środa, 5 lutego 2014

Brrrrrrrr.....


Trzy warstwy swetrow. Dwie pary skarpetek. Dwie koldry i koc. W kubku goraca cytryna z miodem. Wciaz trzese sie z zimna. Jak co roku T wyjeżdża na konferencje, a mnie rozklada choroba. Snieg pada bardzo,  bardzo mocno. Myslam, ze sie dzis rano zaplacze w dordze do przedszkola. Nasza codzienna 30 min droga - zmienila sie w 1.5godzinne przedzieranie sie przez zaspy sniezne. Za pare godzin czeka mnie powtorka z rozrywki, czyli odebranie Victorka....Snieg wciaz sypie. Jakos dzis nie za bardzo potrafie sie nim cieszyc...Mam glebokie przeswiadczenie, ze gorace kakao zdzialalo by cuda. Choc raczej nie dam rady wygrzebac sie spod kolder....

*Za oknem zima....

wtorek, 4 lutego 2014

Gdzie moja paczka?



T odlecial dzis na konferencje do Santa Fe. Jestsmy sami z Victorem. Wczoraj wieczorem T odbyl meska rozmowe z Victorciem i prosil go, zeby pomagal mamie podczas jego nieobecnosci, bo teraz to on jest "mężczyzna w domu”. Victorcio wymaszerowal z pokoju zainspirowany i stwierdzil: “Mamo, nie martw sie, bedzie dobrze”. Nie to zebym sie jakos specjalnie martwila, ale…takie zapewnienie ze strony czterolatka jest bardzo budujace. Dzis rano, moj maly mężczyzna, na wpół rozbudzony woła mnie i mowi: “Mamo, czy moge byc spowrotem dzieckiem?”. No i musze sobie radzic sama. Slodziak moj kochny.


Paczki jak nie ma, tak nie ma. Doszłam do wniosku,

ze celnicy dobrali sie do ksiazkek i dopóki ich nie przeczytaja to paczki dalej nie popchna. Albo bawia sie zabawka dla Victorka. W tajemnicy: wiem, ze Babcia i Dziadza wyslali mu “Walki Talki”. Mija juz 16 dni od wyslania.  Z drugiej strony wiem, ze jestem na granicznej “czarnej liscie”. Za kabanosy :), ktore to kiedys Mama usilowala przeslac. Oczywiscie mi o tych kabanosach nic nie bylo wiadomo, bo na pewno probowalaby ja odwiesc od tego pomyslu.  Wtedy ta paczka tez tak szla i szla tygodniami. Doszla calkowicie rozerwana, opakwana w folie. Pomyslam sobie wtedy, ze mili ci celnicy, ze poswiecili czas i zafoliowali. Jakies tam kartki w srodku byly, ale sie nimi nie spacjalnie zainteresowalm. Dopadlam ksiazki, gazety, slodycze, Victor zabawke…Dopiero po jakims czasie Mama sie zapytala czy Victorcowi smakowaly kabanosy… i sie wydalo! Kabansy przechwycono i zarekwirowano! Przekopalam kosz z makulatura,  znalzlam te “kartki” z paczki i dopczytalam sie, ze na lotnisku w Nowy Jorku "usunieto 0.480 dkg “miesa”. Myslam ze padne ze smiechu. “Usunieto mieso” – no tak bron biologiczna! I to cale 0.480 dkg – a wiec,
ktos oszukal Mame w sklepie, bo nie sadze ze poszla in poprosila 0.480 miesiwa. Albo to tatus chapnal 0.020 dkg przy pakowaniu, albo "mieso" skurczylo sie w samolocie relacji Warszawa-Boston z przystankiem kontrolnym w NY. Albo celnik eksperymentalnie nadgryzl “mieso”, zeby sie upewnic ze to “mieso”. 
W  każdym razie od tamtej pory przesylki z Polski sa regularnie kontrolowane i ida bardzo, bardzo wolno. Pozostaje mi zachowc spokoj i czakac. “Abwarten, tea trinken” – mowilo sie w Niemczech.


Świszcz prawde przepowiedzial. Wczoraj snieg padal caly dzien. Dzis przerwa, na jutro zapowiedziano “katastrofa sniezna”.

poniedziałek, 3 lutego 2014

Mecz, meduzy i świszcz.

