jest zdrowa. Mialam jeszcze kontrole czy wszystko
goi sie poprawnie ( tak) i dluga rozmowe z moja wspaniala pania ginekolog o
czarnej skorze i koralikach na kilkudziesieciu warkoczykach. Lakarce, ktora
dala mi Victora, a teraz zycie na nowo. Rozmowe o wyciszeniu sie, odpuszczeniu
sobie i innym, o zatrzymaniu sie, o nauczeniu sie delikatnosci w stosunku do
siebie. Wszystko to, co niby wiesz. Teoretycznie.
Juz drugi raz dostalam przestroge od losu. Dostalam kiedys
od mojej Mamy Anielskie karty. Czesto sobie wyciagam jedna czy tez pare i czytam. Jak sobie mysle o tych paru miesiacach wstecz, to przypominaja mi
sie wlasnie takie przeslania, ktorych za nic nie mogla zrozumiec. Ja tu (w
myslach) o pracy, rezydenturze, applikacjach, a Anioly mi mowia o “swiezym
powietrzu”, “powrocie do korzeni”, “zblizeniu sie do natury”. Teraz juz rozumiem.
Traz juz inne przeslania dostaje :)
Najwazniejsza lekcja z tych dwoch historji: Moj Maz. Zarówno w zeszle lato jak i w te jakos
sie tak nijako zrobilo. Niby nie zle, ale przestalm go zauwazac, skupiona bardziej
na (tej cholernej) probie powrotu do medycyny. Zaczelam coraz bardziej w
myslach skupiac sie na tym czego nie mamy, exponwac negatywy. W
obydwu razach maz mnie nie tylko nie zawiodl, ale bez niego, nie wim czy
dala bym rade. Po ciuchu, niby z boku, podpieral. Potrzymal za reke krociutko,
ale wymownie. Dyskretnie polozyl kwiaty. Powiedzial, ze przykro mu, ze musze
przez to przejsc. Byl. Jest. Jestem szczesciara. Wyszlam za maz za wspanielego
czlowieka. Wiec po czesci nie chce zapomniec tych sytuacji, bo nieraz na
codzien zdarza mi sie znowu przyspieszyc, zachlannie rzucac sie i wyciskac od
losu co sie da.
Czuje sie dobrze, lzejsza. Obejmuje T czesto bez powodu.
Zawsze to robilam, ale coraz rzadziej i machinalnie. Victorcia to od zawsze zacalowywalam.
Dzis po raz pierwszy od dluzszego czasu poszlam pobiegac (mialam zakazane do
tej pory). Chlonelam slonce, odblaski na rzece, spadajace liscie. Wrocilam do
domu. Mojego Domu. Mojej Rodziny. T i Victorcio. Rodzice przylatuje na Wigilje. I tesciowie.….Jaka radosc!!!
czwartek, 24 lipca 2014
Ile różnych mnie we mnie?
Ile różnych mnie we mnie? Dla mojej
Siostry bede sie wyglupiac i bagatelizowac zycie; dla mojej Mamy bede
sie bardzo mocno starac, zeby “nie byc przecietna”; dla mojego Taty zaloze
czpke na uszy i czolo, zeby nie przeziebic zatok (“bo u nas to rodzinne”); dla
mojego meza bede pewna siebie i zdecydowana; dla mojego synka – odloze komorke,
odstawie komputer, siade na podlodze i bede sie bawic zlowiami najago; dla moich
przyjaciol bede sie bardzo duzo usmiechac... A sama dla siebie?
Zrobilam liste.
Wypunktowalam wszystko co chce. 48 punktow i wciaz dopisuej. Cele male, wielkie
i calkiem malutkie. Blizsze i dalsze. Jestem zmotywowana, gorzej z konsekwecja.
Nosze sie wiec z zamiarem zalozenia grupy “mastermind”. Chdzi o grupe wzajemnej,
nazwijmy to motywacji. Wiem, ze takie istnieja. Nie znalazlam jednak zadnej w
poblizu, a ze mam pare watpliwosci (i troche obawy) postanowilam, ze zaloze
taka grupe sama. Nie umiem inaczaj tego wyjasnic na chwile obecna. A moze nie
jestem jeszcze gotowa. Myslalam nad tym dlugo, wreszcie przed paroma dniami,
nagle zatrzymalam sie na ulicy i napislam mail do kolezanki, z ktora mam
poczucie odbioru na tych samych falach, czy nie chcialaby ze mna tego zrobic.
