*Za oknem zima....
środa, 5 lutego 2014
Brrrrrrrr.....
*Za oknem zima....
wtorek, 4 lutego 2014
Gdzie moja paczka?
T odlecial dzis na konferencje do Santa Fe. Jestsmy sami z
Victorem. Wczoraj wieczorem T odbyl meska rozmowe z Victorciem i prosil go,
zeby pomagal mamie podczas jego nieobecnosci, bo teraz to on jest "mężczyzna w domu”. Victorcio wymaszerowal z pokoju zainspirowany i
stwierdzil: “Mamo, nie martw sie, bedzie dobrze”. Nie to zebym sie jakos
specjalnie martwila, ale…takie zapewnienie ze strony czterolatka jest bardzo
budujace. Dzis rano, moj maly mężczyzna, na wpół rozbudzony woła mnie i mowi: “Mamo,
czy moge byc spowrotem dzieckiem?”. No i musze sobie radzic sama. Slodziak
moj kochny.
Paczki jak nie ma, tak nie ma. Doszłam do wniosku,
ze celnicy
dobrali sie do ksiazkek i dopóki ich nie przeczytaja to paczki dalej nie
popchna. Albo bawia sie zabawka dla Victorka. W tajemnicy: wiem, ze Babcia i
Dziadza wyslali mu “Walki Talki”. Mija juz 16 dni od wyslania. Z drugiej strony wiem, ze jestem na granicznej
“czarnej liscie”. Za kabanosy :),
ktore to kiedys Mama usilowala przeslac. Oczywiscie mi o tych kabanosach nic nie bylo wiadomo, bo na pewno probowalaby
ja odwiesc od tego pomyslu. Wtedy ta paczka
tez tak szla i szla tygodniami. Doszla calkowicie rozerwana, opakwana w folie. Pomyslam
sobie wtedy, ze mili ci celnicy, ze poswiecili czas i zafoliowali.
Jakies tam kartki w srodku byly, ale sie nimi nie spacjalnie zainteresowalm.
Dopadlam ksiazki, gazety, slodycze, Victor zabawke…Dopiero po jakims czasie Mama
sie zapytala czy Victorcowi smakowaly kabanosy… i sie wydalo! Kabansy
przechwycono i zarekwirowano! Przekopalam kosz z makulatura, znalzlam te “kartki” z paczki i dopczytalam
sie, ze na lotnisku w Nowy Jorku "usunieto 0.480 dkg “miesa”. Myslam ze padne
ze smiechu. “Usunieto mieso” – no tak bron biologiczna! I to cale 0.480 dkg – a
wiec, ktos oszukal Mame w sklepie, bo nie sadze ze poszla in poprosila 0.480 miesiwa. Albo to tatus chapnal 0.020 dkg przy pakowaniu, albo "mieso" skurczylo sie w samolocie relacji Warszawa-Boston z przystankiem kontrolnym w NY. Albo celnik eksperymentalnie nadgryzl “mieso”, zeby sie upewnic ze to “mieso”.
W każdym razie
od tamtej pory przesylki z Polski sa regularnie kontrolowane i ida bardzo,
bardzo wolno. Pozostaje mi zachowc spokoj i czakac. “Abwarten, tea trinken” –
mowilo sie w Niemczech.
Świszcz prawde przepowiedzial. Wczoraj snieg padal caly
dzien. Dzis przerwa, na jutro zapowiedziano “katastrofa sniezna”.
poniedziałek, 3 lutego 2014
Mecz, meduzy i świszcz.
Ameryka moze znowu odetchnac! Napiecie rozladowane. Seattle
wygralo! Wczorajszy mecz Super Bowlu zaliczal sie raczej do tych nudniejszych.
43-8. Sprawa byla przesadzona praktycznie od poczatku trzeciej cwiartki, kiedy
to Seattle zaliczylo kolejne 7 punkty -Touch down, za pierwszym kopnieciem.
