niedziela, 8 października 2017

Zbieramy jablka a Lenox obchodzi 250 lat!



Wczoraj obczodzilismy 250 lecie naszego miasteczka-Lenox. Byla oczywiscie, wedlug amerykanskiej tracycji, parada przez srodek miast. Pomagalismy po szkole malowac akwarelki odtwarzajace widoki miasta ze starych fotografi, ktorymi byl udekrowany pojazd reprezentujacy szkole Victora.   Nasi  przyjaciele z Europy, ktorzy odwiedzaja nas regularnie, przynajmiej raz w roku, bez
wzgledy na nic -nawet na niedawno co urodzona coreczke (po prostu przyjechala z nimi), smiali sie, ze w Europie obchodzi sie np. 1250 rocznice, a tu juz na 250 lat ludzie sie ciesza. Coz … mlode panstwo. Smieszy amerykanska definicja antyku. Rzeczy, ktore my w Europie , wystawiamy na strych lub wyrzucamy “bo po babci, czy po cioci”, tu sa ustawiane w sklepach antycznych.  Zawsze rozbawial mnie sklep antyczny w Bostonie, ktory specjalizowal sie w …klaoryferach.  Caly sklep (z wywieszka “Antyki”) jak I przed sklepem wypelniony byl kaloryferami roznej wielkosci, kolorow, “stylow” (nawet bym nie pomyslala), jak rownie stopnia zardzewienia.  Klasyczne zeberka z blokow PRL-owskich, na ktorych w moim dziecinstwie…rozne rzeczy sie dzialy. Odwieczne pranie, nieraz tez obok suszyla sie kielbsa, tuziez  w sloju “naciagala sie” cebula z cukrem na kaszel, a raz nawet pamietam chodowalam “pleśn ” na zajecia z biologii. Pamietam jak dzis instrukcje pani z biologi: na spodeczek (taki szklany – dzis pewnie bylby zaklasyficowany jako “amerykanski antyk”) polozylam  wilgotna ligline (czy ktos dzis pamieta ligline!, co sie robilo z liglina), na to skorke chleba i przykrylam szklanka. Po paru dniach mialam piekna pleśni , ktora prezentowalam na zajeciach biologi, w rama uczenie sie o pleśni  i zarodnikach.  Jak sobie teraz o tym pomysle….Pewnie  byla bym usunieta ze szkoly za przyniesienie toksyn, a wtedy - prosze, pani z biologi byla nowoczesna i wprowadzala “interakcyjne zajecia”.

Zyjemy juz jesiennym tempem. Tradycyjnie pojechalismy na zbieraie jablek.  Jedziemy zawsze na “nasza farme” na wzgorzu. Objadamy sie jablkami, zabieramy co piekniejsze do domu, wybieramy dynie,  ta glowna na schody przed domem, bo pozniej i tak dokupujemy dynie do malowania, naklejania, wycinania w zaleznosci od nastroju. Jest tam tez taki malutki sklepik, z domowymi przetworami, miodem,  ale tez  z …ze wszystkim. W zaleznosci od pory roku. Domowej roboty swieczki, mydla, zrobione na drutach/szydelkiem  – tym razem dynie, myszki ect., rozne figurki i figureczki, czyli jednym slowem mowiac rzeczy dla mnie “niezbedne”. Rzeczy ktore woze, ze soba po calym swiecie, bo nie mam serca ich nigdy potem wyrzucic.

Dzis przetwarzlismy wczoraj nazjbierane jablka.  Po pierwsze  - jablecznik. Klasyczne ciasto owocowe pieczone praktycznie co weekend przez moja Mame z roznymi owocami, w zaleznosi od pory roku. Dla mnie najsmaczniejsze wlasnie z jablkami. W moim domu dziecinstwa wszyscy preferowali wisnie. A ja wlasnie jablka. Z odrobina cynamonu. Owoce byly z ogrodu Babci Nadzi Dziadka Wladka…Drylowalismy wisnie, spryskani sokiem. Jablka na dzrzewach, po dzrzewami, agrest i porzeczki na krzakach….sliwki wegierki mozna bylo zrywac wychylajac sie z okna kuchni. Morele, miabelki, orzech wloski i orzeszki laskowe….Warzywniak, ziola, szklarnia z pomidorami, kwiaty….Przepis na ciasto mam we krwi. Moge robic z zamknietymi oczami, ale….dzis zapomialam dodac piane z ubitych bialek!!! Przypomnialo mi sie jak wstawilam pierwsza czesc ciasta do pielarnika!. A i tak wyszlo!.

Myszkujemy po sklepiku.

Jablecznik wedlug mojej Mamy.

wtorek, 19 września 2017

Resztki slonca, resztki lata. I praca.


Leniwe slonce...