Ameryka moze znowu odetchnac! Napiecie rozladowane. Seattle wygralo! Wczorajszy mecz Super Bowlu zaliczal sie raczej do tych nudniejszych. 43-8. Sprawa byla przesadzona praktycznie od poczatku trzeciej cwiartki, kiedy to Seattle zaliczylo kolejne 7 punkty -Touch down, za pierwszym kopnieciem. Nasze party skonczylo sie - ze wzgledu na dzieci, rowniez w tym momecie i chyba nikt nie zalowal, ani tez nie biegl do domu zeby obejrzec koncowke meczu. Smieszy mnie troche ten ich Super Bowl-czyli finalowy mecz Futbolu Amerykanskiego. Jest celebrowany z ogromnym namaszczeniem. Rowniez żołądkowym. Wszystko co tluste i nie zdrowe musi byc na stole dzielcym ludzi od telewizora. Czyli wszelkiego rodzaju pizze, chipsy z serowa salsa, “skrzydelka” ( jak to Moja Mama mowi), ale te pikantne z sosem z sera “smierdzocha” i duzo, duzo piwa. Prezydent przepowiada (stara sie przepowiedziec) wynik meczu, od rana w telewizji leca reportaze o poszczegolnych czlonkach druzyny, ludzie sie odwiedzaja, co cieplejszy kawalek kraju, to obowiazkowo grill, na ulicach pustka. Co kraj to obczaj.  Jako ze bostonska druzyna odpadla w polfinale, i ze nie jestesmy z T az takimi wielbicielmi futbolu (w przeciwienstwie do bejsbolu, emocji u nas raczej wczoraj nie bylo. Nawet byl taki zabawny moment, kiedy to siedzielism wszyscy i nagle padlo pytanie: to w koncu komu kibicujemy Seattle czy Denver? Szala przechylila sie na strone Seattle, bo: mamy kolege  w Seattle, bo siec kawy Starbuck wywodzi sie z Seattle i Greace Anatomy dzieje sie w Seattle. Jedyny T byl za Denver, bo mieszkal przez jakis czas w Kolorado.  Seattel wygralo, my mielismy super wieczor i ogrom sprzatania, bo dzieci sie rowniez swietnie bawily i w swoje eksperymety naukowe, tym razem wlaczyly plasteline. Oprocz zdrapywania jej z podlogi i ubran, bedziemy musieli czyba wezwac hydraulika, bo umywalka zostala przystosowana jako statek kosmiczny  i w tym kierunku “zaplastelinowana”, i nie spalnie juz swoich pierwotnych funkcji.  

Wczorajsze do południe bylo bardzo rodzino-milusinskie. Poszlismy w trojke do akwarium. Nawet nie bylo tloku jak zwykle. Mysle, ze wiekszosc ludzi sie juz nastrajala meczowo. Obejrzelismy rybki, pingwiny, zlowie ect. Bardzo lubie tam chodzic, zreszta chlopaki tez. Fakt, ze jest tam kacik, gdzie dzieci moga wziasc do reki male kraby, muszeli i rozgwiazdy, robi to miejsce dobra rozrywka. A poza tym….patrzenie na meduzy bardzo mnie relaksuje.


No i najwazniejsze ! Wczoraj byl Groundhog Day. Wedle ludowej tradycji amerykanskiej, budzacy sie ze snu zimowego świszcz (groundhog)  Phil z amerykańskiego miasteczka Punxsutawney w stanie Pensylwania wychodzi ze swojej norki; jesli wychodzac zobaczy swoj cien, to wraca spowrotem zeby spac dalej, jesli nie zobaczy swojego cienia, wyjdzie na spacer, co oznacza, ze juz zbilza sie wiosna. To taki „ludowy meteorolog”.  Wczorajszy werdyky podany w narodowym dzienniku: “Przed nami nastepne 6 tygodni zimy”.

I zeby nie bylo, ze to jakas bajda…od rana sypie snieg!

piątek, 31 stycznia 2014

Kawo-snobizm.