Nasze party skonczylo sie - ze wzgledu na dzieci, rowniez w tym momecie i chyba
nikt nie zalowal, ani tez nie biegl do domu zeby obejrzec koncowke meczu. Smieszy
mnie troche ten ich Super Bowl-czyli finalowy mecz Futbolu Amerykanskiego. Jest
celebrowany z ogromnym namaszczeniem. Rowniez żołądkowym. Wszystko co tluste i
nie zdrowe musi byc na stole dzielcym ludzi od telewizora. Czyli wszelkiego
rodzaju pizze, chipsy z serowa salsa, “skrzydelka” ( jak to Moja Mama mowi),
ale te pikantne z sosem z sera “smierdzocha” i duzo, duzo piwa. Prezydent
przepowiada (stara sie przepowiedziec) wynik meczu, od rana w telewizji leca
reportaze o poszczegolnych czlonkach druzyny, ludzie sie odwiedzaja, co
cieplejszy kawalek kraju, to obowiazkowo grill, na ulicach pustka. Co kraj to
obczaj. Jako ze bostonska druzyna odpadla
w polfinale, i ze nie jestesmy z T az takimi wielbicielmi futbolu (w
przeciwienstwie do bejsbolu, emocji u nas raczej wczoraj nie bylo. Nawet byl
taki zabawny moment, kiedy to siedzielism wszyscy i nagle padlo pytanie: to w
koncu komu kibicujemy Seattle czy Denver? Szala przechylila sie na strone
Seattle, bo: mamy kolege w Seattle, bo siec
kawy Starbuck wywodzi sie z Seattle i Greace Anatomy dzieje sie w Seattle.
Jedyny T byl za Denver, bo mieszkal przez jakis czas w Kolorado. Seattel wygralo, my mielismy super wieczor i
ogrom sprzatania, bo dzieci sie rowniez swietnie bawily i w swoje eksperymety
naukowe, tym razem wlaczyly plasteline. Oprocz zdrapywania jej z podlogi i
ubran, bedziemy musieli czyba wezwac hydraulika, bo umywalka zostala
przystosowana jako statek kosmiczny i w
tym kierunku “zaplastelinowana”, i nie spalnie juz swoich pierwotnych funkcji.
Wczorajsze do południe bylo bardzo rodzino-milusinskie.
Poszlismy w trojke do akwarium. Nawet nie bylo tloku jak zwykle. Mysle, ze wiekszosc
ludzi sie juz nastrajala meczowo. Obejrzelismy rybki, pingwiny, zlowie ect.
Bardzo lubie tam chodzic, zreszta chlopaki tez. Fakt, ze jest tam kacik, gdzie
dzieci moga wziasc do reki male kraby, muszeli i rozgwiazdy, robi to miejsce
dobra rozrywka. A poza tym….patrzenie na meduzy bardzo mnie relaksuje.
No i najwazniejsze ! Wczoraj byl Groundhog Day. Wedle ludowej
tradycji amerykanskiej, budzacy sie ze snu zimowego świszcz (groundhog) Phil z amerykańskiego miasteczka Punxsutawney
w stanie Pensylwania wychodzi ze swojej norki; jesli wychodzac zobaczy swoj
cien, to wraca spowrotem zeby spac dalej, jesli nie zobaczy swojego cienia,
wyjdzie na spacer, co oznacza, ze juz zbilza sie wiosna. To taki „ludowy
meteorolog”. Wczorajszy werdyky podany w
narodowym dzienniku: “Przed nami nastepne 6 tygodni zimy”.
I zeby nie bylo, ze to jakas bajda…od rana sypie snieg!
piątek, 31 stycznia 2014
Kawo-snobizm.
Jestem absolutnym snobem jesli chodzi o kawe. Przyznaje
sie, bez wykretow. Lury nie tkne. Na kawe bez mleka nawet nie spojrze. Wazne
jest dla mnie jakosc kawy, jak jest przyrzadzona i rownie wazne – jak
podana. Kubeczek do kawu rano, filizanka po poludniu. Zmienne, wymienne w
zaleznosci od nastroju. Nigdy ! nie byle jakie. Aktualnie Kawa: Buona Giornata
Italian Roast. Kubeczek, prezent od Fiony, z Londka ( czyt. Londyn). Rano jak
lunatyk, pierwsze kroki kieruje do kuchni i przygotowuje kawe. Parę łyków, moge
otworzyc oczy, zebrac mysli.