Celem
takich grup jest regularne kontaktowanie sie – osobiscie tudziez przez
skyp/mail/telefon. Jest scisly paln takich spotkan. Kazda osoba przedklada
cele, ktore chce osiagnac i plan jak je zrealizowac; a na kolejnych spotkaniach mowi co w tym kierunku juz zrobila a czego nie i dlaczego. Osoba zabierajaca glos, ma na to okreslony czas i wtedy nikt jej nie przerywa. Po uplywie wyznaczonego czasu,
pozostale osoby wyrazaja swoja opine, podsuwaja sugestje, daja wskazowki. Po czym skupiamy sie na nastepnej osobie. Jest
to tez mozliwosc rozszerzenia kontaktow zawodowych i osobistych. W sumie to
dosc intymne, dzielenie sie wzlotami i upadkami nie nalezy raczej do latwych. Ja
mysle, ze nie chcialbym miec w mojej grupie wiecej niz 5 osob. Zeby kazdy mial
czas i poczucie bycia wysluchanym i zrozumianym. Spotkania chialabym miec raz w
miesiacu, ale tez mozliwosc kontaktowanie sie telefonicznie/mailowo w chwili
potrzeby. Mysle, ze na poczatek przez pierwsze 2-3 miesiace bedziemy tylko we
dwie z Jane, zeby wyprobowac czy to wszystko funkcjonuje i przynosi rezultaty
takie, jakie bym sobie zyczyla. Potm mozemy sie rozejrzec za powiekszeniem
kregu. Osoby ktore dolaczaja do grupy, nie sa
przypadkowe. Wrecz przeciwnie, sa dosc szczegolowo wybierane, czy pasuje
pod wzgledem interesow, determinacji, motywacji. Wszyscy pozostali czlonkowie
musza wyrazic zgode na przyjecie tej kontretnej osoby do grupy.
Czytalam
o tym wiele i czarno na bialym wyglada to dosc niezle. Z doswiadczenia tez
wiem, ze jak “bat nade mna wisi” to funkcjonuje efektywniej, wiec pokladam wielkie
nadzieje w tym planie. W koncu 48 punktow to nie
bagatelka…:)
“Bądź
zmianą, którą pragniesz ujrzeć w świecie.” (Gandhi) – piekne zdanie, motto mojego zycia.
wtorek, 22 lipca 2014
Zwyczajny weekend.
Zwyczajny
weekend, nadzwyczajne poczucie szczescia. Mile chwile, rodzinne i
przyjacielskie. Naprawde tak niewiele trzeba.
W piatek
wieczorem poszlismy razem do naszej ulubionej restauracji. Chodzimy tam raz w
tygodniu od ...zawsze. Zrobilismy przerwe, kiedy to Victorcio mial okolo 2 lat
i byl “publicznie nie przystosowany”. Oprocz rzucania jedzeniem i wokalizowania
nowo to nauczonych slowek, zdarzaly sie incydenty lapania kelnerek za pupe.
Oskarzycieskie spojrzenia byly w tym momecie rzucane w strone mojego meza, ze
to niby on nuczyl dziecko takich manier. Zdecydowalismy sie wiec zrobic
przerwe w naszych wyprawach do restauracji. Wrocilismy po rocznej przerwie i
ah....na prawde duzo to wnosi do naszej rutyny. Bardzo lubie te wieczory. Niestety
sa to dosc krotkie wyjscia bo Victor nie wysiedzic spokojnie dluzej niz 45
minut. Ale zawsze cos. Znaja nas juz w tej restauracji i my znamy wszystkich,
co bardzo dodaje uroku, bo czujemy sie mile widziani i nie raz szef kuchni osobiscie
przyniesie "cos extra". A, ze lubimy experymentowac, cieszymy sie
takimi chwilami.
![]() |
| Typowa dla Nowej Anglii zupa - Clam Chowder. |
![]() |
| Tunczyk z kawiorem, serwowany na swierzych ogorkach i oliwie z trufli. |
Patrze na Misiastego.
Restauracje, lotniska, obce kraje….normalnosc. Moj maly Obywatel Swiata.
Obserwuje jak pewnie sie w tym wszystki porusza, odnajduje swoje miejsce.
