wtorek, 13 lutego 2018

Sen.


Jestesmy w drewnianym domu. Duzym domu, ogromne pomieszczenie z wysokim sufitem i drewnianymi belkami u sufitu. Nie znam tego miejsca. Pomimo drewna, jest jasno, ale nie jest przytulnie. Jest dlugi drewnany stol. Jest Pani Krysia i mowi, ze potrzebny jej jest Wellbutrin (lekarstwo na depresje). Mam wrazenie, ze nie ma pieniedzy na te tabletki. Choc nic nie mowie, dziwie sie, ze jej nie stac,  bo wiem ze ma mieszkania na wyjem, a ja mam nadzorowac ten project. Przewija sie czesto slowo  “appraisal” (co w tlumaczeniu na polski znaczy: oszacować taksować wycenić). A teraz jjestem w pokoju z Babcia, jest usmiechnieta. Sa tu dwa lozka, a pomiedzy nimi stoi szafa, taka jaka pamietam z Laz. Masywna, ciemne drewno, ma zloty uchwyt, ciut zasniedzialy. Babcia ma na sobie swoj “fartuszek”, ktory tak czesto nosila szczegolnie w lato. Jasnoszary w delikatna krateczke.  Babcia otwiera szafe I pokazuje mi sukienki, rozpoznalam jedna z nich, choc nie moge sobie teraz przypomniec ktora. Jedna z nich wisi na wieszaku, ktory byl zaczepiony o zloty uchwyt szafy. Ogladam te sukienki I nie moge sie nadziwic, ze sa uszyte perfekcyjnie I caly czas zastanawiam sie dlaczego Mama krytykowala Babcine szycie. Te sukienki sa “perfekcyjen”, tak to to slowo, ktore pamietam ze snu. Perfekcyjne! Pokazuje Babci t-shirt Virtorka, ktory jest za duzy, z mysla o przerobce. Mam tez jakis inny t-shirt. Klade oby dwa na lozku I przykladm jeden na drugi. Jeden jest zdecydownaie za szeroki, jakis taki kwadratowy….i sie obudzilam.


Po-styczniowa refleksja.

Migawka ze spaceru. Moje chwile relaksu.

Styczen byl ciezki. Bardzo ciezki i inntensywny. Snila mi sie Babacia. Dwa odejszia, dwa pozegnania na odleglosc. Wiadomosc o Misiu zastala mnie w pracy, w srodku dnia z dyzurem w perespektywie i na 5 minut przed moja co tyodniowa superwizja z moim przelozonym. Zanim zdazylam wejsc do jego gabinetu kolezanka poinformowala mnie mimochodem, ze moja pacjentka probowal popelnic samobojstko i jest “na dole” (czyt. u nas na pogotowiu). W wyniku czego, jak dobrnelam do gabinetu i opadlam na fotel mogla tylko plakac. Ba szlochac rozpaczliwie. Moj psychiatryczny szef, jest rowniez nauczycielem yogi i wszystkie mozliwe techniki relaksujace plus mindfullnes sa nam znane i przez nas propagowane, ale w tym momecie nie pomagalo nic. Lzy musialy poplynac, a otworzona puszka padory wypluwala nieprzerobione mometry i zale zepchniete do podswiadomosci. Gdzies w tym wszystkim, w konteksie mi juz malo oczywistym, wspomnialm o Babci Nadzi, ktora powtarzala zawsze, ze po smierci bedzie sie nami opiekowac i bedzie przychodzic do nas we snie, zeby nas ostrzec. Przez dlugi czas po smierci Babci niechetnie nocowalam u nich w domu, co bylo dosc skomplikowane, bo Dziadek zyl i przezyl Babcie o cale 10 lat! Do dzis, czuje sie tam jakos nieswojo, i coz…wole raczej tam niespac. Co nie jest zbyt logiczne, bo sen to sen, i zdazyc sie moze wszedzie. Ale nie mozna wymagac logiki od podswiadomosci. Jak wiec tak szlochalam, wyciagajac po koleji odejscie pani Krysi, odejscie Misia, napiecia malzenskie, matczyne poczucie kleski (bo nauczycielka mailowala ze Victor plakal w szkole z niewyjasnionych pwodow), moja pacjetka na pogotowiu (ktora widzialm 2 dni temu i uwarzalam ze nie ma zadnego zagrozenia), ciagle poczucie bycia w zawieszeniu i w pogoni “za czyms”… w tej calej zewnosci I  nostalgi pojawiala sie nagle Babcia! Babcia, ktora po smierci ma do nas zagladac i to jak sie tego obawiam. Na to moj przelozony, ze w takim razie cieszmy sie na przyjscie Babci i wyczekujmy Jej przyjscia w radosnym i pozytywnym nastawienu. No i Babcia przyszla tej samej nocy… Przedziwny sen. Z babacia i z pania Krysia...
Opisze za chwile, w osobnym wpisie.

czwartek, 8 lutego 2018

Zimna krew?