Lapiemy ostatnie promyki slonca. Letniego slonca. Wieczory juz chlodnejsze, a noce …dosc chlodne. Uwielbiam spac przy otwartym oknie jak jest tak “swiezo”. Z rana czesto gesta mgla sie poklada w dolinach,  wiec droga do pracy jest pieknie-niebezpieczna. Rozgladam sie na boki a z radia cichutko leci Włodek Pawlik i jego "Night in Calisia" - czyli po prostu “Noc w Kaliszu”, za ktora dostal nagrode Grammy w 2014. Lubie tak rozpoczac dzien. W pracy troche zmian. Jestem od 1 lipca calkowicie “outpatient”, tzn mam pacjetow dochodzacych, ambulatoryjnych. Mam w koncu czas na - jak to moj ordynator nazywa – poznanie czlowieka w pacjecie. Kocham to co robie. Nie moge sobie wyobrazic, ba, przypomniej jak to bylo, jak ja sie zdecydowalam na chirurgie, i jak dawalam rade. Wiedze siebie na zdjeciach z tego czasu….hm….usmiechalam sie, wiec chyba nie byio tak zle. Ale, bylo minelo, decyzja podjeta o zmianie byla zdecydownaie jedna z najlepszych jakie podjelam. O miewam i trudne dni…jak ich nie miec, sluchajac histrori o byciu molestowanym przez 12 lat….Zloszcze sie, jak mi pacjeci wychodza trzaskajac drzwiami, niezadowolonei, ze nie przepisalam tego co by chcieli. Najczesciej sa to benzodiazepiny typu Valim albo srodki pobudzajace. Na prawde….przynakmniej 1 osoba na 10 twierdzi ze ma ADHA…ludzie...!!!! Ale ogolnie to taka sadysfakcje, widzac jak sje pacjeci zaczynaja usmiechac, wracaja przejecie i opowiadaja, jak im minal weekend, tydzien, miesiac, jak sie w koncy przelamali i zrobili to czy tamto. Jak demon przeszlosci odsunal sie na bok, a zycie nabralo kolorow i sensu. Niech nawet mlutkiego.  Wedlug przyslowia: “if you do what you want, you will never work a day in your life” – jak lubisz to co robisz, to nigdy nie bedziesz musial przepracowan, nawet jednego dnia w swoim zyciu. No moze nie do konca tak czuje, bo niektore dni sa bardizej stresujace niz inne. No a dyzury zdecydownaie nie sa moja pasja zycia. Jestem w roznych miejscach, klnika przy szpitalu, w jedne dni dorosli, w inne dnie przyjmuje dzieci. We wtorki jestem w klinice “Programu pomocy pracownikom” co jest dosc …. nie koniecznie do konca przyjemne, bo przyjmuje ludzi z ktorymi pracuje. Wiec sytuacje jest nieraz niezbyt komfortowa dle obydwuch stron., jak np moja pacjetka jest rowniez pieleniarka na moje nocnej zmianie, albo siedzi obok mnie na stolowce. Najciezsze sa dla mnie czwartki, kiedy jestem konsultantem w prywatnej praktyce. Tam sa najczesciej najbardziej skomplikowna przypadku. I najwiecej “trzaskan drzwiami”. Zloszcze sie, ale tez jest mi przykro ze nie pomoglam, a przeciez ktos przyszedl w potrzebie. Nawet jak mial dosc konkretne wyobrarzenie jak jego czy jej potrzeba wyglada.

Wieczorami i w weekendy lapiemy lato. Ostatnie podrygi na naszym grylu, grylowe party tu i tam, sniadania i kolcje na tarasie. W zeszly weekend zrobilismy sobie po prostu nmilego rodzinnego grila, dla CALEJ naszej trojki. Wyporobowalam fantastyczna…nie wiem jak to nazwac, wiec nazwie to patelnia, ktora dostalam od mojej tesciowej na ktorej moge grylowac warzywa. Wrzucilismy melon na ruszt…..hmmmm “niebo w gebie” jak mowila moja Bacia. Powolutku zegnamy lato. Staram sie nie spieszyc….

Moja nowa zabawka - patelnie do grilowanie warzyw :)

Nasz wieczor - i inauguracja patelni:)
Deser musi byc!
Taras,  na kazda pore dnia.
I jeszcze raz...choc w inny dzien.

Moje tarasowe kwiaty.

Wieczor....oczywiscie na tarasie. (z komarami)


niedziela, 27 sierpnia 2017

Piekno Poludnia i uciekamy przed huraganem.