Zabiera glos, wyraza swoja opinie. A opinie to on ma! Pani dyrektor w
przedszkolu usmiechnela sie i bez cienia zlosliwosci powiedziala mi:
"Victor ma zawsze swoje zdanie i cos do dodania."
Victor
uwielbia nasze wyjscia do restauracji. Ma swoje ulubione miejsca. Rozmawia
swobodnie z kelnerem, sam zamawia, na koniec prosi o "pudelko na
wynos". Taka wlasnie milusinska kolacje mialismy w piatek wieczorem. Male
martini dla mnieJ,
wieczorem fantastyczny film “Nietykalni” w reżyserii Oliviera Nakache'a i Erica Toledana - goraco
polecam.
W sobote
rano Victor ma trening taekwondo. Widzac fascynacje Żółwiami Ninja, chcialam jakos ukierunkowac te
checi "walki", nie mowiac juz o nadniarze energii. Tak wiec zabralam
go na probe na taekwondo. I chwycilo! Od dwoch miesiecy wiec, dwa razy w
tygodniu Victor dumnie trenuje w grupie "malych tygrysow".
Jako ze T
musial pojsc do pracy, bylismy juz umowieni z moja kolezanka Lena i jej coreczkami
blizniaczkami Maia i Lila. Rozpoczelismy od lunchu w indyjskiej restauracji. Widzialam
jak wlasciciele odetchneli z ulga, gdy opuszczlismy lokal. Dzieciaki tanczyly w
rytm (mnie osobiscie deprymujacego) indyjskiego zawodzenia, albo bawily sie w
chowanego pod stolami. Lena i ja za to bawilysmy sie swietnie, jako ze dzieci
zajely sie soba. Normalnie T nie pozwala na takie wybryki, jest dosc radykalny
jesli chodzi o zachowanie w miejscach publicznych, ale….mama jest “z tych
miekkich” wiec pozwala syneczkowi. Potem wyprawa metrem do parku w
centrum Bostonu. Tam - sadzawka z fontanna do pociaplania sie, plac zabaw, karuzela
i najwazniejsza atrakcja tego dnia - balony. Za jedyne 5 dolarow (!!!!!!!!!!) pan baloniarz-klaun spelnial dzieciece marzenia. Nie kwestionuje, byl swietny. Jakakolwiek postac z bajki dziecko sobie zazyczylo - “zbalonowal”
ja. Stalismy w kolejce dosc dlugo, nota bene stanie w kolejce dla dzieci - bez problem! jesli cel jest szlachetny i przygladalismy sie jak tworzyl rozne postacie z bajek
wedle zyczenia dzieciatka. Tak wiec dziewczynki zgodnie z uwarunkowaniem
genetycznym zazyczyly sobie krolewny, a Victorcio czerwonego angry bird. Potem
byly obowiazkowo lody. Odkrylismy fantastyczna lodziarnie – a wlasciwie byl to mrozony
jogurt o roznych smakach, ktory mozna bylo sobie samemu nalozyc i dobrac do
tego przerozne dodatki - kawleczki czekolady, orzeszki, ciasteczka, owoce,
posypki ect. Mrozona kawa dla rodzicow! Potem poszlismy jeszcze na dlugachny
spacer, dzieciaki gonily golebie, my sobie rozmawialysmy. Kobiece pogaduszki, relaks.
Pelny relaks.
W domu czekal
juz na nas T, skoczylismy jeszcze jak co sobote do sklepu z “dobrociami”. Skoro
nie mozemy wychodzic, tak jak to robilismy w zamierzchlych, “przed-Victorzastych”
czasach, zawsze w sobote zaopatrujemy sie w rarytasy: nadziewane muszle, dobry
ser, pâté, kawaleczki wedzonej
ryby. Moja ulubiona to wedzona wedlug Majow, w ziarenkach kawy i kaka. Dobre
wino. W torbie z zakupami dla mnie zawsze znajdzie sie bukiet swiezych kwiatow.
To nasz wieczor. T i ja. Siedzimy w kuchni i rozmawiamu. Spokojnie, bez stresu.
O minionym tygowniu, o pracy, o Victorku, o wszystkim i niczym. Plany,
rozterki, przemyslenia. Victorcio spi, szczesliwym i
beztroskim snem czterolatka. Wciaz jeszcze sciskajac w raczce swoj ulubiony
kocyk. Tym razem obok niego tez balon.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