Lubuje sie w kawiarniach, kawiarenkach, coffee shopach, starbackach
i innych takich instytucjach. I tu tez wazna jest nie tylko sama kawa ale i
wystroj wnetrza. Jak wnetrze jest zachecajace to i na kawe sie skusze. Czesto
siedze sobie nad filizanka takiej malej, bialej ( bo pianka musi byc!) i robie
co trzeba - komputer, nauka, pisanie, czytanie. W zaleznosci od nastroju, od
potrzeby. Mam ulubione miejsca, do ktorych wracam. Do niektorych cieplo
wspomnieniami: jak “Tambosi” na Odeonsplatzu w Monachium, czy “Who is ana café” na Stachusie - tu sie
najlepiej omawialo i rozwiazywalo problemy zyciowe). Bilderbuch w Berlinie, wow….tam
poznalam T. Tu, w Bostonie chetnie siadam sobie w Dwelltime. Musze przyznac, ze
w Niemczech jakos ta kawa lepiej smakowala. Moze to “essencja – przyjaciolek”.
Tak,nie wspomnialam o jednym waznym fakcie. Towarzystwie w ktorym sie pije
kawe! Najlepsza “towarzyska kawa” jest zdecydowanie w Monachium! Och… glod
kofeinowy, na konkretna porcje kofeiny z “Who is anna”.
![]() |
| *Cafe latte, dzis rano w Dwelltime. |
Chociaz wiem jaka kawe lubie najbardziej, daje sie namowic na
experymenty. Asortyment wyboru jest przerazajaco-cudowny. Mala, srednia, duza, caffè
latte, latte
macchiato, café mocha, moccachino, café au lait, espresso,
caffè americano,
cappuccino, frappuccino, mniej znane café noisette, caffè coretto, ponce livornese, mélange. Mozna pic na zimno, na cieplo, na
goraco, z kofeina i bez, jasna i czysta, aksamitna i łagodna, z dodatkiem
smaku waniliowego, caramelowego, kokosowego, mietowego, orzechowego,
czekoloadowego, bialo-czekoladowego…Decyzje,
decyzje. Takie codzienne zwyczajne, a jakze nadzwyczajne! No i wlasnie! Wazne,
zeby byl ktos z kim mozna degustowac "trunek" i podsumowac, ze i tak najlepsza
jest cafe latte with peppermint flavor! Lekki zawrot
glowy, przyspieszone bicie serca. Tak to kawa!
(...)Takiej
kawy jak w Polszcze nie ma w żadnym kraju:
W Polszcze, w domu porządnym, z dawnego zwyczaju,
Jest do robienia kawy osobna niewiasta,
Nazywa się kawiarka; ta sprowadza z miasta
Lub z wicin bierze ziarna w najlepszym gatunku,
I zna tajne sposoby gotowania trunku,
Który ma czarność węgla, przejrzystość bursztynu,
Zapach moki i gęstość miodowego płynu.
Wiadomo, czym dla kawy jest dobra śmietana;
Na wsi nie trudno o nię: bo kawiarka z rana,
Przystawiwszy imbryki, odwiedza mleczarnie
I sama lekko świeży nabiału kwiat garnie
Do każdej filiżanki w osobny garnuszek,
Aby każdą z nich ubrać w osobny kożuszek.(...)
W Polszcze, w domu porządnym, z dawnego zwyczaju,
Jest do robienia kawy osobna niewiasta,
Nazywa się kawiarka; ta sprowadza z miasta
Lub z wicin bierze ziarna w najlepszym gatunku,
I zna tajne sposoby gotowania trunku,
Który ma czarność węgla, przejrzystość bursztynu,
Zapach moki i gęstość miodowego płynu.
Wiadomo, czym dla kawy jest dobra śmietana;
Na wsi nie trudno o nię: bo kawiarka z rana,
Przystawiwszy imbryki, odwiedza mleczarnie
I sama lekko świeży nabiału kwiat garnie
Do każdej filiżanki w osobny garnuszek,
Aby każdą z nich ubrać w osobny kożuszek.(...)
Adam Mickiewicz, "Pan Tadeusz", Ksiega II Zamek
czwartek, 30 stycznia 2014
Z ostatniej chwili.