Za naszych bostonskich czasow czesto chodzilismy do klubu na wystep komediantow. Mielismy nasz ulubiony klub przy skwerze zaraz kolo Harwardu i nigdy nie wyszlismy z niego zawiedzeni. Klub byl (i jest) prowadzony przez M., ktory sam w sobie jest milym facetem, nie jest za to zbyt dobrym komediantem. Za to swietnym organizatorem, moderatorem i lowcom talentow. Te wieczory to krotkie 10-15 minutowe wystepy startujacych komikow, ktore to M. moderowal - zaczynal, zapowiadal i konczyl wieczor. Jego stalym repertuarem, ktory sie WSZYSTKIM przejadl, nie mniej jednak, byl i jest niezmiennym punktem programu, ktory nalezal to tego klubu, tak jak i nalezy sam M.,  bylo wyliczanie kto zamarl albo ma umrzec….taki czarny humor, z dreszczykiem. Czemu o tym pisze?. M. mi chodzi po glowie, pewnie po czesci, bo moj T chcialby zorganizowac taki komediowy wieczor tu w Berkshire i kontaktowal sie z M., a pewnie po innej, tej wiekszej czesci, to ostania seria wypadkow. Mam wrazenie, ze moje ostatnie wpisy to relacje o smierci, ktore zapowiadam, tak jak M. - ”slyszeliscie, ze…”. Tylko, ze mi wcale nie do smiechu.

We wtorek rano - bo ze wzgledu na przesuniecie czasowe najczesciej rano zastaja mnie takie nowiny - kolejna wiadomos o smierci! Trzecia w przeciagu niespelna 4 tygodni!!!!. Kolega z podstawowki, ba z przedszkola! Pamietam jak byl przebrany za krola na balu w przedszkolu….Od zanjomych (i NIE-znajomych) dostaje ostatnio wiadomosci typu: “nie wiem czy wiesz, ale chcialem(lam) cie poinformawac, ze zamarl ten czy tameten…” Po ostatniej wiadomsci o smierci Marcina we wtrorek rano (po poniedzialkowym dyzurze) pomyslalam sobie nie, nie nie…nie moge tak, nie moge isc teraz do pracy i sluchac o czyis problemach, wczuwac sie i empatyzowac. Nie moge, po prostu nie mam sily!!!.  Ale co? Napisac, ze jestem chora? To wierutne klamstwo! Napisac, ze potrzebuje wolnego bo kolejna osoba z mojego zycia zmarla...to jakby wykorzystywanie czyjejs smierci, no bo co bede robic w domu? Pewnie bym poczytala ksiazke, ale to nie w porzadku. Ktos zmarl, zebym ja poczytal ksiazke….Wewnetrzne poczucie obowiazku i sprawiedliwosci (nie raz zyczylaby sobie miec go mniej) zwyciezylo i poszlam do pracy. Jak gdyby nigdy nic sie nie stalo. Pacjent, ktorego przyjmowalam w tym dniu, przed paru laty spowodowal wypadek samochodowy w ktorym zginela osoba. Pomimo, ze nawalilo auto (i  to auto, czy czesc tego auta zostala wycofana z obiegu), w pewnym momecie koszty sadowe i odszkodowanie pochlonely wszystkie oszczednosci i wedlug jego adwokata, najlepszym wyjsciem bylo przyznanie sie do winy. Co z ciezkim sercem zrobi i trafil do wiezienia na 14 miesiecy. Z wysokiego stanowiska, do wieziennej celi, plus rozwod - po czesci teoretyczny, zeby zabezpieczyc zone przed ruina finansowa, bo sad konfiskowal co sie dalo. Do tego sam wypadek, ktorego on sobie nie moze przypomniec (moze to i po czesci dobrze), wstrzas mozgu z powaznymi kosekwencjami – spowolnieniem, trudnsci z wyslawianiem sie, pamiecia, do tego ciagle niepokoje, napady paniki,  zespół stresu pourazowego, bezssennosc. Przed paroma miesiacami u jego zony (teoretycznej ex-zony) zdiagnozowano nieuleczlna chorobe. Nie wiadomo jak dlugo, nie wiadomo jak szybko. Moze to potrwa miesiac, a moze i lata. Zycie w niepewnosci. Ona wciaz pracuje, ale miala pare atakow, ktore za kazdym razem kompletnie wywracaja swiat mojego pacjenta do gory nogami. Zrozumiale. Po moich osobistych przejsciach ostanich paru tygodni, zapoczatkowalm kokretna rozmowe. Co zrobisz jak dostaniesz telefon, ze nie zyje. Do kogo zadzwonisz, gdzie sa numery telefonow, prosze uwzglednij, ze nie zawsze jestes w stanie szybko zareagowac i przypomniec sobie wszystko, odblokuj telefon (w momecie stresu mozesz nie pamietasc kodu), zapisz numery telefonu rodziny i wloz do portfela, powies w widocznym miejscu. Czy rozmawialiscie o porzebie?,  gdzie sa document, czy jest ostatnia wola?….ect. Widzialm jak sie kurczyl i ciezko oddychal, ale przerabialismy to wolno, krok po kroku, a ja sie czaly czas zastanwialam, jak go “poskladac do kupy” i po naszej sesji wyslac w swiat, zeby zyl  normalnym zyciem…prawie normalnym. Normalnym w zawieszeniu. Ja sama nie oddychalam chyba przez cale 45 minut. Nie wiem skad wzielam na to sile, zeby przez to przebrnac i skad tyle “zimnej krew” we mnie…..zaskoczylo to mnie sama.

