środa, 6 grudnia 2017

Seson na cuda.

W Swieta cuda sie zdarzaja. Pamietam jak jednego roku  podczas przygotowan do Swiat Bozego Narodzenia, sluchalysmy z Mama radia w kuchni. Radio w Polsce, to jest prawdziwe Radio, przez duze R. A przynajmniej takie ja je pamitam. Audycje, muzyka, ciekawe wywiady, sluchowiska!!!!! Mozna bylo sluchac bez konca. Tak wiec gotowalysmy i piekly w swiatecznych nastrojach, a w radiu nadawano audycje na temat nieapomnianych Swieta czy cos w tym stylu. Prosze wziasc po uwage, ze to bylo million lat temu i sluchalm i przetwarzalam te audycje z punktu widzenia dziecka, nie mniej jednak pamietam quintessence. Tak wiec dzwonil starszy pan i opowiada, ze pewnego roku (dzialo to sie chyba w latach piedziesiatych) w dzienWigilji wracal pociagiem z delegacji. Zasna i obudzil sie dopiero na koncowej stacji w obcym miescie, daleko od domu. Bylo juz pozne popoludnie i jako ze Wigilja, nie bylo juz zadnych pociagow tego dnia. Zly, zmeczony i zmarznety chodzil po miasteczku zagladajac ludziom do okien, patrzac jak zasiadaja do kolacji Wigilijnej. Patrzac w jedno z okien, cos go natchnelo,  przypomniakl sobie o tradycji wolnego miejsca przy stole dla nieznanego wedrowca i zapukal do drzwi. Drzwi otworzyla….. jego siostra, z ktora stracil kontakt podczas wojny…..

Czy to sie wydarzylo, chce wierzyc ze tak! Tak, ja zachowalam w pamieci ta audycje, jak rowniez, poszczegole migawki z naszych kuchennych poczynan podzczas sluchania. Krecenia ciasta w makutrze, czerwony obrus “w krateczke” na kuchennym stole, bylo juz ciemno za oknami. Moje wieksze/mniejsze swiateczna cuda - coz spedzajec Swieta w Londynie przed paru laty weszlam dokladnie do tego samego wagonu metra w ktorym siedzialam moja Mama i Siostra. A mialysmy w tym czasie wszystkie trzy byc w  trzech roznych miejscach!!!!

wtorek, 5 grudnia 2017

Cudowny czas.

Odkad pamietam Swieta sa dla mnie czasem szczegolnym. Chociaz, nie…to za malo powiedziane. Czasem magicznym i wyczekiwanym. Pamietam z dziecinstwa, taki socjalistyczny notesiki, ktory wygladal jak mniejsza wersja 16-kartkowego zeszytu, w ktorych robilam sobie kalendarzyk i odkreslalam dni do Swiat. Pamietam, ze zaczynalam juz w listopadzie. Choinke ubieralismy zwykle na dzien przed wigilja, czyli
tak tradycyjnie po polsku i stala do 2 lutego, czyli do Matki Gromnicznej. Tak “z dziada pradziada” u nas w domu bywalo i bywa. Musze przyznac, ze z radoscia przejelam amerykanski zwyczaj dekorowania choinki na poczatku grudnia, bo tak na prawde to ona cieszy podczas Adventu, w oczekiwaniu na Boze Narodzenie. Radosc mam po prostu dziecieca i prawie namacalna, a Adwent zaplanowany, zeby mozliwie w pelni wykozystac  kazdy drobiazg, kazda tradycje swiateczna. Victor tez lubi i cieszy sie na  te wszystkie male i duze radosci.  W sklepie, w doslownym znaczeniu tego slowa rzucil sie i objal polke ze swiatecznym rzeczami z okrzykiem “nareszczie”. W weekend po Swiecie Dziekczynienia….coz przyznaje ze byl jeszcze listopad, ale juz po Swiecie Dziekczynienia!!!!  szepnelam do T, ze moze bysly juz po
choinke pojechali, ale niestety pomysl nie przeszedl. Zrekompensowalam sobie i razem z Victorkiem zrobilismy domek z piernikow.  Patrzac na reszkli domku, w dokladnie mowiac na dziwne zanikanie cukierkowych ozdob na domku, przyznaje ze zdecydowanie zrobilismy go za wczenie, ale….czyz mozna zalowac frajdy przy robieniu domku z piernikow?  
Po raz pierwszy tez zrobilismy sklana śnieżna kula i mam zamiar wlaczyc to naszego rodzinnego repertuaru przedswiatecznego.  Teraz co przejde przez salon, to potrzasna kula i zloto-srebrny snieg proszy na miniaturowa choinke i “tate” – nie moglismy sie zdecydowac co do figurek, i wybralismy “chlopka” na czesc T. To bylo w zeszly weekend/tydzien. W ten weekend, zadne sily na niebie i zimi nie mogly nas (czyt. mnie i Victora) powstrzymac przed pojechaniem po choinke. Wybralismy sie na ta sama farme i wlasnorecznie scielismy drzewk. Wyjatkowo w tym roku wybor zaja nam niewiel czasu. Wdrapalismy sie (z pila) na gore i…prosze, ona tam byla, juz na nas czekala. Pierwsza z brzegu. Idelana. Pieknie symetryczna i pachnaca. Chlopaki pilowali, a ja sie “dolozylam jako dekracja do zdjecia”. 
Teraz choineczka juz udekorowana cieszy nasze oczy i serca. W niedziele poszlismy na balet “Dziadka do Orzechow” w wykonaniu balety z Albany, NY. Ta grupa baletowa kncertuje po USA i angazuje lokalne dzieciaczki co do niektorych drugoplanowych rol.  Tak wiec kolezanki Victora z klasy graly role “myszek”. Piekny balet, uspakajajaca muzyka.  Za kazdym razem sobie obiecuje, ze bedziemy chodzic czesciej, a potem czas umyka i nic. Kartki swiateczne dzis rowniez zamowilam, za to z prezentami pod choinke jestem totalnie do tylu….a czeka mnie trudny tydzien z dwoma dyzurami w tym jeden w sobote (brrrr…jak ja nie lubie dyzurow w weekend) i prezentacja do przygotownia.  Ale….co tam, mamy sezon na cuda! Swiateczna magia juz dziala. Wiec wszystko bedzie dobrze. Tak jak ma byc!