Wiadomosc z ostatniej chwili. Mamus bedzie miala najprawdopodobniej - prawdopodobnie - moze jutro operacje na ten jej bolący nadgrstek. W koncu! 3 dni w szpitalu. Na nic. Na badania w celu przygotowania do operacji. Niech zgadne: EKG (10 minut) pobranie krwi (3 minuty), podpisanie zezwolenia na operacje ( miejmy nadzieje, ze lekarz usiadl wraz z Mama i objasnil dokladnie co i jak bedzie zrobione – 20 minut). Na prawde! 3 dni! 3 dni lezenia w szpitalu. Lezenie, brak ruchu zwieksza prawdopodobienstwo zakrzepu w zylach. Czy ktos o tym pomyslal? Bo nie sadze, ze dali Mamie profilaktycznie heparyne. Wszystko to mozna bylo zrobic ambulatroryjanie. Hmmm...szczerze mowiac nie wiem czy jest takie slowo w Polsce - ambulatoryjnie. Na zasadzie wizyty umowionej. Nie trzeba przyjac pacjenta do szpitala tym celu. Takie marnotrastwo pieniedzy. Jestem pewna, ze kasa chorych slono placi za kazdy dzien pobytu. Stracony dzien. Pieniadze wyrzucone w bloto. Plus: zlamana psychika pacjenta przez bycie w zawieszeniu. Moze jutro…. Groteska.
Ali.
Postanowilam wziąć byka za rogi, czy ogon, czy jak się tam mówi i porozmawiac z Ali. Oczywiscie nie planowalam poruszać tematu “duzej dziewczyny” tylko taki maly “small talk”. Przyprowadzilam dzis rano Victora do przedszkola i nawet zgrabnie sie zaczelo. Od zimy, noszenia czapek, przeszlysmy do tematu wlosow i tak w rozmowie wyszlo, ze w zeszlym roku ona ogolila sobie glowe i przekazala wlosy dla dzieci po chemoterapi. Naprawde zaniemowilam! Mlodziutka panna i taki gest! Takie zaangażowanie. Dziala juz od lat w organizacji do pomocy dziecia z nowotworami. Jak powiedziala: “chcialam zrobic cos, co i dla mnie mialo by emocjonalne znaczenie, cos co i dla mnie bylo by wyrzeczeniem, w co sie zaangażuje i o czym nigdy nie zapomne. Dac pieniadze jest latwo”. Latwo!!! A ile osob daje? Tak na prawde z serca daje, a nie tylko w ramach odpisania od podatku?! Opwiedziala mi , jak sie do tego przygotowywala, ze przestala farbowac wlosy, zeby byly zdrowe, jak sie czula przez te pierwsze dni bez wlosow. Jak duzo ludzi wokolo jej pomoglo, jak sie juz zdecydowala na ten krok. W przedszkolu dostala pare dni wolneg - platnego wolnego, co nie jest samo przez się zrozumiale w tym kapitalistycznym kraju, plus zrozumienie i poparcie ze strony kadry dyrektorskiej - ponoc niektore dzieci wystraszyly sie jej ogolonej glowy. Jak rodzice innych dzieci zlozyli sie i tez przekazali jakies pieniazki dla organizacji. Ktos napisal artykul w gazecie, co rowniez przyczynilo sie do natepnych datkow. Przyjaciele robili czapki, czapeczki, chusteczki az wlosy jej odrosly. Jak popchniecie klocka domino. Akcja-reakcja. Nagle wszyscy wokół otworzyli siebie, swoje serca.
Teraz to mi dopiero glupio, jesli Victor naprawde sie do
niej zwraca per “duza dziewczyna” . I jeszcze raz…..nie oceniaj po wygladzie!
Pomijajac wyglad, jakos nie uwazalam Ali za najlepszej z wychowawczyn. Jakos
mialam odczucie, ze nieraz idzie na łatwiznę. Teraz moge sie biczowac za takie
myslenie. Bo co? Ja nawet czeku nigdy nie wypisalam dla organizacji charytatywnej.
Przypomnial mi sie aniolek, ktorego mi Tatus kiedys przyslal. Taki malutki,
skromniutki. Pytam sie skad go ma. A Tatus mi na to: “a przyslali mi z Domu Dziecka”.
Z Domu Dziecka?????? No tak, zawsze im tam “pare zlotych przesle”…..