Jestem absolutnym snobem jesli chodzi o kawe. Przyznaje sie, bez wykretow. Lury nie tkne. Na kawe bez mleka nawet nie spojrze. Wazne jest dla mnie jakosc kawy, jak jest przyrzadzona i rownie wazne – jak podana. Kubeczek do kawu rano, filizanka po poludniu. Zmienne, wymienne w zaleznosci od nastroju. Nigdy ! nie byle jakie. Aktualnie Kawa: Buona Giornata Italian Roast. Kubeczek, prezent od Fiony, z Londka ( czyt. Londyn). Rano jak lunatyk, pierwsze kroki kieruje do kuchni i przygotowuje kawe. Parę łyków, moge otworzyc oczy, zebrac mysli.

Lubuje sie w kawiarniach, kawiarenkach, coffee shopach, starbackach i innych takich instytucjach. I tu tez wazna jest nie tylko sama kawa ale i wystroj wnetrza. Jak wnetrze jest zachecajace to i na kawe sie skusze. Czesto siedze sobie nad filizanka takiej malej, bialej ( bo pianka musi byc!) i robie co trzeba - komputer, nauka, pisanie, czytanie. W zaleznosci od nastroju, od potrzeby. Mam ulubione miejsca, do ktorych wracam. Do niektorych cieplo wspomnieniami: jak “Tambosi” na Odeonsplatzu w Monachium, czy  “Who is ana café” na Stachusie - tu sie najlepiej omawialo i rozwiazywalo problemy zyciowe). Bilderbuch w Berlinie, wow….tam poznalam T. Tu, w Bostonie chetnie siadam sobie w Dwelltime. Musze przyznac, ze w Niemczech jakos ta kawa lepiej smakowala. Moze to “essencja – przyjaciolek”. Tak,nie wspomnialam o jednym waznym fakcie. Towarzystwie w ktorym sie pije kawe! Najlepsza “towarzyska kawa” jest zdecydowanie w Monachium! Och… glod kofeinowy, na konkretna porcje kofeiny z “Who is anna”.


*Cafe latte, dzis rano w Dwelltime.
Chociaz wiem jaka kawe lubie najbardziej, daje sie namowic na experymenty. Asortyment wyboru jest przerazajaco-cudowny. Mala, srednia, duza, caffè latte, latte macchiato, café mocha, moccachino, café au lait, espresso, caffè americano, cappuccino, frappuccino, mniej znane café noisette, caffè coretto, ponce livornese,  mélange. Mozna pic na zimno, na cieplo, na goraco, z kofeina i bez, jasna i czysta, aksamitna i łagodna, z dodatkiem smaku waniliowego, caramelowego, kokosowego, mietowego, orzechowego, czekoloadowego, bialo-czekoladowego…Decyzje, decyzje. Takie codzienne zwyczajne, a jakze nadzwyczajne! No i wlasnie! Wazne, zeby byl ktos z kim mozna degustowac "trunek" i podsumowac, ze i tak najlepsza jest cafe latte with peppermint flavor! Lekki zawrot glowy, przyspieszone bicie serca. Tak to kawa!



(...)Takiej kawy jak w Polszcze nie ma w żadnym kraju:
W Polszcze, w domu porządnym, z dawnego zwyczaju,
Jest do robienia kawy osobna niewiasta,
Nazywa się kawiarka; ta sprowadza z miasta
Lub z wicin bierze ziarna w najlepszym gatunku,
I zna tajne sposoby gotowania trunku,
Który ma czarność węgla, przejrzystość bursztynu,
Zapach moki i gęstość miodowego płynu.
Wiadomo, czym dla kawy jest dobra śmietana;
Na wsi nie trudno o nię: bo kawiarka z rana,
Przystawiwszy imbryki, odwiedza mleczarnie
I sama lekko świeży nabiału kwiat garnie
Do każdej filiżanki w osobny garnuszek,
Aby każdą z nich ubrać w osobny kożuszek.(...)

Adam Mickiewicz,  "Pan Tadeusz", Ksiega II Zamek



 

czwartek, 30 stycznia 2014

Z ostatniej chwili.