wtorek, 28 listopada 2017

Thanksgiving - Friendsgiving.


Swieto Dziekczynienia minelo nam radosnie –Thanksgiving/ Friendsgiving w tym roku. Nasza przyjaciolka Jane z Bostonu wraz ze swoja 9 letnia coreczka zawitala w nasze progi. Jak juz pewnie kazdy z Was zauwazyl uwielbiam  “goscis”. Z powodow mi samej ciazklo zrozumiec, pomiono ze to moi goscie i ze nas wiecej bylo, sama kolacja Dziekczynienna odbyla sie w domu naszych sasiadow Pam i Davida. Wpadlismy tam jednego wieczoru i od slowa do slowa okazlo sie, ze sa tylko w trojke (z corka) na Thanksgivig, wiec oczywiscie prosto z mojego serca poplynelo zaproszenie. Zgodzili sie od razu, ale Pam stwierdzila, “ale to zrobmy ta kolacje u mne, jako ze dopiero co zakonczylam moj project renowacji domu”….i ja sie zgodzilam!!! Zachodzilam potem w glowe jak to sie stalo, ze powiedzial “tak”, no ale powiedzialam. Wszyscy byli zadowoleni, a ja sobie po cichutku nostalgiczne pomrukiwala….hmmmm….poraz pierwszy odkad jestesmy z T razem “nie goscimy” Thanksgiving. Choc to tak nie do konca - sie pocieszalam, bo w koncu goscimy gosci z Bostonu, a kwestia gotowania byla uczciwie rozdzielona pomiedzy dwa domy. Choc tu znowu musze pomruczec…..nie my robilsmy indyka….mrrruuu mrrruu…..Ale wyszlo swietnie. Tak naprawde w swiateczny ranek, stojac w lazience uzmyskowilam sobie, ze …mam czas! Moj grafik o dziwo nie jest napiety, nie mam listy zaplanowaniej co do minuty, zeby sie wyrobic, bo goscie zaraz przyjda, albo ze ptak w piekarniku wymaga  zaangazownia. Tzn dokladnie mowiac w kwestji ptaka to Trent sie zawsze angazuje kuchennia, a ja 100% emocjonalnie J A tak zjedlismy sobie radosne sniadanie, spokojnie popijajac kawe i nie patrzac na zegar. Victor i Jane coreczka o imieniu Winter-Zima, choc urodzona w Sierpniu! ( oj Ameryko ty mnie zawsze zadziwisz) swietnie sie dogadywali, zreszta znaja sie jeszcze z Bostonskich czasow.  Wybralismy sie nawet na krotka przejazdzke i spacer po okolicy, bo dziewczyny bylu u nas po raz pierwszy. Morozik trzymal, ale sloneczko swiecilo. Potem bylo pichcenie w kuchni T na zmiane ze mna.  Jane sobie czytala tudziez grala z dziecmi w gry planszowe. Okolo 3 po poludniu Pam zgarnela dzieci i poszli do ogrodu wyszukiwac szyki, galazki i innego rodzaju skarby do dekoracji stolu. No i wyczarowali to…
Pam I David przeprowadzili sie do Lenox z Chicago, gdzie Pam pracowala w PR corporacji Forda and David rezyserowal filmy dokumentale. Majac dosc wyscigu szczorow i make dziecko, podzczas jednych z wakcji (ponad 20 lat temu) przejezdzajac przez Lenox zakochali sie w tym miasteczku i zostali (w Ameryce to takie proste, od…przeprowadzam sie 3000 mill dalej..). Pam odnawiac stary dom ktory kupili, odkryla w sobie nowa pasje …wlasnie do restaurowania domow i tym tez sie teraz zajmuje. Doradza kliletom i pomaga w wyszukiwaniu rzeczy adekwatnych do ich zyczenia czy epoki z ktorej dom pochodzi. Nawiasem mowiac wcale niezle z tego zyje. A David uczy historii i polityki w pobliskim gimnazjum. Projekty Pam najczesciej trwaja dlugo, bo wyszukiwanie i sprowadzanie mebli/przedmiotow/tapet/ negocjownaie trwa nieraz i latami. Np ostanio z wlascicielami  baru na Hawaiach o lampe, ktora podejrzewam byla dla wlasciciela bez znaczenia, dopoki sie nia jakas Amerykanka nie zainteresowal.  