Wieczorne blogowanie...


wtorek, 6 lutego 2018

Orbitek :)


T zafundowl mi na gwiazdke …ooooo …jak brakuje mi  polskiego slow to wrzucam na  google, a tu prosze, takie tlumaczenie…orbitrek! Orbitek, padne chyba. Na szczescie byla i druga wersja… trenażer eliptyczny. O juz sie dawno tak szeroko nie usmiechalam do google :)
Tak wiec, T sprezentowal mi trenażer eliptyczny, ktory po dlugich wojazach i zwlokach dojechal i zostal dumnie rozstawiony w piwnicy, ktora to na to kata wkoncu uporzadkowalismy. Nawet nowy dywan polozylismy. Maz mi komputer podlaczyl, w ramach umilenia czasu. Nic juz nie musze robic, tylko na to wejsc….Oczywiscie najpierw orbitek stal nie pod tym katem co trzeba. Potem nie mogalam znalesc adldasow, tych bialych, bo te seledynowe to na inna okazje. Potem dzwiecznos komputera nie taka. Ppotem nie moglam znalezc dobrego flimu, ktory by mnie na tyle zainteresowa, zeby sie oplacalo przy nim cwiczyc. Ja strasznie nie-telewizyjna jestem…tzn dokumentarze lubie, ale jak tu przy dokumentarzu cwiczyc. Nijak!. A co do filmow to strasznie jestem kaprysna. W koncy przy 3 podejsciu, sie udalo. I film spasil, I sie przyjemnie w miare (podkreslam w miare!) przyjemnie pomachalo rekami i nogami. Musze tez dodac, ze moj maly zaraz wskoczyl (nawet, jak jeszcze orbitek stal nie pod tym wlasciwym katem) z ipotem w uszach i machnal 35 minut. Ja peklam po 3 minutach….Jestem wiec w trakcie przeprogramowywania swojego podejscia do cwiczenia, a scisle mowiac, w planie mam “zachwyt nad spotem” i poczucie ze “nie moge sie juz doczekac na moje sportowanie sie”. Sila pozytywnego myslenia ruszyla. Programuje sie! Zdecydownie za to musze odprogramowac wizje “orbitka”, bo widze siebie jako chomika biegajacego w kolowrotku.



niedziela, 4 lutego 2018

Żegnaj...