*Zimno, mróz, lód na Charles River; kolejny zimowy dzien w Bostonie.
środa, 29 stycznia 2014
Problemy i problemiki.
![]() |
| *Aniolek, przycupnął pod ścianą restauaracji miedzy wieżowcami. |
Najchetniej
usiadlabym i plakala, bo…
Po
pierwsze i najwieksze: za 47 dni wyniki i jestem przerazona. Bo co jak nie?
Po
drugie: bo Mamus miala miec dzis operacje reki, ale operacje przesunieto, a ja
zostawiono w szpitalu na czas nieokreslony i sie o nia martwie.
Po
trzecie: bo jest mi zimno, strasznie i okropnie zimno. Ta niby dmuchawa
podlogowa to nic oprocz kurzu nie daje. Wstretna bezsniezna, ale mrozna pogoda
za oknami. Nie cierpie takiej zimy. Przy takich temperarurach powinien byc
snieg! To bym szczękała zebami z usmiechem.
Po
czwarte: bo Victor tak szybko rosnie. W koncu zlozylismy podanie do przedszkola
(zacznie od wrzesnia). Wraz z
pokwitowaniem dostal torbe z ksiazeczkami i podkoszulka “I am going to
kindergarden”. Ta koszulk jest mu dokladnie do kolan. Nie sadze, ze bedzie w
stanie zalozyc ja przez nastepne 3-4 lata. Znowu uzmyslowilam sobie jaki on
jest drobniutki i malutki na swoj wiek. Jak sie nie martwic!
Po
piate: bo jestem wstretna matka, bo krzycze na to moje biedna dziecko non-stop.
Wczoraj, Vikcius mi powiedzial: “Mamija, ja chce zebys ty byla szczesliwa ze
mnie caly czas”. Zlamal mi tym serce, moj slodziak. I udowodnil zawodnosc
mcierzynska.
Po
szoste: bo mi ciala przybywa. Wciaz i wszedzie! Grubo i tlusto. Nie mam sily
juz nawet myslec o odchudzniu. A jestem w oczekiwaniu na ksiazkowo-slodyczowa
paczke z polski. A ze mam slaby charakter, to sie zaraz do tych slodyczy
dobiore.
Po
siodme: Bo ta wlasnie ksiazkowo-slodyczowa paczka wciaz nie przyszla, a mija juz
9 dni od wyslania.
Po
osme: bo T wyjezdza na tydzien na konferencje i bede sama; a jest mi smuto i
zle, wiec sama nie chce byc.
Po
dziewiate: bo w domu jest straszny balagan, a ja sie nie moge zabrac za
sprzatanie. Z wielu powodow. Mniej lub bardziej kontretnych. Waznych. Albo
mniej waznych. BO MI SIE NIE CHCE! Tak po prostu! Mam tez kupe prania, ale
pralka sie popsula. Wiec mam czyste sumienie. W popsutej pralce prac nie mozna-niebezpieczne!
Po
dziesiate: bo nauczycielka Victora mnie unika. Tzn. chyba. Victor ma trzy
nauczycielki w przedszkolu: Leticie, Amande i Ali-o ktorej sie Victor wyraza -
“ta duza dziewczyna”. Nigdy, zadne z nas w domu nie urzylo w stosunku do Ali
tego sformulowania. Nawet jak T i ja rozmawiamy miedzy soba. Za kazdym razem, jak Victor opowiadajac wyrazi
sie o Ali “duza dziewczyna”, to sie mimochodem zapytam, “Ali?”, przytaknie i
ciagnie dalej opowiesc. Wolalam sie jednak Ali nie pytac wprost jak on sie do
niej zwraca. Za to ona przed paroma dniami ni z tego ni z owego wspomniala mi,
ze chodzi do dietetyka! Wic musial Victorzasty cos palnac.
Po jedynaste: bo mam dylemat: czy uczyc sie do egzaminu czy dokonczyc kryminal.
Po dwunaste: bo mam tyle - wyzej wymienionych powodow do zmartwien, plus to zimno
– mozg mi przemarzl doszczetnie, ze nie moge normalnie funkcjonowac i zrobic
cos pozytecznego...
Subskrybuj:
Posty (Atom)