Tak wiec Pam od jakiegos czasu zmienia swoj normalny salon w salon Tiki. Nie wiem czy jest jakies tlumaczenie na polski jezyk slowa tiki. Kultura Tiki to XX-wieczny temat używany w polinezyjskich restauracjach i klubach pierwotnie w Stanach Zjednoczonych, a następnie, w mniejszym stopniu, na całym świecie. Choć inspirowane częściowo rzeźbami i mitologią tiki, połączenie jest luźne i stylizowane, będąc raczej amerykańską formą kulturowego zawłaszczenia.a nie polinezyjską sztuką. Tak wiec w scenerji tiki dziekowalismy za dobra otrzymane w tym roku.  Victor rowniez podziekowal za CIA (Centralna Agencja Wywiadowcza), bo w chwili obecnej ma zamiar zostania szpiegiem jak dorosnie, wiec bylo to jak najbardziej na miejscuJ, a Winter dziekowal za sos z zurawiny….a ja …za Szczesliwe Zycie, Rodzine i Przyjaciol.

A potem jedlismy i pilismy, a miod nam po brodzie slywal…Rozmowom nie bylo konca, dzieci zmeczone lezaly przed kominkiem ogladajac bajke, a my politykowalismy i jedli, i kosztowali wina. Byl oczywiscie tradycyjny indyk, nadzienie a la moj maz, tradycyjne nie moglo zabraknac  slodkich ziemniakow, kukurydzy, brukselki i sosu zurawinowego. Na przystawke byla pasta z bialej fasoli i articzokow z grzankami, salata z wlasnorecznie skandyzowanych orzechow pekanowych i jagd, roznorodne sery, i przepyszne wloskie, czewone wino. Zawsze raczej omijalam czerwone wloskie, bo jakos nie ta szerokos geografinczna na czerwone wino, ale mile sie zaskoczylam. I sernik z dyni!

niedziela, 8 października 2017

Zbieramy jablka a Lenox obchodzi 250 lat!



Wczoraj obczodzilismy 250 lecie naszego miasteczka-Lenox. Byla oczywiscie, wedlug amerykanskiej tracycji, parada przez srodek miast. Pomagalismy po szkole malowac akwarelki odtwarzajace widoki miasta ze starych fotografi, ktorymi byl udekrowany pojazd reprezentujacy szkole Victora.   Nasi  przyjaciele z Europy, ktorzy odwiedzaja nas regularnie, przynajmiej raz w roku, bez
wzgledy na nic -nawet na niedawno co urodzona coreczke (po prostu przyjechala z nimi), smiali sie, ze w Europie obchodzi sie np. 1250 rocznice, a tu juz na 250 lat ludzie sie ciesza. Coz … mlode panstwo. Smieszy amerykanska definicja antyku. Rzeczy, ktore my w Europie , wystawiamy na strych lub wyrzucamy “bo po babci, czy po cioci”, tu sa ustawiane w sklepach antycznych.  Zawsze rozbawial mnie sklep antyczny w Bostonie, ktory specjalizowal sie w …klaoryferach.  Caly sklep (z wywieszka “Antyki”) jak I przed sklepem wypelniony byl kaloryferami roznej wielkosci, kolorow, “stylow” (nawet bym nie pomyslala), jak rownie stopnia zardzewienia.  Klasyczne zeberka z blokow PRL-owskich, na ktorych w moim dziecinstwie…rozne rzeczy sie dzialy. Odwieczne pranie, nieraz tez obok suszyla sie kielbsa, tuziez  w sloju “naciagala sie” cebula z cukrem na kaszel, a raz nawet pamietam chodowalam “pleśn ” na zajecia z biologii. Pamietam jak dzis instrukcje pani z biologi: na spodeczek (taki szklany – dzis pewnie bylby zaklasyficowany jako “amerykanski antyk”) polozylam  wilgotna ligline (czy ktos dzis pamieta ligline!, co sie robilo z liglina), na to skorke chleba i przykrylam szklanka. Po paru dniach mialam piekna pleśni , ktora prezentowalam na zajeciach biologi, w rama uczenie sie o pleśni  i zarodnikach.  Jak sobie teraz o tym pomysle….Pewnie  byla bym usunieta ze szkoly za przyniesienie toksyn, a wtedy - prosze, pani z biologi byla nowoczesna i wprowadzala “interakcyjne zajecia”.