Wiadomosc z ostatniej chwili. Mamus bedzie miala najprawdopodobniej - prawdopodobnie - moze jutro operacje na ten jej bolący nadgrstek. W koncu! 3 dni w szpitalu. Na nic. Na badania w celu przygotowania do operacji. Niech zgadne: EKG (10 minut) pobranie krwi (3 minuty), podpisanie zezwolenia na operacje ( miejmy nadzieje, ze lekarz usiadl wraz z Mama i objasnil dokladnie co i jak bedzie zrobione – 20 minut). Na prawde! 3 dni! 3 dni lezenia w szpitalu. Lezenie, brak ruchu zwieksza prawdopodobienstwo zakrzepu w zylach. Czy ktos o tym pomyslal? Bo nie sadze, ze dali Mamie profilaktycznie heparyne. Wszystko to mozna bylo zrobic ambulatroryjanie. Hmmm...szczerze mowiac nie wiem czy jest takie slowo w Polsce - ambulatoryjnie. Na zasadzie wizyty umowionej. Nie trzeba przyjac pacjenta do szpitala tym celu. Takie marnotrastwo pieniedzy. Jestem pewna, ze kasa chorych slono placi za kazdy dzien pobytu. Stracony dzien. Pieniadze wyrzucone w bloto. Plus: zlamana psychika pacjenta przez bycie w zawieszeniu.  Moze jutro…. Groteska.

 

Ali.


Postanowilam wziąć byka za rogi, czy ogon, czy jak się tam mówi i porozmawiac z Ali. Oczywiscie nie planowalam poruszać tematu “duzej dziewczyny” tylko taki maly “small talk”. Przyprowadzilam dzis rano Victora do przedszkola i nawet zgrabnie sie zaczelo. Od zimy, noszenia czapek, przeszlysmy do tematu wlosow i tak w rozmowie wyszlo,  ze w zeszlym roku ona ogolila sobie glowe i przekazala wlosy dla dzieci po chemoterapi. Naprawde zaniemowilam! Mlodziutka panna i taki gest! Takie zaangażowanie. Dziala juz od lat w organizacji do pomocy dziecia z nowotworami.  Jak powiedziala:  “chcialam zrobic cos, co i dla mnie mialo by emocjonalne znaczenie, cos co i dla mnie bylo by wyrzeczeniem, w co sie zaangażuje i o czym nigdy nie zapomne.  Dac pieniadze jest latwo”.  Latwo!!! A ile osob daje? Tak na prawde z serca daje, a nie tylko w ramach odpisania od podatku?!  Opwiedziala mi , jak sie do tego przygotowywala, ze przestala farbowac wlosy, zeby byly zdrowe,  jak sie czula przez te pierwsze dni bez wlosow.  Jak duzo ludzi wokolo jej pomoglo,  jak sie juz zdecydowala na ten krok. W przedszkolu dostala pare dni wolneg  -  platnego wolnego, co nie jest samo przez się zrozumiale w tym kapitalistycznym kraju, plus zrozumienie i poparcie ze strony kadry dyrektorskiej - ponoc niektore dzieci wystraszyly sie jej ogolonej glowy. Jak rodzice innych dzieci zlozyli sie i tez przekazali jakies pieniazki dla organizacji. Ktos napisal artykul w gazecie, co rowniez przyczynilo sie do natepnych datkow. Przyjaciele robili czapki, czapeczki, chusteczki az wlosy jej odrosly. Jak popchniecie klocka domino. Akcja-reakcja. Nagle wszyscy wokół otworzyli siebie, swoje serca.

Teraz to mi dopiero glupio, jesli Victor naprawde sie do niej zwraca per “duza dziewczyna” . I jeszcze raz…..nie oceniaj po wygladzie! Pomijajac wyglad, jakos nie uwazalam Ali za najlepszej z wychowawczyn. Jakos mialam odczucie, ze nieraz idzie na łatwiznę. Teraz moge sie biczowac za takie myslenie. Bo co? Ja nawet czeku nigdy nie wypisalam dla organizacji charytatywnej. 
Przypomnial mi sie aniolek, ktorego mi Tatus kiedys przyslal. Taki malutki, skromniutki. Pytam sie skad go ma. A Tatus mi na to: “a przyslali mi z Domu Dziecka”.  Z Domu Dziecka??????  No tak, zawsze im tam “pare zlotych przesle”…..