Odszedl rowniez i Misiu. Wiadosmosc spadla jak grom z jasnego nieba, urzywjac staropolskiej metafory. Lzy i poczucie winy. Nie odzzywalam sie od dluzszego juz czasu, znowu ta przeklata wymowka, “bo nie maialam czasu”. Obchodzil niedawno urodziny, ja bylam na dzyzyze…myslalam, mogla wyslac sms-s, ale...nie mialam czasu….Glupota i beznadzieja. Jest już za późno! Nie jest za późno! Jest już za późno!
Nie jest za późno! Spiewalo Stare Dobr Malzensto za Stachura… Już jest za późno! Kochany dobry Misiu. Szkolny kolega, przyjaciel. Poszarpane wspomnenia. Urywki zycia, dawo juz zapomniane, wracaja i odchodza. Smieje sie sama do siebie, placze jadac samochodem. Misiu na szkolej wycieczce, Misiu dyskutujacy na przewie, Misiu na moich urodzinach. Misiu, w liceum zawsze zwracajacy sie on nas “dziewczeta”. Misiu i jego ogromny pies, Bursztyn, skaczacy na mnie.  Z Misiem nad jeziorem, na pierogach w Ratuszowej, na plazy w Holandii. Misiu wiazacy mnie na lotnisko przed wylotem do USA, przysypialam na tylnym siedzeniu….pozegnalne zdjecia…ja z Misiem a w tle “immigrtation and custom”…klatka stop….Telefo…pogrzeb, jakie kwiatki Misiu lubil?...Nie wiem. Tyle rozmow, tyle zarwanych nocy, rozmow w samochodzie. Nie wiem jakie kwiatki Misiu lubil.


Wygladam zo okno, wciaz sypie. Spkojna biel. Nasza jablon po kolna we sniegu….Pustka. Smutek straszny. Choc w pelni nie dociera. Czuje tak jakby zza swiatow Misiu usmiechal sie dalej. Ruszyly w ruch media..sms-y, skyp, whatsapp  (i chwla im za to), tak jakby napedzone Misiem. Po latach rozamawialm z moja przyjaciolka z przedszkola, z liceum, sms-owalam  z ludzmi  liceum…moze jakies spotanie bedzie . Juz wiemy, ze nie mozna czekac… Misiu gdzies tam nad tym wszytkim czuwa. “Jeszcze zdążymy w dżungli ludzkości siebie odnaleźć..”. Zegnaj Przyjacielu. 

wtorek, 16 stycznia 2018

Po cichu...

Pani Krysia odeszla wczoraj. Po cichutku. Moja ostatnia wiadomosc juz do Niej nie dotarla. Pamietam, ze to wlasnie Pani Krysia pocieszajac mnie po stracie Babci, ktora zmarla tak nagle, tlumaczyla, ze “zawsze jakas rozmowa nie zostanie dokonczona”. Na zawsze zpamietalam sobie te slowa i musze przyznac, ze czesto je uzywam rozmawiajac z pacjetami. Wczoraj rowniez byla wlasnie 20 rocznica odejscia Babci Nadzi…
Zwykle przyciszam komorke idac spac, jest ustawiona, na minimalna glosnosc, zeby tylko uslyszec budzik. Wszystkie maile, sms-y, vibery, whatsapp-y “pykaja” sobie spokojnie nie budzac mnie. Dzis nad ranem mnie obudzily…

Sa osoby, choc nie z Rodziny, ktore po prostu sa. Od zawsze sa i byly. To wlasnie Pani Krysia, aka “Lady Kristina”. Czesc mojego dziecinstwa, wyjazdow zimowych, dorastania. Zawsze obecna na immieninach, urodzinach, grilach. Zawsze u nas w pierwszy dzien Swiat. Zawsze na naszych zdjeciach, najpierw czarno-bialych, potem kolorowych. Zawsze obecna podczas moich krotszych i coraz krotszych, i coraz rzadszych (niestety) przyjazdow do Polski. Siedzaca przy Maminym stole w kuchni z kubkiem kawy czy herbaty. Zawsze na czas z kartka swiateczna, imieninowa, urodzinowa dla nas czy dla Victorka. Czesc naszej Rodziny, mojego swiata. Czesc, ktorej sie nie kwestjonuje, po prostu jest. Bo jest nam z tym dobrze, bo inaczej nie moze byc, bo inaczej nigdy nie bylo.  Byla zawsze, byla po cichu. Byla.