Zyjemy juz jesiennym tempem. Tradycyjnie pojechalismy na zbieraie jablek.  Jedziemy zawsze na “nasza farme” na wzgorzu. Objadamy sie jablkami, zabieramy co piekniejsze do domu, wybieramy dynie,  ta glowna na schody przed domem, bo pozniej i tak dokupujemy dynie do malowania, naklejania, wycinania w zaleznosci od nastroju. Jest tam tez taki malutki sklepik, z domowymi przetworami, miodem,  ale tez  z …ze wszystkim. W zaleznosci od pory roku. Domowej roboty swieczki, mydla, zrobione na drutach/szydelkiem  – tym razem dynie, myszki ect., rozne figurki i figureczki, czyli jednym slowem mowiac rzeczy dla mnie “niezbedne”. Rzeczy ktore woze, ze soba po calym swiecie, bo nie mam serca ich nigdy potem wyrzucic.

Dzis przetwarzlismy wczoraj nazjbierane jablka.  Po pierwsze  - jablecznik. Klasyczne ciasto owocowe pieczone praktycznie co weekend przez moja Mame z roznymi owocami, w zaleznosi od pory roku. Dla mnie najsmaczniejsze wlasnie z jablkami. W moim domu dziecinstwa wszyscy preferowali wisnie. A ja wlasnie jablka. Z odrobina cynamonu. Owoce byly z ogrodu Babci Nadzi Dziadka Wladka…Drylowalismy wisnie, spryskani sokiem. Jablka na dzrzewach, po dzrzewami, agrest i porzeczki na krzakach….sliwki wegierki mozna bylo zrywac wychylajac sie z okna kuchni. Morele, miabelki, orzech wloski i orzeszki laskowe….Warzywniak, ziola, szklarnia z pomidorami, kwiaty….Przepis na ciasto mam we krwi. Moge robic z zamknietymi oczami, ale….dzis zapomialam dodac piane z ubitych bialek!!! Przypomnialo mi sie jak wstawilam pierwsza czesc ciasta do pielarnika!. A i tak wyszlo!.

Myszkujemy po sklepiku.

Jablecznik wedlug mojej Mamy.

wtorek, 19 września 2017

Resztki slonca, resztki lata. I praca.


Leniwe slonce...