Do Galveston zawsze chetnie wracam. Rodzice T maja tam apartament z pieknym widokiem na Zatoke Meksykanska. Do tej pory zawsze jechalismy sami, tym razem Victor na towarzyszyl. Oczywiscie dla niego wieksza atrakcja byl basen, niz morze, ale i
tak dal sie zaciagnac na zbieranie muszelek. No i oczywiscie skakanie na fale morza. Miasto Galvestone leży na wyspie Galveston, połączonej ze stałym lądem dwoma mostami drogowymi, jednym kolejowym i przeprawą promową. Miasto zajmuje niemal cały obszar wyspy, z wyjątkiem stanowiącej enklawę miejscowości Jamaica Beach.  Statek hiszpańskiego podroznika Cabeza de Vaca i jego załogi rozbil sie o brzeg wyspy lub w pobliżu w listopadzie 1528 nazywając ją "Isla de Malhado"  - "Wyspa złego przeznaczenia" . W 1785 roku Hiszpański badacz José de Evia nazwał wyspę Villa Gálvez na cześć Bernardo de Gálvez y Madryt, hrabiego Gálveza. Sama osada Galveston na wyspie został a zalozone około 1816 roku przez francuskiego pirate Louis-Michel Aury w celu wsparcia rebelii Meksyku przeciwko Hiszpanii. W 1817 roku Aury wrócił z nieudanego ataku przeciwko Hiszpanii, aby znaleźć Galveston zajęty przez pirata Jean Lafitte, ktory to pozostał w Galveston do 1821 roku, kiedy to marynarka wojenna Stanów Zjednoczonych zmusiła go i jego bandytów do opuszczenie wyspy.
Galveston jest typowym przykładem wiktoriańskiego miasteczka z południa Stanów Zjednoczonych. Galveston rowniez jest nazywany Oleander City, od kwitnacych tu od kwietnia do pazdziernika oleandrow.Obchody tradycyjnego karnawału - Mardi Gras są niemal tak huczne jak w Nowym Orleanie, przez co ściągają rzesze turystów. Plaże
Galveston przez większość roku sa miejscem wypoczynku dla mieszkańców Houston. Godzina drogi z centum miast i zmiast wiezowcow i korkow samochodowych, urokliwe miasteczo i wakacyjny klimat.  Choc musze dodac, ze rafinerie naftowe, sa czascia krajobrazu, jako ze pola naftowe leza pod dnem Zatoki (glowne zrodlo dochdowe Teksasu). Czasy świetności Galveston to przełom XIX i XX wieku. Galveston byl jednym z glownych portow kontynentu Polnocnej Ameryki, przystajnia przyjmujaca europejskich emigrantow, byl rowniez stolica Republiki Teksanskiej.
We wrześniu 1900 miasto zostało zdewastowane przez huragan i powódź. Wiejący przez 18 godzin huraganowy wiatr wzniósł sztormowe fale na wysokość 7 metrów. Woda błyskawicznie zalała port i liczącą wówczas 42 tys. mieszkańców miejscowość. W wyniku powodzi zginęło ok. 6 tys. ludzi. Choc większość budynków w historycznej części miasta została wyremontowana, Galveston nigdy juz nie podniosl sie z ekonomicznej ruiny. Glownym zrodlem dochodow jest turystyka, rybolostwo i kompleks medyczny. Bardzo lubie male miasteczka, maja swoj klimat, swoje tajemnice. Cudnie bylo chodzic po tych uliczkach. Upal tam az tak nie doskwiera, prawdopodobnie przez swieza bryze morska. Spacerowalismy zagladajac to malutkich sklepikow i dawalo sie wyczuc niepokoj. Tubylcy sa chetni do rozmow, a te byly glownie skoncentrowane woklo jednego tematu – huraganu Harvea. Nauczeni zyciem mieszkancy Galveston

stawiaja wiekszosc budynkow na palach, co  powinno uchronić je przed zmieceniem przez fale przelewające się przez wyspę z Zatoki Meksykańskiej do Galveston Bay, niemniej jednak natura jest nieprzewidzialna. Z dnia na dzien robilo sie coraz nieprzyjemniej. Pewnego ranka zobaczylismy na plazy wozy roznych stacjl telewizyjnych nadajacych transmisje, ludzi dzwigajacych worki z piaskiem, wszedzie wyswietlane napisy “prosze zaopatrzyc sie w wode i paliwo”….wrzucilismy rzeczy do walizki i ruszylismy w powrotna droge do Houston. Od tej chwili huragan byl juz tylko jednym tematem. Zrozumialam o co chodzi w komunikatach “prosze zaopatrzyc sie w paliwo". Jak nagle trzeba opuscis mieszkanie i uciekac wprost przed siebie to sie nieraz godzinami stoi w korkach samochodowych. Samochody, ktorym zabraknie benzyny sa spychane na pobocza, zeby nie blokowac i tak nieprzejezdnych drog. Dojechalismy do Houston (gdzie miaszkaja moi tesciowie) szczesliwie.
W miedzyczasie przyszedl mail od lini lotniczych, ze proponuje przelozenie lotu. T zaja sie tym, a my na wszelki wypadek pojechalismy do sklepu. Przypomnial mi sie stan wojenny….puste polki. Nie ma wody, chleba, i baterii. To ponoc najwazniejsze. W drodze do domu zaczelo padac. W domu zaczelismy  – a wlasciwie glownie to Victor pomagal, napelniac wszystkie mozliwe pojemniki woda. T udalo sie zdobyc bilety lotnicze!!! Wiec znowu do samochodu i na lotnisko, z dusza na ramieniu czy samolotu nie odwolaja w ostniej chwili. Odlecielismy…co prawda z przygodami, bo w Waszyngtonie okazalo sie, ze sprzedano nam bilety na wyrost, i w samolocie nie ma juz miejsc… Sa dobrzy ludzie na tym swiecie….3 studentow zrezygnowalo ze swojego lotu dla nas. Zdaje sobie sprawe, ze linie lotnicze im to zrekompensuja, ale dla nas to byla wielka rzecz!byla polnoc i bylismy tacy zmeczeni i glodni. Obiecalm sobie, ze kiedys to tez dla kgos zrobie. Nsze wakacje skonczyly sie… dosc brutalnie. Jestesmy spowrotem na naszej Aleji Zachodzacego Slonaca. Bezpieczni. Ale Rodzina i Przyjaciele w tej chwili walcza z zywiolem. Kolega T, weterynarz evakuluje chora mame i zwierzeta ze swojej kliniki….