niedziela, 14 stycznia 2018

Płatki śniegu



Czy widzieliscie kiedys platki sniegu padajace w sloncu? Sa srebrne, migoczace i jakies takie…szczesliwe. Nie padaja sobie od tak po prostu na zieme, lecz wiruja z gracja zanim z wdziekiem uloza sie delikatna warstwa upiekszajac swiat. Tak wlasnie wczoraj przy pieknym akompaniamencie porannej ciszy rozpoczal sie zimowy balet i trwal przez wekszosc dnia. Jako ze baletnice byly drobne i wiotkie, pomimo dlugiego spektaklu, tylko cieniutki kozuszek sniezny opatulil swiat. Dzis Victor zabral mnie na spacer. Znal jakas trase, ktora ja nie znalm i dunmie doprowadzil mnie do miesca z ktorego rozciagal sie piekny widok na gory i jezioro. A potem byla slizgawak :)

Duzo mysle o Babciach, Prababciach…jak malo o nich wiem!  To pewnie przez  to co sie wokol mnie dzieje. Dzis z Tatusiem rozmawialismy dosc dlugo probujac przypomnies sobie pare faktow z przeszlosci, z opowiesci Babci. Prababcia Marianna z domu Przedborska byla zamezna 2 razy. Choc chrzczona w Kosciele Katolickim przeszla na prawoslawna religje po mezu. A miala ich dwoch. Pierwszy zmarl bardzo wczesnie podczas panujacej wowczas epidemii tyfusu. Jej drugi maz, moj Pradziadek Leon Szyszkin byl ulanem w Naddunskiej Gwardji. Zanim przeprowadzili sie do Laz w 1905 roku, mieszkali a przynajmniej moja Prababcia Marianna w Rawie Mazowieckiej. Mieli szescioro dzieci, moja Babcia Nadzieja byla najmlodsza…

“Spieszmy sie kochac ludzi tak szybko odchodza…” Tak wlasnie….odchodza…a to jeszcze inna sprawa…

poniedziałek, 8 stycznia 2018

Te inne oblicze zimy.

O....mamo, zapadlem sie i but mi utkna w sniegu...

Fala  mrozu dotknela cale Wschodnie wybrzeze. Na Florydzie po raz pierwszy od 30 lat spadl snieg, w Chicao w przeciagu 2 dni spadlo 134 cm sniegu a Wodospady Niagary jeszcze bardziej wypieknialy zamieniajac sie w lodowa kraine basni. Zeszly czwartek i piatek byly tzw “snow day”, czyli "snieznym dniem". Co onacza, ze szytko co nie musi funkcjonowac typu np szkola bylo zamkniete. Bylismy przestrzegani (przez żadne emocji media), zeby bez koniecznosci nie opuszczac domow, bo dodatkowy wiatr potegowal odczucie mrozu. Oczywiscie szpital dzialal i to na zwiekszonych obrotach. Niestety. W czwartek – dniu najwiekszej nawalnicy snieznej mialm dyzur i... nie wiedzialam gdzie zaczac. Tlumu ludzi w kabinach oczekujacych na konsultacje, tlumy ludzi w poczkalni. Takie katastrofy nie wplywaja dobrze na ludzi psychicznie chorych, ba nie wplywaja dobrze na nikogo, a co dobiero na osoby gubiace sie w swoim wlasnym swiecie. Najbardziej banalne zmiany w planie dnia, przy braku wsparcie i  zyczliwej osoby moga skonczyc sie tragicznie. I tak jeden z naszych pacjetow ze schizophrenia, przestraszyl sie komunikatow z telewizji, ktore spotegowaly hallucynacje i szedl na bosaka prze snieg, az ktos go odnalazl i przywiozl na pogotowie. Co prawda ma otwarte rany z przemrozenia, ale amputacja nie bedzie konieczna, w przeciwienstwie do innego pacjeta, ktoremy z powodu temeratury wyladowala sie baterie w wozku inwalidzkim i utknal gdzies w drodze. Jak zostal odnaleziony, nog nie moza juz bylo uratowac…..Izby i ogrzewalanie dla bezdomnych przepelnione. To te straszne oblicze zimy…Te inne to basniowa kraina Narni za oknami. I Victor i ja tarzajacy sie w sniegu. Co prawda posluchalismy "ludzi w telewizji" i nie wyszlismy z domu w sobote, ale w niedziele juz nie dalismy rady. Gorka, sanki, zamarzniete jezioro, budujemy iglo i sie swietnie bawimy. No tak, ale cieplutki dom i gorace kakao na nas czekaja. To ta znaczaca roznica! Ja patrze na padajacy snie i radosc na duszy. Choc musze przyznac, ze najadlam sie strachu jak stracilam panowanie nad samochodem, jakiec 30 metrow od domu. Hamulce kompletnie nie dzialaly, a mialam z gorki! Gdyby nie zepchniety na pobocze snieg, to wyladowalaby na drzewie, a tak zakopalam sie po uszy. Nie bylo mi do smiechu. 