Lapiemy ostatnie promyki slonca. Letniego slonca. Wieczory juz chlodnejsze, a noce …dosc chlodne. Uwielbiam spac przy otwartym oknie jak jest tak “swiezo”. Z rana czesto gesta mgla sie poklada w dolinach,  wiec droga do pracy jest pieknie-niebezpieczna. Rozgladam sie na boki a z radia cichutko leci Włodek Pawlik i jego "Night in Calisia" - czyli po prostu “Noc w Kaliszu”, za ktora dostal nagrode Grammy w 2014. Lubie tak rozpoczac dzien. W pracy troche zmian. Jestem od 1 lipca calkowicie “outpatient”, tzn mam pacjetow dochodzacych, ambulatoryjnych. Mam w koncu czas na - jak to moj ordynator nazywa – poznanie czlowieka w pacjecie. Kocham to co robie. Nie moge sobie wyobrazic, ba, przypomniej jak to bylo, jak ja sie zdecydowalam na chirurgie, i jak dawalam rade. Wiedze siebie na zdjeciach z tego czasu….hm….usmiechalam sie, wiec chyba nie byio tak zle. Ale, bylo minelo, decyzja podjeta o zmianie byla zdecydownaie jedna z najlepszych jakie podjelam. O miewam i trudne dni…jak ich nie miec, sluchajac histrori o byciu molestowanym przez 12 lat….Zloszcze sie, jak mi pacjeci wychodza trzaskajac drzwiami, niezadowolonei, ze nie przepisalam tego co by chcieli. Najczesciej sa to benzodiazepiny typu Valim albo srodki pobudzajace. Na prawde….przynakmniej 1 osoba na 10 twierdzi ze ma ADHA…ludzie...!!!! Ale ogolnie to taka sadysfakcje, widzac jak sje pacjeci zaczynaja usmiechac, wracaja przejecie i opowiadaja, jak im minal weekend, tydzien, miesiac, jak sie w koncy przelamali i zrobili to czy tamto. Jak demon przeszlosci odsunal sie na bok, a zycie nabralo kolorow i sensu. Niech nawet mlutkiego.  Wedlug przyslowia: “if you do what you want, you will never work a day in your life” – jak lubisz to co robisz, to nigdy nie bedziesz musial przepracowan, nawet jednego dnia w swoim zyciu. No moze nie do konca tak czuje, bo niektore dni sa bardizej stresujace niz inne. No a dyzury zdecydownaie nie sa moja pasja zycia. Jestem w roznych miejscach, klnika przy szpitalu, w jedne dni dorosli, w inne dnie przyjmuje dzieci. We wtorki jestem w klinice “Programu pomocy pracownikom” co jest dosc …. nie koniecznie do konca przyjemne, bo przyjmuje ludzi z ktorymi pracuje. Wiec sytuacje jest nieraz niezbyt komfortowa dle obydwuch stron., jak np moja pacjetka jest rowniez pieleniarka na moje nocnej zmianie, albo siedzi obok mnie na stolowce. Najciezsze sa dla mnie czwartki, kiedy jestem konsultantem w prywatnej praktyce. Tam sa najczesciej najbardziej skomplikowna przypadku. I najwiecej “trzaskan drzwiami”. Zloszcze sie, ale tez jest mi przykro ze nie pomoglam, a przeciez ktos przyszedl w potrzebie. Nawet jak mial dosc konkretne wyobrarzenie jak jego czy jej potrzeba wyglada.

Wieczorami i w weekendy lapiemy lato. Ostatnie podrygi na naszym grylu, grylowe party tu i tam, sniadania i kolcje na tarasie. W zeszly weekend zrobilismy sobie po prostu nmilego rodzinnego grila, dla CALEJ naszej trojki. Wyporobowalam fantastyczna…nie wiem jak to nazwac, wiec nazwie to patelnia, ktora dostalam od mojej tesciowej na ktorej moge grylowac warzywa. Wrzucilismy melon na ruszt…..hmmmm “niebo w gebie” jak mowila moja Bacia. Powolutku zegnamy lato. Staram sie nie spieszyc….

Moja nowa zabawka - patelnie do grilowanie warzyw :)

Nasz wieczor - i inauguracja patelni:)
Deser musi byc!
Taras,  na kazda pore dnia.
I jeszcze raz...choc w inny dzien.

Moje tarasowe kwiaty.

Wieczor....oczywiscie na tarasie. (z komarami)


niedziela, 27 sierpnia 2017

Piekno Poludnia i uciekamy przed huraganem.