sobota, 26 sierpnia 2017

Houston, Teksas.


Dlugo nie pisalam. Strasznie dlugo, ale to dluzsza historia, i nie na dzisiaj. Wczoraj w nocy wrocilismy z Teksasu. Wczasniej niz planowalismy. Wakacje w tym roku, postanowilismy (w ostaniej chwili zreaszta) spedzic w Houston. Moj prawdziwie kowbojski maz jest z Houston, i chcielismy pobyc troche z Rodzina, przyjaciolmi, i skorzystac z kulturalnej sceny Houston. Victor tesknil tez za swoim kuzynostwem, wiec decyzja zostal powzieta, dodajac jeszcze, ze nasi dobrzy znajomi przeprowadzili sie do
Car culture
Houston pare miesiecy temu. Tak wiec napredce spakowalismy walizki i odlot. Houston jak zwykle nas nie rozczarowalo. Jest to największe miasto stanu Teksas i jednocześnie czwarte pod względem wielkości miasto w Stanach Zjednoczonych. Powstało w 1836 roku na ziemiach znajdujących się nieopodal brzegów Buffalo Bayou, a 1837 roku uzyskało oficjalnie prawa miejskie, a także swoją obecną nazwę, zaczerpniętą od nazwiska ówczesnego prezydenta Republiki Teksasu, generała Sama Houstona. Rozrastający się port oraz przemysł kolejowy, a także odkrycie ropy naftowej w 1901 roku skutkowało ciągłymi wzrostami populacji miasta. W połowie XX wieku w Houston wybudowano Texas Medical Center, największą na świecie koncentrację obiektów związanych z ochroną zdrowia i instytutów badawczych, oraz NASA - Johnson Space Center, gdzie znajduje się Centrum Kontroli Misji Kosmicznych. Houston ustępuje jedynie Nowemu Jorkowi
Jedna z najpiekniejszych sal koncertowych jakie
do tej pory widzialam. Houston, TX
pod względem liczby siedzib głównych korporacji z listy "Fortune 500", które znajdują się w mieście.
 Minus tej kosmopoitycznej metropolii to…odleglosci. W Houston wszedzie sie jedzie. Nawet po to przyslowiowe “mleko”. Raz, ze odleglosci, a dwa, ze temperatury delikatnie ujac…nie tego sie nie da delikatnie ujac, zar wali z nieba. Auta sa wszedzie, i autostrady, gora, dolem, bokiem, wszedzie! Jak to T mowi “car culture”.  Teksas przechodzil pomiedzy Meksykiem i Ameryka, i kultura meksykanska ma dosc duzy wplyw na ten stan. Przynajmniej tak ja to odbieram. Chociaz, pewnie to tak jak pomiedzy Polska Rosja. Dla nas diametralan roznice, a dla obcokrajowco “wsjo rawno”.T i ja jestesmy fanami dobrego jedzenia, a co za tym idzie to i dobrych restauracji, a moj maz do tego ma “muzyczny odlot”, a tego w Houston nie brak. Zawsze jak jedziemy do Teksasu to przynajmniej jedno z wyjsc to meksykanska restauracja. Tym razem wybralismy sie do "Hugo". Chef - Hugo Ortega zdobyl w tym Roku nagrode Jamesa Beard - "oskar amerykanskiej sceny kulinarnej" . Kombinacja przyjaciele+dobre jedzenie+muzyka, nic dodac nic ujac. Kolega T, ktory rowniez jest z wyksztalcenia pracownikiem naukowym, wrocil do Houston po wielolenim pobycie w Bostonie. Jego zona udziela sie politycznie, byla w komitecie doradczym gubernatora Massachusset, i od wielelu juz lat pracuje dla akcji “Clean water” (Czysta Woda). Jest zapalona demokratka, jak rowniez i my, co jest "czerwona plachta na byka” w do ckna republikanskim Teksasie. Muzycznym high lightem pobytu byl dla nas koncert Lyla Lovetta  w przepieknej Sali kncertowej w samy centrum miasta czytli tzw. Downtown. Suft tej Sali byl jak gdyby  gwiazdozbiorem Drogi Mlecznej, niby-gwiazdki migotaly dyskretnie i zmienialy  polozenie.  Chlopaki zaliczyli rowniez mecz bejzbolowy, ale ja wolalam sobie posiedzic w tym czasie z dobra ksiazka i bilay winem.