sobota, 6 stycznia 2018

"Pokolenia" 

Skonczylam dzis czytac druga czesc ksiazki Katarzyny Drogi “Pokolenia – Powrot do domu”. Tak jak i po pierwszym tomie “Pokolenia - Czas deszczu, czas slonca”, bylam pod ogromnym wrazeniem. Jestem wielka fanka sag rodzinnych, kocham “Rozlewiska” i chetnie do nich wracam, tak ja rowniez “Siedliska”, “Uroczyska” ect, ale “Pokolenia”, sa mi szczegolnie bliskie. Opis czasow wojennych, powojennych, Polski Socjalistycznej, Polski Ludowej, jest czasem szczegolnym, jakism takim moim, bo znanym mi z opowiadan. Po raz kolejny dochodze do wniosku, ze czas socjalizmu, to nie czas biedy i zla, a raczej czas bliskosci. Bo ta “bieda” zblizala bardziej niz oddalala. Wartoscia byla rodzinna, przyjaciele, czas spedzony razem. Wspolne robienie kotletow mielonych. Nie wakacje na karaibach. Paradoksalnie, jedno z moich cieplych  wspomnien z dziecinstwa w stanie w kolejkch. Pamietam szczegonie taka jedna kolejke ziomowo-przedswiateczna do sklepiku osiedlowego.Tam to sie dopiero dzialo! Pamietam jak w dziecinstwie jezdzilismy do babci na Swieta. Piec kafelkowy, na ktorym siadywalam z kuzynostwem…Znajomi wpadali do Rodzicow na kawe, ja lecialm po mlynek do sasiadki, odnosilam z kawlkiem ciasta w podziece. Ona odnosial talerzyk, zasiadywala sie…my podsuchiwalismy ploteczki. Dziadek przyjezdzal w niedziele, bez zapowiedzi, przywozil jajka od babcinych kur. Kur, ktorym Babcia wynosila niedojedzone resztki z naszych talerzy, kur ktore z siostra gonilysmy po podworku….Nie ma juz Babci , nie ma i Dziadka. I nie ma kur...nikt nie wpada na kawe bez zapowiedzi. Na kawe sie idzie czy jedzie…

Coraz bardziej odczuwam potrzebe uproszczenie sobie zycia, ucieczki od halasu, pospiechu, tloku, pustych ludzi, materializmu. Wzrusza mnie natura i starsi ludzie. Maja tyle do powiedzenia. Ogladam w internecie zdjecia Rawy Mazowickiej skad byla moja prababcia Marianna, jak ja malo o niej wiem! W Rawie nigdy nie bylam. Przypomnaja mi sie historje opowiadane przez Babcie. Babcia Nadzia, prawdziwa Babcia przez duze B. Historie byly niezwykle i z dreszczykiem. Tyle madrosci zyciowej. Tyle ciepla w Lazowskiej kuchni, w ktorej wciaz stoi kaflowy piec, a przynim zydelek zrobiony przez Dziadka. Babcia wrozyla z kart, drylowalismy wisnie, zbierali agrest i porzeczki. Robienie kompotow. Smolinosy rosly pod oknami, orzech przy bramce. Byl strych ze “skarbami” i piwnica z kompotami i nalewka z wisni robiona przez Dziadka. Dzidka rower….Wszytko wciaz tam jest. Stoi opatulone pajeczynami, wspomnianiami, ktore bledna jak sie do nich nie wraca.


Ach ta ksiazka otworzyla furtke do przeszlosci. Codziennosc trzyma to wszystko pod kluczem, ale serce sie rwie.

środa, 3 stycznia 2018

Jas i Malgosia.

Wspolczesna Baba Jaga.