Do Galveston zawsze chetnie wracam. Rodzice T maja tam apartament z pieknym widokiem na Zatoke Meksykanska. Do tej pory zawsze jechalismy sami, tym razem Victor na towarzyszyl. Oczywiscie dla niego wieksza atrakcja byl basen, niz morze, ale i
tak dal sie zaciagnac na zbieranie muszelek. No i oczywiscie skakanie na fale morza. Miasto Galvestone leży na wyspie Galveston, połączonej ze stałym lądem dwoma mostami drogowymi, jednym kolejowym i przeprawą promową. Miasto zajmuje niemal cały obszar wyspy, z wyjątkiem stanowiącej enklawę miejscowości Jamaica Beach.  Statek hiszpańskiego podroznika Cabeza de Vaca i jego załogi rozbil sie o brzeg wyspy lub w pobliżu w listopadzie 1528 nazywając ją "Isla de Malhado"  - "Wyspa złego przeznaczenia" . W 1785 roku Hiszpański badacz José de Evia nazwał wyspę Villa Gálvez na cześć Bernardo de Gálvez y Madryt, hrabiego Gálveza. Sama osada Galveston na wyspie został a zalozone około 1816 roku przez francuskiego pirate Louis-Michel Aury w celu wsparcia rebelii Meksyku przeciwko Hiszpanii. W 1817 roku Aury wrócił z nieudanego ataku przeciwko Hiszpanii, aby znaleźć Galveston zajęty przez pirata Jean Lafitte, ktory to pozostał w Galveston do 1821 roku, kiedy to marynarka wojenna Stanów Zjednoczonych zmusiła go i jego bandytów do opuszczenie wyspy.
Galveston jest typowym przykładem wiktoriańskiego miasteczka z południa Stanów Zjednoczonych. Galveston rowniez jest nazywany Oleander City, od kwitnacych tu od kwietnia do pazdziernika oleandrow.Obchody tradycyjnego karnawału - Mardi Gras są niemal tak huczne jak w Nowym Orleanie, przez co ściągają rzesze turystów. Plaże
Galveston przez większość roku sa miejscem wypoczynku dla mieszkańców Houston. Godzina drogi z centum miast i zmiast wiezowcow i korkow samochodowych, urokliwe miasteczo i wakacyjny klimat.  Choc musze dodac, ze rafinerie naftowe, sa czascia krajobrazu, jako ze pola naftowe leza pod dnem Zatoki (glowne zrodlo dochdowe Teksasu). Czasy świetności Galveston to przełom XIX i XX wieku. Galveston byl jednym z glownych portow kontynentu Polnocnej Ameryki, przystajnia przyjmujaca europejskich emigrantow, byl rowniez stolica Republiki Teksanskiej.
We wrześniu 1900 miasto zostało zdewastowane przez huragan i powódź. Wiejący przez 18 godzin huraganowy wiatr wzniósł sztormowe fale na wysokość 7 metrów. Woda błyskawicznie zalała port i liczącą wówczas 42 tys. mieszkańców miejscowość. W wyniku powodzi zginęło ok. 6 tys. ludzi. Choc większość budynków w historycznej części miasta została wyremontowana, Galveston nigdy juz nie podniosl sie z ekonomicznej ruiny. Glownym zrodlem dochodow jest turystyka, rybolostwo i kompleks medyczny. Bardzo lubie male miasteczka, maja swoj klimat, swoje tajemnice. Cudnie bylo chodzic po tych uliczkach. Upal tam az tak nie doskwiera, prawdopodobnie przez swieza bryze morska. Spacerowalismy zagladajac to malutkich sklepikow i dawalo sie wyczuc niepokoj. Tubylcy sa chetni do rozmow, a te byly glownie skoncentrowane woklo jednego tematu – huraganu Harvea. Nauczeni zyciem mieszkancy Galveston

stawiaja wiekszosc budynkow na palach, co  powinno uchronić je przed zmieceniem przez fale przelewające się przez wyspę z Zatoki Meksykańskiej do Galveston Bay, niemniej jednak natura jest nieprzewidzialna. Z dnia na dzien robilo sie coraz nieprzyjemniej. Pewnego ranka zobaczylismy na plazy wozy roznych stacjl telewizyjnych nadajacych transmisje, ludzi dzwigajacych worki z piaskiem, wszedzie wyswietlane napisy “prosze zaopatrzyc sie w wode i paliwo”….wrzucilismy rzeczy do walizki i ruszylismy w powrotna droge do Houston. Od tej chwili huragan byl juz tylko jednym tematem. Zrozumialam o co chodzi w komunikatach “prosze zaopatrzyc sie w paliwo". Jak nagle trzeba opuscis mieszkanie i uciekac wprost przed siebie to sie nieraz godzinami stoi w korkach samochodowych. Samochody, ktorym zabraknie benzyny sa spychane na pobocza, zeby nie blokowac i tak nieprzejezdnych drog. Dojechalismy do Houston (gdzie miaszkaja moi tesciowie) szczesliwie.
W miedzyczasie przyszedl mail od lini lotniczych, ze proponuje przelozenie lotu. T zaja sie tym, a my na wszelki wypadek pojechalismy do sklepu. Przypomnial mi sie stan wojenny….puste polki. Nie ma wody, chleba, i baterii. To ponoc najwazniejsze. W drodze do domu zaczelo padac. W domu zaczelismy  – a wlasciwie glownie to Victor pomagal, napelniac wszystkie mozliwe pojemniki woda. T udalo sie zdobyc bilety lotnicze!!! Wiec znowu do samochodu i na lotnisko, z dusza na ramieniu czy samolotu nie odwolaja w ostniej chwili. Odlecielismy…co prawda z przygodami, bo w Waszyngtonie okazalo sie, ze sprzedano nam bilety na wyrost, i w samolocie nie ma juz miejsc… Sa dobrzy ludzie na tym swiecie….3 studentow zrezygnowalo ze swojego lotu dla nas. Zdaje sobie sprawe, ze linie lotnicze im to zrekompensuja, ale dla nas to byla wielka rzecz!byla polnoc i bylismy tacy zmeczeni i glodni. Obiecalm sobie, ze kiedys to tez dla kgos zrobie. Nsze wakacje skonczyly sie… dosc brutalnie. Jestesmy spowrotem na naszej Aleji Zachodzacego Slonaca. Bezpieczni. Ale Rodzina i Przyjaciele w tej chwili walcza z zywiolem. Kolega T, weterynarz evakuluje chora mame i zwierzeta ze swojej kliniki….


sobota, 26 sierpnia 2017

Houston, Teksas.