W planie byl rowniez Galveston. No wlasnie…o tym moze jutro, bo wciaz mi rece drza.






Czas dla siebie

niedziela, 26 lutego 2017

Wakacje, Kolorado, narty i choroba wysokosciowa.

Gory Skaliste - pierwsze wrazenia. W drodze z lotniska w Denver do Breckenridge.
Wakacje zimowe przeminely z wiatrem, tudziez burza sniezna. W tym roku spedzilismy je w Breckenridge, malej miejscowości w stanie Kolorado, w środkowej części Stanów Zjednoczonych. Miasteczko to lezy 2926 metrow nad poziomem morza, wśród szczytów Gór Skalistych - Rocky Mountains.  Góry Skaliste to część Kordylierów. rzciągających się na długości 4800 kilometrów, na terenie USA i Kanady. Najwyższy szczyt pasma - Mount Elbert - ma wysokość 4401 m n.p.m. i leży wlasnie w Kolorado. Breckenridge jest ośrodkiem turystycznym i narciarskim i zima sciagaja tu tlum, choc ostatnio robi sie coraz popularniejsze i w lecie za wzgledu na festiwal filmowy, no i oczywicie wlalory przyrody. Kręcono tu także niektóre sceny filmów W krzywym zwierciadle, Witaj,
Święty Mikołaju, Głupi i głupszy. To misteczko do ktorego moj maz ma szczegolny sentyment, jako ze tu spedzal wiekszosc swoich wakacji. Jego Rodzice maja tu apartament z ktorego mozna wyjsc/wyjechac wprost na wyciag narciarski. Moj tesc jest "narciarsko zwariowany". Ma 82 lata, jezdzi na nartach po diamentowych szlakach i jest w lepszej kondycji niz my wszyscy Tak wiec w konc wybralismy sie na narty do Kolorado! Nie takie to znowu oczywiste, bo ja ostatni raz na na nartach bylam w Zakopanem w wieku 6 lat. Przygladalm sie Alpom przez wiele lat z okna Klinikum Groshadern w Monachium z zamiarem wybrania sie na narty “po dyzuze”, “w przyszlym sezonie”, “po studiach”, "jak sobie kupie odpowiednia kurtka", “jak bede miala z kim” ect. i tak az do zeszlego tygodnia, kiedy to wylot do Kolorado byl tuz tuz, a ja nawet nie wiedzialam jak zalozyc buty narciarskie. W buzy snieznej mialam godzinna lekcje jazdy na nartach… OK, uczciwie powiedziawszy… stania na nartach, no i polecielismy. Victor jezdzi na nartach juz dwa sezony, a T …od zawsze, nuaczyl sie wlasnie tam w Kolorado, jako dziecko.


Kolorado jest ponoc jednym z najlepszych miejsc narciarskich nie tylko w USA ale i na swiecie. Pisze ponoc, bo oprocz naszych okolicznych “pagorkow”, sama osobiscie nie mam porownania. Kolorado ma 300 slonacznych dni w roku oraz 8.5 m sredniej ilosci opadow sniegu, czyli suma sumarum niezle jak na wrunki narciarskie. Ze wzgledu na polozenie ma niestety rowniez predyspozycje do choroby wysokościowej. Uprzedzano mnie o tym, troche czytalam, popytalam sie wsrod znajomych i zdecydowalam, ze “jakos” dam rade, skoro inni sobie poradzili. Wiekszosc doroslych odczuwa dolegliwości, ktore sa spowodowane brakiem adaptacji do warunków panujących na dużych wysokościach. Z reguły pojawia się na wysokościach powyżej 2500 m n.p.m., gdzie dostępność tlenu w powietrzu, ze względu na rozrzedzenie
atmosfery, zaczyna być za mała na potrzeby organizmu. Juz w ramach profilaktycznych, nie moza doleciec do samego Breckenridge. Samolot zatrzymuje sie w nizej polozonym Denver, i idealnie bylo by zatrzymac sie tam na jeden dzien. Czego my nie zrobilismy, bo “gory nas wolaly”. Za to przyplacilam to (nie tylko ja) bolem glowy, kolataniem serca, bolem w klatce piersiowej. Okropne uczucie, ze musisz wziasc strasznie glebojki oddech, a pomimo gimnastyki przepony, po prosytu czujesz sie nie dotleniona, wiec bierzesz nastepny, i nastepny, i nastepny gleboki oddech. Pomimo iz bylam na to przygotowana, nie bylo to przyjemne. Pouczono nas, iz nalezy pic bardzo duzo wody (pilam, za to 2h jazdy samochodem bez przystanku z Denver do Breckenridge bylo tortura), unikac kawy (nie mozliwe dla mie), alkoholu (hmmm…na urlopie) i wysilku fizycznego (ciezko jak sie czlowiek wlasnie wybral na narty). Po raz pierwszy widzialam, ze w zwyczajnych sklepach, moza kupic tlen. Taki maly, “kieszonkowy”, i sobie psiknac do ust, jak sie chce. Ha! Podroze ksztalca!