T potrafi mnie nieraz zaskoczyc. Rzadko to sie zdarza, ale udalo mu sie pare razy. I tak na czas naszego pobytu w Houston zarezerwowal bilety do teatru, o czym wiedzialam, ale czego nie wiedzilam, to to, ze rowniez zarezerwowal dla nas noc w hotelu. Hotel ICON w samym centrum Houston, z widokiem na down town, co sprawia wrazenie szcegolnie noca.W pierwszej chwili to sie zjezylam, no bo jak, co, gdzie do hotelu 23 grudnia, przeciez Wigilja, jak ja bez Victorka cala noc przezyje, i to przedswiateczna!…

Oooooo jaki to byl dobry pomysly. Przede wszystkim do godziny pietnastej 23 grudnia, musialm zamknac moje swiateczne przygotowania, bo T zarzadzil wyjazd o tej godzine. Do tego mometu bylam po prostu rozhisteryzowanym potworem, ktory powolutku dochodzil do siebie w podczas goddzinnej jazdy do centrum miasta. Zawsze bardzo lubie widok down town w Houston i te labirynty autostrad, a i café late w swiatecznej wersji z mietowym aromatem rowniez pomogla ukoic nerwy. Smieszny byl ten nasz hotel, jakas taka mieszanka starego z nowym. Stare szafy z ksiazkami, krysztalowe żyrandole i nowoczesny bar. Ale najwazniejsze to, ze pokoj mial jacuzzi!  Mielismy jeszcze sporo czasu do przedstawienia wiec sie wymoczylam za wszystkie czasy, az mi lat ubylo! Male gruszkowe martini i juz nas taksowka wiozla …no wlasnie doklad? 

Tak wygladala sala, dym i galezie.
Jas i Malgosia, wersja wspolczesna. W Teksasie, gdzie wszystko jest wielkie i jeszcze wieksze, maly teatrzyk wcisniety gdzies pomiedzy wiezowce, sprawial wrazenie…niepozorne, ba…zadne. Nie mialam najmniejszego wyobrazenia, ani oczekiwan, choc juz w holu czulo sie jakas innosc. Przygasly swiatla i uchylily sie drzwi, a z nich zaczal wydobywas sie dym! w ktory to my mielismy isc. Weszlismy do malego (jak na teatr) okraglego pomieszczenie. Widac bylo jakby szalas, jakby drzewa i galezie, choc wszystko przyslanial dym. Tak na prawde widocznsc byla na 1-1.5metra. Dopatrzylismy
Tu widac odleglasc miedzy Malgosia a publika
sie krzeselek ustawionych “pod drzewami” w kregu. 2 rzedy. 6 aktorow, 30 widzow. Caly czas mowie teatr, choc tak naprawde to byla opera, bo wszystko bylo spiewane przepieknymi mocnymi glosami. Bez mikrofonow. Wysoka sala i echo potegowalo glos, choc aktorzy byli na wyciagniecie reki. Wersja zdecydowanie wspolczesna, gdzie matka Jasia i Malgosi jest mniej kochajaca, a bardziej zapracowana, gdzie ojciec, nie krepujac sie po polowaniu delektuje sie piwem,
a Baba Jage zgubily pigulki, bo przedawkowala i przysnela, a wtedy dzieciaki ja do pieces wepchnely. Brzm banalnie, ale banalnie nie bylo…wrecz przeciwnie. Malgosia spiewajaca z ustami wypelnionymi ciastem, wyrabianym na naszych oczach przez Babe Jage, muzyka, towarzyszaca calemu przedstawienu, muzyka grana na pianinie, oczywiscie na zywo, oczywiscie wsrod “drzew i dymu”. Niesamowite wrazenie. Widac ze artyscie i rezyser wlozyli w to serce i sie przy tym rowniez swietnie bawili. 

Po przewstawierniu pojechalismy na kolcje do  meksykanskego tapas baru “Batanga” z muzyka na zywo. Latynoskie rytmy i margarita! I grylowana osmiornica, I ceviche z Red Snapper (po polsku Lucjan?!, od łacińskiej nazwy rodzajowej Lutjanus), grylowane awokado z chorice, frytki z juki z bananowym ketchupem i wedlug mojego T najlepsza jaka kiedykolwiek jadl empanada. Pozna noca dolaczyl do nas Moody, serdeczny kolega T z czasow studiow, ktory rowniez mieszkal przez jakis czas w Bostonie i wrocil na stale do Houston.
Wrocilismy nastepnego dnia kolo poludnia gotowi na Swieta!

Lobby w hotelu ICON, w Houston, Teksas.

Mieszanka starego i nowego


Schody i winda.

Nasz pokoj...

...taki smieszny z okienkiem do lazienki.

No i najwazniejsze-jacuzzi!
Gruszkowe martini w hotelowym barze
Polecam!!!