Dlugo nie pisalam. Strasznie dlugo, ale to dluzsza historia, i nie na dzisiaj. Wczoraj w nocy wrocilismy z Teksasu. Wczasniej niz planowalismy. Wakacje w tym roku, postanowilismy (w ostaniej chwili zreaszta) spedzic w Houston. Moj prawdziwie kowbojski maz jest z Houston, i chcielismy pobyc troche z Rodzina, przyjaciolmi, i skorzystac z kulturalnej sceny Houston. Victor tesknil tez za swoim kuzynostwem, wiec decyzja zostal powzieta, dodajac jeszcze, ze nasi dobrzy znajomi przeprowadzili sie do
Car culture
Houston pare miesiecy temu. Tak wiec napredce spakowalismy walizki i odlot. Houston jak zwykle nas nie rozczarowalo. Jest to największe miasto stanu Teksas i jednocześnie czwarte pod względem wielkości miasto w Stanach Zjednoczonych. Powstało w 1836 roku na ziemiach znajdujących się nieopodal brzegów Buffalo Bayou, a 1837 roku uzyskało oficjalnie prawa miejskie, a także swoją obecną nazwę, zaczerpniętą od nazwiska ówczesnego prezydenta Republiki Teksasu, generała Sama Houstona. Rozrastający się port oraz przemysł kolejowy, a także odkrycie ropy naftowej w 1901 roku skutkowało ciągłymi wzrostami populacji miasta. W połowie XX wieku w Houston wybudowano Texas Medical Center, największą na świecie koncentrację obiektów związanych z ochroną zdrowia i instytutów badawczych, oraz NASA - Johnson Space Center, gdzie znajduje się Centrum Kontroli Misji Kosmicznych. Houston ustępuje jedynie Nowemu Jorkowi
Jedna z najpiekniejszych sal koncertowych jakie
do tej pory widzialam. Houston, TX
pod względem liczby siedzib głównych korporacji z listy "Fortune 500", które znajdują się w mieście.
 Minus tej kosmopoitycznej metropolii to…odleglosci. W Houston wszedzie sie jedzie. Nawet po to przyslowiowe “mleko”. Raz, ze odleglosci, a dwa, ze temperatury delikatnie ujac…nie tego sie nie da delikatnie ujac, zar wali z nieba. Auta sa wszedzie, i autostrady, gora, dolem, bokiem, wszedzie! Jak to T mowi “car culture”.  Teksas przechodzil pomiedzy Meksykiem i Ameryka, i kultura meksykanska ma dosc duzy wplyw na ten stan. Przynajmniej tak ja to odbieram. Chociaz, pewnie to tak jak pomiedzy Polska Rosja. Dla nas diametralan roznice, a dla obcokrajowco “wsjo rawno”.T i ja jestesmy fanami dobrego jedzenia, a co za tym idzie to i dobrych restauracji, a moj maz do tego ma “muzyczny odlot”, a tego w Houston nie brak. Zawsze jak jedziemy do Teksasu to przynajmniej jedno z wyjsc to meksykanska restauracja. Tym razem wybralismy sie do "Hugo". Chef - Hugo Ortega zdobyl w tym Roku nagrode Jamesa Beard - "oskar amerykanskiej sceny kulinarnej" . Kombinacja przyjaciele+dobre jedzenie+muzyka, nic dodac nic ujac. Kolega T, ktory rowniez jest z wyksztalcenia pracownikiem naukowym, wrocil do Houston po wielolenim pobycie w Bostonie. Jego zona udziela sie politycznie, byla w komitecie doradczym gubernatora Massachusset, i od wielelu juz lat pracuje dla akcji “Clean water” (Czysta Woda). Jest zapalona demokratka, jak rowniez i my, co jest "czerwona plachta na byka” w do ckna republikanskim Teksasie. Muzycznym high lightem pobytu byl dla nas koncert Lyla Lovetta  w przepieknej Sali kncertowej w samy centrum miasta czytli tzw. Downtown. Suft tej Sali byl jak gdyby  gwiazdozbiorem Drogi Mlecznej, niby-gwiazdki migotaly dyskretnie i zmienialy  polozenie.  Chlopaki zaliczyli rowniez mecz bejzbolowy, ale ja wolalam sobie posiedzic w tym czasie z dobra ksiazka i bilay winem.

W planie byl rowniez Galveston. No wlasnie…o tym moze jutro, bo wciaz mi rece drza.






Czas dla siebie

niedziela, 26 lutego 2017

Wakacje, Kolorado, narty i choroba wysokosciowa.