Ciag dalszy o Kolorado zdecydownaie nastapi, teraz krotkie przygotowanie na jutrzejszy powrot do rzeczywistosci.

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Co sie dzieje w Ameryce...

“Zyd, Katolik i Muzulman poszli do pabu, gdzie rozamwiali, rozmawiali, rozmawiali….bo tak sie zachowuja normalni ludzie”. 
A nie ludzie pokroju Trump! Coz …prezydent Trump podpisuje roznego rodzaju postanowienia wywolujac tym ogolne przerazenie. Zaczelo sie od decyzji “budujemy mur” a w zeszly piątek Trump podpisał dekret, który ogranicza imigrację w USA. Przewiduje wstrzymanie przez okres 90 dni wydawania amerykańskich wiz obywatelom krajów muzułmańskich mających problemy z terroryzmem. Dotyczy to obywateli Iraku, Syrii, Iranu, Sudanu, Libii, Somalii i Jemenu. To co sie teraz dzieje, przechdzi pojecie i powoduje uczucie dyskomfortu, lagodnie wyrazajac. Te ostatnie postanowienie dobrowadzilo do protestow, strajkow i ogolngo poczucie zagrozenia. Tak, dokladnie, zagrozenia. Jest to temak glowny wiadomosci, rozmo w szpitalnej stolowce, interakcji z pacjentami i kolegami z pracy, naszych rozmow przy kolacji w domu…wszedzie. Dostalismy “uspakajajacy” maile od pracodawcy, a dzis po poludniu odbylo sie w szpitalu otwarte spotkanie dla ludzi ktorzy chcieli by ne ten temet porozmawiac. Stawily sie tlumy “zaineresowanych”, bo chcwiekszosci z nas, teoretycznie ten dekret nie dotyczy, uderzyl on w nasze wartosci moralne. I tak dowiedzialm sie, ze moj zawsze usmiechniety kolega z pracy, z typu “do serca przytul psa” zostal wczoraj na stacj benzynowej zapytany, ni z tego ni z owego czy jest z Pakistanu. Niby nic. Niby niewinne pytanie, I nawet bez znaczenie bo Pakistan nie jest “na liscie 7 krajow” (jak narazie!), ale …Moj kolega pierwsze co zrobil jak wrocil do domu to zgolil brode. Moj Victor upewnil sie juz 3 razy czy Babcia i Dziadza na pewno beda go mogli jeszcze odwiedzic. Kolezanka wyldowala dzis w na lotnisku w Nowym Yorku i pierwsze co zobaczyla przy wyjsciu to prawnicy z trasparentami po angielsku i arabsku oferujcymi darmowe uslugi dla uchodzcow.  Prawnicy, psycholodzy w ramach wolnotariatu pomagaja w dramatach ludzkich do ktorych aktualnie dochodzi na lotniskach, a tlumy protestuja przed. Znowu wracam myslami do Jugoslwii, gdzie sobie szczesliwie Katolicy, Ortodoksi i Muzulmanie zyli az ktos nagle zacza dyskutowac na temat pochodzenia. Wszyscy wiemy do czego to doprowadzlo.
“One nation under God, indivisible, with liberty and justice for all.”
Jeden naród w oczach Boga, niepodzielny, wolność i sprawiedliwość dla wszystkich.



niedziela, 29 stycznia 2017

Stary Nowy Rok.

W Nowy Rok wkroczylismy dziarskim krokiem, maszerujac przez ten las w piekny zimowy dzien.
Oczywiscnie nie po polnocy, ale mielismy wspanialy Noworoczny spacer i bardzo lubie te zdjecie.


Nowy Rok sie juz zestarzal mam takie wrazenie. Spowszednial, moze bedzie lepszym wyrazeniem. i juz mamy koniec stycznia. Praca, szkola, rutyna i obowiazki. I wcielanie w zycie noworcznych postanowien. Co prawda zalozenia typu “schudnac”, “silownia” ect mam juz za soba ( co nie jst rownoznacze ze nie powinnam!) to tym razem glownie chodzi o NAUKE. Wisi nademna egzamin i juz prawie mi spada na glowe. Egzamin z tak zwanego: wszystkiego. Jeden z wymogow rezydentury. Musze podejsc do konca czerwca….A wiec podle noworocznego postranowienia co dzienie sie ucze. Tzn nie ucze sie - bo nie mge sie uczyc, jaj jestem na dyzuze, jak rowniez dzien po dyzuze, bo jestem wykonczona...Tak wiec znajduje godzinek, moze poltorej dziennie tu i tam i w wiekszosci czasu zasypiam na tastaturze komputera. Bez komentarza. Trzeba myslec pozytywnie! Zaliczyc i zapomniec. Az do nastepnego, bo tak to juz jest…zawsze cos czeba zaliczyc, odnowic, podszkloic ect.
Tesknie za swiezym powietrzem....Dzis udalo mi sie wyciagnac Victora na wedrowke po gorkach i lamanie lodu na strumyczkach.


niedziela, 1 stycznia 2017

Anno Domini 2017.