         *Zimno, mróz, lód na Charles River; kolejny zimowy dzien w Bostonie.

środa, 29 stycznia 2014

Problemy i problemiki.



*Aniolek, przycupnął pod ścianą
restauaracji miedzy wieżowcami.

Najchetniej usiadlabym i plakala, bo…


Po pierwsze i najwieksze: za 47 dni wyniki i jestem przerazona. Bo co jak nie?


Po drugie: bo Mamus miala miec dzis operacje reki, ale operacje przesunieto, a ja zostawiono w szpitalu na czas nieokreslony i sie o nia martwie.


Po trzecie: bo jest mi zimno, strasznie i okropnie zimno. Ta niby dmuchawa podlogowa to nic oprocz kurzu nie daje. Wstretna bezsniezna, ale mrozna pogoda za oknami. Nie cierpie takiej zimy. Przy takich temperarurach powinien byc snieg! To bym szczękała zebami z usmiechem.


Po czwarte: bo Victor tak szybko rosnie. W koncu zlozylismy podanie do przedszkola  (zacznie od wrzesnia). Wraz z pokwitowaniem dostal torbe z ksiazeczkami i podkoszulka “I am going to kindergarden”. Ta koszulk jest mu dokladnie do kolan. Nie sadze, ze bedzie w stanie zalozyc ja przez nastepne 3-4 lata. Znowu uzmyslowilam sobie jaki on jest drobniutki i malutki na swoj wiek. Jak sie nie martwic!


Po piate: bo jestem wstretna matka, bo krzycze na to moje biedna dziecko non-stop. Wczoraj, Vikcius mi powiedzial: “Mamija, ja chce zebys ty byla szczesliwa ze mnie caly czas”. Zlamal mi tym serce, moj slodziak. I udowodnil zawodnosc mcierzynska.


Po szoste: bo mi ciala przybywa. Wciaz i wszedzie! Grubo i tlusto. Nie mam sily juz nawet myslec o odchudzniu. A jestem w oczekiwaniu na ksiazkowo-slodyczowa paczke z polski. A ze mam slaby charakter, to sie zaraz do tych slodyczy dobiore.


Po siodme: Bo ta wlasnie ksiazkowo-slodyczowa paczka wciaz nie przyszla, a mija juz 9 dni od wyslania.


Po osme: bo T wyjezdza na tydzien na konferencje i bede sama; a jest mi smuto i zle, wiec sama nie chce byc.


Po dziewiate: bo w domu jest straszny balagan, a ja sie nie moge zabrac za sprzatanie. Z wielu powodow. Mniej lub bardziej kontretnych. Waznych. Albo mniej waznych. BO MI SIE NIE CHCE! Tak po prostu! Mam tez kupe prania, ale pralka sie popsula. Wiec mam czyste sumienie. W popsutej pralce prac nie mozna-niebezpieczne! 


Po dziesiate: bo nauczycielka Victora mnie unika. Tzn. chyba. Victor ma trzy nauczycielki w przedszkolu: Leticie, Amande i Ali-o ktorej sie Victor wyraza - “ta duza dziewczyna”. Nigdy, zadne z nas w domu nie urzylo w stosunku do Ali tego sformulowania. Nawet jak T i ja rozmawiamy miedzy soba.  Za kazdym razem, jak Victor opowiadajac wyrazi sie o Ali “duza dziewczyna”, to sie mimochodem zapytam, “Ali?”, przytaknie i ciagnie dalej opowiesc. Wolalam sie jednak Ali nie pytac wprost jak on sie do niej zwraca. Za to ona przed paroma dniami ni z tego ni z owego wspomniala mi, ze chodzi do dietetyka! Wic musial Victorzasty cos palnac.


Po jedynaste: bo mam dylemat: czy uczyc sie do egzaminu czy dokonczyc kryminal.

Po dwunaste: bo mam tyle - wyzej wymienionych powodow do zmartwien, plus to zimno – mozg mi przemarzl doszczetnie, ze nie moge normalnie funkcjonowac i zrobic cos pozytecznego...