Gory Skaliste - pierwsze wrazenia. W drodze z lotniska w Denver do Breckenridge.
Wakacje zimowe przeminely z wiatrem, tudziez burza sniezna. W tym roku spedzilismy je w Breckenridge, malej miejscowości w stanie Kolorado, w środkowej części Stanów Zjednoczonych. Miasteczko to lezy 2926 metrow nad poziomem morza, wśród szczytów Gór Skalistych - Rocky Mountains.  Góry Skaliste to część Kordylierów. rzciągających się na długości 4800 kilometrów, na terenie USA i Kanady. Najwyższy szczyt pasma - Mount Elbert - ma wysokość 4401 m n.p.m. i leży wlasnie w Kolorado. Breckenridge jest ośrodkiem turystycznym i narciarskim i zima sciagaja tu tlum, choc ostatnio robi sie coraz popularniejsze i w lecie za wzgledu na festiwal filmowy, no i oczywicie wlalory przyrody. Kręcono tu także niektóre sceny filmów W krzywym zwierciadle, Witaj,
Święty Mikołaju, Głupi i głupszy. To misteczko do ktorego moj maz ma szczegolny sentyment, jako ze tu spedzal wiekszosc swoich wakacji. Jego Rodzice maja tu apartament z ktorego mozna wyjsc/wyjechac wprost na wyciag narciarski. Moj tesc jest "narciarsko zwariowany". Ma 82 lata, jezdzi na nartach po diamentowych szlakach i jest w lepszej kondycji niz my wszyscy Tak wiec w konc wybralismy sie na narty do Kolorado! Nie takie to znowu oczywiste, bo ja ostatni raz na na nartach bylam w Zakopanem w wieku 6 lat. Przygladalm sie Alpom przez wiele lat z okna Klinikum Groshadern w Monachium z zamiarem wybrania sie na narty “po dyzuze”, “w przyszlym sezonie”, “po studiach”, "jak sobie kupie odpowiednia kurtka", “jak bede miala z kim” ect. i tak az do zeszlego tygodnia, kiedy to wylot do Kolorado byl tuz tuz, a ja nawet nie wiedzialam jak zalozyc buty narciarskie. W buzy snieznej mialam godzinna lekcje jazdy na nartach… OK, uczciwie powiedziawszy… stania na nartach, no i polecielismy. Victor jezdzi na nartach juz dwa sezony, a T …od zawsze, nuaczyl sie wlasnie tam w Kolorado, jako dziecko.


Kolorado jest ponoc jednym z najlepszych miejsc narciarskich nie tylko w USA ale i na swiecie. Pisze ponoc, bo oprocz naszych okolicznych “pagorkow”, sama osobiscie nie mam porownania. Kolorado ma 300 slonacznych dni w roku oraz 8.5 m sredniej ilosci opadow sniegu, czyli suma sumarum niezle jak na wrunki narciarskie. Ze wzgledu na polozenie ma niestety rowniez predyspozycje do choroby wysokościowej. Uprzedzano mnie o tym, troche czytalam, popytalam sie wsrod znajomych i zdecydowalam, ze “jakos” dam rade, skoro inni sobie poradzili. Wiekszosc doroslych odczuwa dolegliwości, ktore sa spowodowane brakiem adaptacji do warunków panujących na dużych wysokościach. Z reguły pojawia się na wysokościach powyżej 2500 m n.p.m., gdzie dostępność tlenu w powietrzu, ze względu na rozrzedzenie
atmosfery, zaczyna być za mała na potrzeby organizmu. Juz w ramach profilaktycznych, nie moza doleciec do samego Breckenridge. Samolot zatrzymuje sie w nizej polozonym Denver, i idealnie bylo by zatrzymac sie tam na jeden dzien. Czego my nie zrobilismy, bo “gory nas wolaly”. Za to przyplacilam to (nie tylko ja) bolem glowy, kolataniem serca, bolem w klatce piersiowej. Okropne uczucie, ze musisz wziasc strasznie glebojki oddech, a pomimo gimnastyki przepony, po prosytu czujesz sie nie dotleniona, wiec bierzesz nastepny, i nastepny, i nastepny gleboki oddech. Pomimo iz bylam na to przygotowana, nie bylo to przyjemne. Pouczono nas, iz nalezy pic bardzo duzo wody (pilam, za to 2h jazdy samochodem bez przystanku z Denver do Breckenridge bylo tortura), unikac kawy (nie mozliwe dla mie), alkoholu (hmmm…na urlopie) i wysilku fizycznego (ciezko jak sie czlowiek wlasnie wybral na narty). Po raz pierwszy widzialam, ze w zwyczajnych sklepach, moza kupic tlen. Taki maly, “kieszonkowy”, i sobie psiknac do ust, jak sie chce. Ha! Podroze ksztalca!

Ciag dalszy o Kolorado zdecydownaie nastapi, teraz krotkie przygotowanie na jutrzejszy powrot do rzeczywistosci.