Za pare minut polnoc, a ja jeszcze szybciutko w pierwszy dzien Nowego Roku, zanim ten Nowy Rok przestanie byc juz tak calkiem nowy, chcialbym Wam/Nam/sobie zlozyc zyczenia. Nowy Rok. Nowe nadzieje, postanowienia i plany. Aby dalej bylo dobrze, tego sobie zycze. Coz wiecej? Zmniejszenia odleglosci miedzy Polska a USA bym sobie zyczyla...
Zycze wszystkim nas zdrowia przede wszystkiem. Zwolnienia tepa, rozejrzenia sie wokół i docenienia tego co juz mamy.  Jutro jest “swieze i wolne od bledow”, ale “dzis” jest rownie wspaniale. Spokoju i pokoju.  Tej wewnetrznej harmoni jak i pokoju dla nas Wszystkich. Dosc juz wojen, zamachow i konfliktow, przestanmy sie klocic, walczy, udawadniac swoje racje. Szanujmy siebie nawzajem. Pieknie to powiedzial Papiez Franciszek   "Nie nawracaj, szanuj innych. - Możemy ludzi inspirować, dając świadectwo, jednak najgorsze, co może być, to nawracanie, które paraliżuje: "Mówię do ciebie, żeby cię przekonać". Nie. Każdy człowiek wchodzi w dialog, wychodząc z własnej tożsamości.”  Zycze Wam radosci w sercu i wiary w to, że nie ma rzeczy niemożliwych. Zycze Wam abyscie  byli otoczeni miłościa od ludzi jak i do ludzi. Nie zapomnijcie docenic i powiedziec „dziekuje” za rzeczy na pozor malo istotne. Te drobnostki skladaja sie na rzeczy wieksze i jeszcz bardziej wieksze. Miejcie wielkie marzenia, siegajcie po gwiazdy, usmiechajcie sie do siebie.

Ave Anno Domini MMXVII.

czwartek, 29 grudnia 2016

W poszukiwaniu smaku


Nasze tegoroczne Swiateczne wypieki.

Swieta minely przyjemnie, bez pospiechu, w miare bez stresowo. W miare, bo mialam “lekka” zalamke w Wigilije. Choinka wciaz milo nam przyswieca, wspominam sobie cichutko moje Swieta z dziecinstwa I rozne mysli mnie nachodza. I smaki! I tak wlasnie wspominalam sobie moja Ukochana Babcie Nadzie, u ktorej zawsze na Swieta byl: sernik, piernik i miodownik. Smak sernika chodzi za mnai i chodzi i z glowy mi nie chce wyjsc. W naszym domu, naszym….jakim naszym? W moim Domu Dziecinstwa na Wigilje byly zawsze dwa serniki: na zimno - bo ja lubilam, “wiedenski” bo Mama i moja Siostra za nim przepadaly. Tatus byl i jest wszystkojedzacy, choc pierniczkow zabraknac nie moglo, i to wlasnie on najczesciej z moja Siostra je robili. Ja na Swieta pieke piernik, choc zaczelam od paru lat dorzucac swiaze owoce zurawiny i ten lekko kwaskowaty accent dodaje mu uroku, albo raczej smaku. Sernik robie ostatnimi laty “wiedenski”, i choc wszyscy chwala, to mnie zawsze smak rozczarowuje. No bo we wspomnieniach to nie taki byl. A teraz dolaczyl mi sie jeszcze ten Babciny sernik do wspomnien i ni jak spokoju nie moge zaznac. Babci nie ma juz z nami dlugo…oj dlugo. A Babcia to byla prawdziwa Babcia. Z ogrodem, konfiturami wisniowymi, wozeniem z kart i opowiesciami o duchach. Moja Babcia Nadzieja. Sernik byl prostokatny z tzw dolem i gora (w przeciwienstwie do mojego, ktory jest tylko samym sernikiem) no I oczywiscie mial rodzynki. Duzo rodzynek. I chyba tez skorke pomaranczowa. Nie mam najmniejszego pojecia jak go zrobic. Przeszukuje internet i staram sie przypasowac zdjecia internetowe do wspomnien… Gdyby ktos z Was mial wyprobowany przepis “babciny” to byla bym bardzo wdzieczna za przeslanie, tudziez link.

Nasz tradycyjny Wigilijny sernik.

Piernik Wigilijny

niedziela, 25 grudnia 2016

Druga czesc Swiat.


O 6:47 dzis rano Victorek wskoczyl nam do lozka informujac nas, ze slyszal jak Mikolaj zjadal ciasteczka i slyszal dzwoneczki reniferow i jak Mikolaj szelesci prezentami, i wogole mamo, mamo wstan, zejdzmy juz na dol….Moj maz kochany od piatej rano w kuchni szalal. Nasuwaja mi sie skojarzenia z ta piosenke “a gdybym byl mlotkowym, w fabryce z mlotkiem szalal to co bys powiedziala, czy cos bys przeciw miala…” Zdecydowanie nie mialam nic przeciwko mezowi intensywnie szatkujacemu warzyw o 5 rano 25 grudnia, nie mniej jednak liczylam na przynajmiej dodatkowe 4 godziny snu. Lezalam w lozku obudzona tymi wszyskimi halasami i meza i Mikolaja i reniferow i tak mi bylo dobrze, ale za pare chwil Victor postwil nas wszystkich na nogi. Tak sie obawialam rozczarownia prezentami, pisalm o tym w moich poprzednich wpisach, bo z ciezkim sercem ale nie zgodzilismy sie na gry video ect. No i dobrze, wiem, ze to sie bedzie ciaglo i kiedys bedziemy musieli ustapic, ale dzis ....byl tylko usmiech i radosc. A zaczelo sie ode mnie. Oficjalnie pomimo 7 latka w domu pierwszy prezent wreczono mnie ….aparat fotograficzny! Porzadny apparat fotograficzny, ktory mi sie marzyl juz od dluzszego czasu!!!! Wciaz mam ochote skakac do gory….Odpakowywalismy te prezenty mozliwie jak najdluzej. Victor szczegolnie dluzej zatrzymal sie przy ksiazce

“Jak zostac szpiegiem”, to sa jego aktulane plany zawodowe;) a okrzyk radosci byl przy paczuszce od Babci i Dziadzi – wyrzutnia! Byly tez zabawne momety kiedy to moj T dostal dwa lewe buty od swojej mamy. Moj tesc mial za to dwa prawe w swoim prezencie, wiec sie powymieniali i wszystko sie wyrownalo. W miedzyczasie bylo gotowanie, pieczenie i wyskoki na narty. W Wigilje rano padal snieg, wiec panowie mieli w planie narty, co mi bylo bardzo na reke, bo w tym czasie milam zamiar: 1) dokonczyc pakowanie prezetow, 2) przygtowac stol wigilijny, 3) uprasowac pare rzeczy na swieta, 4) upiec piernik i sernik, 5) zrobic kapuste z grzybami, 6) lososia, 7) moje czosnkowe ziemniali i 8) dogotowac wczesniej juz przygotowane pierogi.  Czyli praktycznie wszystko…No i wlasnie jak znienacka wrocili z nart, bo snieg przemienil sie w deszcz ze sniegiem, i jak wszyscy zaczeli wchodzic do kuchni “po cos do jedzenia”, i w miedzyczasie skypowalam z Rodzicami i Siostr, ktora spedza Swiata w domu, w tym moim chaosie tak mi sie strasznie zatesknilo za domem, za byciem “u Mamy” (czyt. beztrosko i bezstresowo), wtedy wlasnie puściły mi nerwy i obudził się instyk morderczy w stosunku do meza, teściowej, praktycznie kazdego…Deszcz przestal padac, oni wrocili do nart, tesciowa poszla “sie zdzemnac”, ja
bylam gotowa ze wszystkim, nawet zdazylam sie jeszcze wyklapac…ok nie dalam rady zrobic paznokci, jesli mam sie uczciwie przyznac. W Wigilię ja, tudziez ja z moimi Rodzicami (jak przez ostatnie 2 lata) przygotowujemy Swiateczna kolacje, a 25 zamianiamy sie rolami. Glownie moj maz gotuje, bo to on jest “specjalista” od indyka, ale jego Mama tez sie udziela. Z czystym sumieniem moge pwiedziec, ze teszc sie nic nie udzilela. I kropka. W kuchni nie robi nic. Za to w tej chwili naparawia kran. Nie wiedzialam nawet ze jest popsuty. W tym roku, zamiast indyka (bo wciaz mamy zamrozone resztki ze Swieta Dziekczynienia), zdecydowalismy sie na szynke w glazurze ( nie jestem pewna czy to poprawne tlumaczenie)  z syropy klonowego…jestem tak przejedzone, ze nawet pisac o jedzeniu mi ciezko. Wyskoczylam dzis na godzinke popatrzec na Victorka, jak jezdzi na nartach, bo bardzo chcial mi sie pokazac. Sloneczko, snieg, bielelutko, swieze powietrze, wszyscy w dobrych nastrojach, bo wciaz Swieta, bardzo mile chwile. Jutro moj ostatni wolny dzien, zdecydowanie chce go spedzic  w wiekszosci poza domem.
A teraz to juz chyba czas spac. Cisza. Chlopaki spia obok mnie, reszta tez sie juz porozchodzila do pokojow (tesc wciaz przy lub pod kranem). Swieta mijaja cichutko i godnie. Mialam moment nazwijmy to krytyczny w Wigilijne poludnie, ale przeminelo. Swieta sie udaly i choc pada ze zmeczenie, to patrze na szczesliwe twarze i …warto bylo! Na moj nowy aparat fotograficzny tez patrze. Jeszcze do konca nie rozpracowalam wszystkich funkcji. Wesolych Swiat!